Jest już środa, a ja dopiero dziś wypuszczam na światło dzienne komentarz po starcie w Enea IRONMAN 70.3 Gdynia. Wbrew pozorom wcale nie dlatego, że trwam w sportowej żałobie po zejściu z trasy, ale dlatego, że już czwarty dzień czuję się fatalnie.

Życie, życie jest nowelą. W 2013 roku w przeddzień pierwszej edycji zawodów Herbalife Triathlon Gdynia stałam na brzegu morza i wyobrażałam sobie jak ciężko, ale i jak pięknie będą mieli zawodnicy startujący na dystansie 1/2 Ironmana. Wchodziłam do wody w męskiej piance za dużej o trzy rozmiary i myślałam sobie, że bardzo, ale to bardzo chciałabym kiedyś wystartować w tej Gdyni.
W 2014 po raz pierwszy startowałam w triathlonie – uch, to było mocne przeżycie. Nie było mowy o braniu udziału w zawodach dłuższych niż 1/4 IM, bo już to było wystarczająco straszne. Nie było mnie na starcie również w 2015 roku. Rok i dwa lata później już tak, ale tylko jako kibic i zawodniczka na dystansie sprinterskim. No i wreszcie w 2018 przyszedł na mnie czas. Jedziemy z tym koksem!

Nie zdążyłam napisać relacji z ostatniego tygodnia przygotowań do tego startu. Byłaby pełna skrajnych emocji. Na niespełna cztery tygodnie dzielące mój debiut na 1/2 w Bydgoszczy i start w Mistrzostwach Polski w Gdyni podjęłam się przyjęcia na klatę nadrabiania dystansowych zaległości. To był naprawdę dobry czas, obfitujący w treningi, z których wiele mogłabym zaklasyfikować do kategorii „najlepsze w życiu” – co ciekawe, głównie rowerowe, rzadziej biegowe, a pływackie  w ogóle nie. Drobny przestój „ogólny” zdarzył się dokładnie tydzień przed startem, gdy po powrocie z porannego treningu padłam truposzem w niedzielne południe i wstałam o 17 tylko po to, żeby otrzymać zakaz wyjścia na krótkie rozbieganie z powodu zbyt niskiego tętna spoczynkowego 😉

Początek tygodnia przedstartowego rozpoczął się pod znakiem „o rany, czy ja zdążę odpocząć”, po czym stopniowo ewoluował w „zaodpoczywam się zaraz na śmierć”. Apogeum dobrego samopoczucia przyszło w sobotę, gdy założyłam do roweru dysk i wyszłam na krótki rozjazd, żeby sprawdzić, czy będę w stanie to ustrojstwo rozpędzić. Okazało się, że rower w takim uzbrojeniu mknie jak rakieta i w kilku miejscach trasy aż zabrakło mi przełożeń. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc gdy pomyślałam sobie, ile dodatkowej prędkości będę mogła zyskać, gdy zmienię tarczę na większą, zaczęłam w panice takowej szukać. I całe szczęście że nie znalazłam…

Zdaję sobie sprawę, że to wszystko mogło brzmieć trochę buńczucznie. Ale nie mogę napisać, że czułam się słabo, treningi szły tak sobie, a pod nogą brakowało mocy, bo było zupełnie przeciwnie. Na rowerze nigdy nie byłam mocniejsza niż krótko przed tym startem i do tej pory nie mogę uwierzyć, że wyłączyli mi zasilanie akurat w tak ważnym dniu. Ale od początku.

Sobota od połowy dnia była jedną wielką bieganiną. Po kilku godzinach ogarniania logistyki przedstartowej czułam się bardzo zmęczona, a z godziny na godzinę coraz bardziej bolała mnie głowa – w sposób jakiego najbardziej nienawidzę, czyli zatokowo. Zrzuciłam to jednak na upał i pechową parę soczewek kontaktowych, które jakoś wyjątkowo mnie uwierały. Gdybym rano czuła się chora, nie pchałabym się na start – jednak było wszystko w porządku, a w każdym razie tak mi się wydawało. Zapomniałam całkowicie o sprawie i skupiłam się na czekającym mnie wyzwaniu.

Pływanie poszło o wiele lepiej niż wynikałoby to z moich treningów. Jest to dla mnie prawdziwa tajemnica wszechświata. Mam wrażenie, że w basenie cofnęłam się o dwa lata, a nigdy nie pływałam lepiej podczas wyścigów. Co prawda wygenerowałam sobie dużo niepotrzebnego zamieszania na starcie, ale ostatecznie znalazłam się na całkiem dobrej pozycji i dystans przepłynęłam w komforcie – zaskakująco dużym w porównaniu z krótszymi startami.

BTW – skoro już jesteśmy przy temacie pływania, to trzy tygodnie temu ponownie gościłam u Marcina w podcaście ironfactory.pl. Odcinek został wczoraj opublikowany, więc serdecznie zapraszam Was do słuchania lub oglądania:

Wylazłam z wody i po mozolnie ogarniętej strefie zmian znalazłam się na rowerze. I tu miało się zacząć najfajniejsze. Tyle razy jeździłam po tej trasie i nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie będę mogła puścić lejce i mknąć ile sił w nogach. No i sobie pomknęłam… o jakieś pięć watów wyżej niż na czterogodzinnych kofi rajdach z ekipą. Szok.

Na początku trasy nie mogłam złapać rytmu i luzu, ale uspokajałam się myślą, że to na pewno minie. Jeszcze kilka kilometrów i będzie dobrze. I jeszcze kilka… Wyjechałam na Marszewską – długą prostą pod górę – i zaczął się dramat. Ledwo mogłam utrzymać założone waty i kosztowało mnie to pięć razy więcej niż zwykle. Pod koniec wstawałam już z pozycji czasowej i zrzucałam z blatu – rzecz niebywała. Długa prosta do Koleczkowa, a ja już wyjechałam wszystkie waty. Trzymałam moc z zaciśniętymi zębami i modliłam się, żeby po zjeździe z NDW wiatr sprzyjał mi na tyle, że zapomnę o tej pierwszej części trasy. No i guzik z pętelką – było jeszcze gorzej. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam sobie na poważnie, że ja chyba nie dam rady tego w ogóle dojechać. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak strasznie źle jechało mi się na rowerze. W pewnym momencie przełączyłam ekran Garmina i zobaczyłam, że dyszę, sapię, palą mnie mięśnie nóg, a tętno mam niższe niż na żwawszym rozjeździe: 145. WTF???? Nie wierzyłam własnym oczom. Cała dalsza droga to jeden wielki, ogromny kryzys i walka o to, żeby w ogóle dojechać do T2. Niektórych fragmentów w ogóle nie pamiętam. Myślę, że gdyby trasa rowerowa szła po pętlach, zeszłabym już dużo wcześniej. Kompletny, absolutny brak sił – jak nigdy. Na domiar złego boczny wiatr na pierwszych odcinkach i założony po raz pierwszy dzień wcześniej dysk spowodowały, że spięła mi się cała lewa strona – od nogi do połowy pleców – i ledwo kręciłam pedałami.

Ledwo zjechałam do miasta, zerwał się bardzo silny wiatr, a zaraz potem rozpętał się mały pogodowy kataklizm. Deszcz z gradem walił tak, że aż bolało, a ulica zaczęła płynąć. Wody miałam wyżej niż po szprychy roweru. Wstałam wtedy do górnego chwytu i pomyślałam, że i tak już niewiele tracę, bo w T2 definitywnie kończę tę wycieczkę. I w tym momencie najwyraźniej wjechałam przednim kołem w dziurę typu rów mariański, bo wyleciałam w powietrze jak z katapulty, znalazłam się na chodniku (?!) i zaliczyłam jeszcze kilka trwających wieczność obrotów. Podarłam sobie strój na plecach i owijkę kierownicy, a odruch nieprzywalania głową w beton i chronienia nie-swojego kasku spowodował, że zakwasy w szyi po szarpnięciu głową do tyłu mam do dzisiaj i są hardkorowe. Podobnie jak – co ciekawe – w żebrach. Pozbierałam się, z duszą na ramieniu obejrzałam rower, założyłam łańcuch i powoli pojechałam dalej. Stwierdziłam wtedy, że już jest tak beznadziejnie, epicko bezsensownie, że co mi tam, spróbuję wyjść na ten bieg, przecież nic nie tracę, a może być już tylko lepiej. Kto wie, może bomba tysiąclecia puści tak samo znienacka jak dopadła?

Cóż, myślałam że już gorzej być nie może, a tu na ostatnich kilkudziesięciu metrach przed strefą zmian wypadł mi bidon z kierownicy czasowej. Udało mi się go odnaleźć po zakończeniu zawodów, ale okazał się pęknięty. Po długim czasie spędzonym w strefie zmian – biegłam tam tak, żeby nie wywalić się na mokrych od deszczu dywanach, a zakładanie skarpetek zajęło mi trzy dni – wybiegłam na trasę… jak zwykle za szybko.  Spojrzałam na zegarek, a tam tempo poniżej 4 minut na kilometr. Zwalniam, zwalniam… ustawiło się na 4:30-4:40. Postanowiłam, że będę tak biec tak długo, aż bomba złomocze mnie całkowicie i stuknie mi kilometr powyżej 5′. Czułam się cały czas jak zombie – niby nic konkretnego mi nie dolegało, a jednak czułam przemożnie, że naprawdę nie mam siły żeby tu być i korzystać z tej chwili. A było z czego – cała trasa obstawiona kibicami dodającymi otuchy, cudowni wolontariusze i wspaniały widok morza – czego chcieć więcej? Wiedziałam już, że nie będę wybiegać nawet na agrafki wydłużające pętlę, tylko zejdę z trasy i ten kawałek do Skweru Kościuszki dojdę pieszo. Wtedy dobiegł do mnie Zyniek, przez chwilę biegło się całkiem miło, porozmawialiśmy, Bartek oblał mnie orzeźwiającą wodą z butelki. Niespodziewanie znalazłam się jednak na tej nieszczęsnej agrafce. Zmartwychwstanie było jednak bardzo krótkie i zaraz wróciłam do swojej strefy zgonu i niebytu. Myślę, zastanawiam się, kalkuluję: może dałabym radę jakoś się strollować i dobiec te pozostałe kilometry do mety. Przecież ja nie schodzę z trasy świadomie i dobrowolnie. Maglowałam tę decyzję wzdłuż i wszerz, bo z drugiej strony wiedziałam, że nic już nie wywalczę – ani wyniku, ani satysfakcji, a jedynie to, że będę po tych zawodach zajechana dłużej niż wtedy, gdy jak najszybciej się wycofam. Na ostatnich kilometrach pierwszej pętli czułam już, że odwalam lipę. Wstyd mi było schodzić, ale wstyd byłoby mi też truchtać noga za nogą do mety. Nie ma co, najwyższa pora zakończyć tę farsę. Dobiegłam do Wojtka, przeszłam przez taśmę… no i w ryk, bo jakże by inaczej. Nie tu się kończy zawody, więc było mi okropnie smutno i byłam bardzo zła. Ale nie tyle za zejście z trasy, co za ogólną sytuację. Dość… niewytłumaczalną.

Do końca dnia czułam się źle lub bardzo źle, ale jak mogłoby być inaczej? Zawiodłam na całej linii i nawet nie wiedziałam dlaczego tak się stało. Było mi przykro, że nawet głowa się poddała i że konfrontacja oczekiwań z rzeczywistością tak bardzo negatywnie mnie zaskoczyła, że tego nie wytrzymałam. Cieszyłam się jedynie z faktu, że już następnego dnia mogę wracać do treningów.

Okazało się to jednak niełatwe. W poniedziałek rano stanęłam nad niecką basenu i stwierdziłam, że nawet niespecjalnie mogę się rozgrzać, bo plecy i barki bolą mnie tak, jakbym poprzedniego dnia leciała wpław przez Bałtyk. Na pierwszym nawrocie dowiedziałam się też boleśnie o aktualnym samopoczuciu mojej szyi. Przeżyłam te 4 luźne kilometry w wodzie i myślałam że od tej pory będzie już z górki, jednak przez resztę dnia byłam tak zmęczona, że darowałam sobie zaplanowane wyjście na luźny rower. A gdy Joanna odpuszcza luźny rower, to wiedz że coś się dzieje…

Wtorek po poniedział-AŁ-ałku. Nic lepiej. Wskoczyłam do basenu i pływałam zadanie z bardzo mocnymi setkami. „Bardzo mocne” okazały się pływane po uwaga, uwaga, UWAGA, 1:29 (!!!), przy czym na drugiej 50-tce miałam wrażenie, że zalewa mnie kwas od góry do dołu. Tego jeszcze w tym kinie nie grali, jak Boga kocham. I znowu koncertowy zgon po basenie. Planowałam po południu wyjść na rozbieganie 12 kilometrów – zbierałam się do tego godzinę, po czym zrezygnowałam minutę przed wyjściem i skierowałam swe kroki do sauny. A gdy Joanna idzie do sauny zamiast na trening, i to w dniu, w którym panuje temperatura 30 stopni Celsjusza, to bądź pewien, że coś się dzieje.

No i środa. Wczoraj wieczorem postanowiłam już ostatecznie wydobrzeć i dziś z samego rana ruszyć na rower, który zwieńczę krótką zakładką biegową. Uhum. Wstałam posłusznie na dźwięk budzika, wypuściłam psy na dwór, wpuściłam je z powrotem i wróciłam spać. Dwie godziny później wstałam, ale niechętnie i z ewidentnym bólem czachy i wielką niemocą. Zamiast na trening, poszłam do przychodni na badanie krwi, bo może w ten sposób się cokolwiek wyjaśni. Tak czy inaczej, coś mnie poskładało i wbrew pierwotnym przypuszczeniom nie jest to tylko bomba tysiąclecia, a raczej jakaś idiotyczna infekcja, która nie miała kiedy się przyplątać, tylko musiała akurat na dość ważne zawody.

No spoko. Pozdrawiam.

A więc na razie tyle mam do powiedzenia na temat tego nieszczęsnego startu. Na razie połówka w Gdyni ma 6 punktów, a ja mam zero. Liczę że w przyszłym roku się za to wszystko odegram 😉

Dodaj komentarz