Enea Bydgoszcz Triathlon był moim szóstym z kolei weekendem na zawodach triathlonowych w tym sezonie. Jednocześnie był to mój debiut na dystansie 1/2 Ironmana i pierwszy krok w przygotowaniach do Enea IRONMAN 70.3 Gdynia.

Jeśli nic nieprzewidzianego nie wpadnie mi w plan treningowy, moim kolejnym startem będzie dopiero Gdynia. Uwielbiam startować, zawody działają na mnie wspaniale i bardzo mi szkoda tych trzech weekendów po drodze do Gdyni, które można by przecież spędzić na trasach zawodów. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że czasu jest bardzo mało, a zaległości bardzo dużo. Start w bydgoskiej połówce był moim pierwszym treningiem do połówki. Choć większość zawodów zaliczam z marszu (w minionym tygodniu TrainingPeaks naliczył ponad 17 godzin), to jednak start zawsze trochę wybija z rytmu. Dzień przed trzeba trochę odpuścić, dzień po choć odrobinę odpocząć. Z tego wszystkiego okazało się, że jak pomiędzy jednostki treningowe wplotę głupie trzy serie planków i brzuszków, to przez kolejne dwa dni nie mogę się śmiać, takie mam zakwasy. No tak być chyba nie może.

A więc Bydgoszcz.
Pierwszy start w połówce to jak ponowny debiut w triathlonie. Sporo pytań i wątpliwości – dystans który sam w sobie jest wyzwaniem, sporo nowości i logistyki do ogarnięcia. Wiedziałam że jeśli zechcę to wszystko Wam opisywać, to powstanie z tego jakaś niestrawialna trylogia, więc pomyślałam sobie, że po raz kolejny podejdę do realizacji pomysłu, który tłukł mi się po głowie już od dawna. Vlog! Chciałam zacząć już od Susza, ale tam jednak za bardzo się stresowałam. No i miałam za dużo zakrętów z trasy kolarskiej do zapamiętania, żeby zajmować się jeszcze kręceniem filmów. Start w Bydgoszczy był dla mnie bardziej przygodą niż walką na śmierć i życie, więc stwierdziłam: kiedy jak nie teraz? Będzie pamiątka!

Nie jestem mistrzem montażu, a w pierwszym odcinku – od razu Was ostrzegam – nie będę także mistrzem akcji. Niemniej zawsze jest to trochę treści podanej w bardziej przystępnej formie niż pisanina. Zapraszam Was zatem serdecznie do oglądania i z niecierpliwością czekam na recenzje, uwagi i komentarze 🙂

Jak łatwo się domyślić, wcale nie wyczerpałam tematu podczas tej półgodzinnej gadki, więc czego nie powiedziałam, to jeszcze dopiszę! 😉 A więc po kolei:

Wiedziałam, że dystans 1/2 IM albo mnie doszczętnie zmasakruje, albo w sobie rozkocha. Chyba nie do końca się spodziewałam, że może zrobić te dwie rzeczy jednocześnie. Przez zdecydowaną większość dystansu czułam się jakbym śniła jakiś piękny sen. Jeszcze wychodząc na drugą pętlę biegową myślałam sobie, że to nawet nie jest dzień konia – to jest dzień jakiegoś pieprzonego jednorożca. Po czym poskładało mnie we wszystkie strony naraz. I szczerze mówiąc nie powinnam być tym w żaden sposób zaskoczona. Omawiam to zresztą na filmie. Nigdy nie pobiegłam dystansu powyżej 11 km w tempie w którym zamierzałam pobiec półmaraton na trasie triathlonu. Tym bardziej cieszę się, że czułam się na trasie tak absurdalnie dobrze, że postanowiłam spróbować i nie gdybać, co się wydarzy później. Na szczęście na moich najdłuższych w życiu rozbieganiach (20-22 km na przełomie lutego i marca, w sumie było z 5 takich treningów) na ostatnich kilometrach czułam się bardzo podobnie jak na trasie w Bydgoszczy. W ogóle w życiu bardzo często doprowadzałam się do takiego stanu, więc nie było to dla mnie nic wybitnie niepokojącego (choć było to zupełnie okropne). Jedyne, co mnie trochę zaskoczyło, to uczucie które dopadło mnie na ostatnich 400-500 metrach do mety. Kiedy tylko uświadomiłam sobie, że to już naprawdę końcówka i teraz to już luz i mogę się nawet doczołgać, mój organizm najwyraźniej przełączył się z trybu survivalowego na tryb normalny i zaczęło mi być całkiem poważnie słabo. Ten stan na samej mecie spotęgował się na chwilę dziesięciokrotnie 😉

Jednak triathlon to nie tylko bieganie, choć dla mnie składał się głównie z tego. W części pływackiej czułam się jak rybka. Prąd rzeki sprawił, że mogłam płynąć spokojnie, na długich pociągnięciach, a i tak przesuwałam się szybko do przodu. Ani przez chwilę nie poczułam tego „zatyku”, jaki mam praktycznie na całej trasie dystansu sprinterskiego. Intensywność raczej rozgrzewkowa, odczucie fantastyczne. Co prawda bardzo dobrze się czuję w trudnych warunkach, takich jak Zatoka Gdańska zaraz przed sztormem, ale jakoś nie płakałam z powodu idealnie płaskich i prądowych warunków na Brdzie. Czas 23:22, czyli tempo 1:14/100m – szał ciał, to się teraz długo nie powtórzy 😉

Rower – miałam kilka obaw związanych z tą częścią zawodów. Po pierwsze – trasa miała cztery pętle i bałam się, że od drugiej zacznie się wielkie tasowanie, będą mnie wyprzedzać pociągi, znowu dostanę karę za drafting którego nie uprawiam i tak dalej. Jak bardzo się zdziwiłam! Zero pociągów, grup i dziwnych sytuacji. Kilka razy wyprzedzały mnie pojedyncze osoby i wtedy odpuszczałam wręcz ostentacyjnie, żeby sędziowie nie mieli wątpliwości co do moich intencji. A sędziów było naprawdę wielu. Z mojego punktu widzenia było IDEALNIE. Wiem że ze względu na gorliwość sędziowania i jednocześnie dynamiczność sytuacji zdarzyło się kilka fakapów, między innymi wlepienie ostrzeżenia Kubie Rucińskiemu. Wyobrażam sobie właśnie draftującego Kubę… chociaż nie, właściwie to sobie nawet nie wyobrażam 😉

Druga moja obawa wynikała z dystansu i związanych z nim niedogodności. Nigdy nie przejechałam na czasówce 90 km, a do tego ostatnie treningi w pozycji czasowej zrobiły mi poważne kuku i to nie na muniu. Mój komfort na siodełku kończył się po jakichś 5-6 kilometrach i niespecjalnie sobie wyobrażałam, jak wytrzymam na nim tak długo. Jak było w rzeczywistości? W trakcie zawodów o niebo lepiej niż myślałam. Po zawodach… lepiej nie pytajcie. Mam nadzieję że szybko się zagoi 🙂
Jeśli chodzi o intensywność, miałam w założeniach jazdę do 220W, przy czym wartość miała być „atakowana z dołu”. Po pierwszych paru kilometrach byłam już daleko poza tą wartością i wciąż czułam się zupełnie jak nie na zawodach, więc miałam naprawdę twardy orzech do zgryzienia, co z tym dalej zrobić. Postanowiłam jednak być grzeczna i podejść do dystansu z należytym szacunkiem i nie przekraczać więcej tych wartości. Nawet na drodze nachylonej w górę bardzo uważałam, żeby nic nie zapiekło. Gdy tylko widziałam, że waty wystrzeliwują w okolice „mocnej trójki” powtarzałam sobie: nie przepalaj, nie przepalaj, nie przepalaj. W końcu wyszło 217W, tętno 158, czyli serio jak na treningu. Równa, umiarkowana i ogarnięta jazda, nie to co na 4-godzinnym kofi rajdzie z chłopakami, gdzie w każdej chwili jestem gotowa do skoku życia. Ani przez chwilę nie zabolało mnie tak, jak boli czasem, gdy na trasie pojawi nam się hopeczka, taka do pokonania przez nich na 1000+W… Dystans minął mi zaskakująco szybko. Czas 2:24:03, prędkość 36.6 km/h. Co ciekawe – rok temu dystans 4 razy krótszy przejechałam na szosówce z prędkością 37 km/h. Na szosie kręciłam 242W, tu wystarczyło 216. Magia aero, które i tak jest u mnie jeszcze do sporej poprawki.

Oprócz siodła przeszkadzały mi dwie rzeczy. Pierwsza: „gumowy” dźwięk przy tylnym kole. Bardzo długo rozkminiałam, czy warto się zatrzymywać i sprawdzać, czy przypadkiem hamulec nie trze mi o obręcz. Po wnikliwej analizie stwierdziłam, że jojczy tylko pod obciążeniem, tj. przy ruchu korbą, więc to nie mogło być to. Druga: chyba nienajlepiej zapięłam lewy but, bo przez większość dystansu żyłka wbijała mi się w podbicie przy dużym palcu. Podjęłam jedną próbę korekty, ale tylko pogorszyłam sprawę, więc olałam. Czuję to do dziś 😉

Cóż jeszcze mogę dodać. Te dwie kwestie poruszyłam już na filmie, ale napiszę jeszcze tu. Po pierwsze: sprawdzajcie, gdzie rezerwujecie hotel. Nie ma tam wesela? Świetnie, ale czy na przykład Wasze okno nie wychodzi wprost na meliniarski pub? Bo moje owszem. Panowie darli japy bez najmniejszej przerwy – odkąd przyjechałam do 23 plus. Potem – nie wiem, bo po zamknięciu okna i włożeniu sobie w uszy zatyczek z papieru toaletowego (szach-mat!) udało mi się zasnąć na pozostałe 5 godzin.

Druga sprawa to żarcie okołostartowe. Wyobrażałam sobie dzień przed połówką jako festiwal nieskrępowanego szamania pyszności. Okazało się, że w dniu przed startem w ogóle nie jestem głodna. O godzinie 20:00 zorientowałam się, że wrzuciłam na ruszt w sumie jakieś 1100 kalorii. W desperacji pożarłam co miałam: 100 gramów ryżu, serek Bieluch z miodem, banana i dwa batony proteinowe, lol, co dało mi w sumie kolację o wartości jakichś 1200 kalorii. Nadal bez szału jak na dzień ładowania paliwa przed 1/2 IM. Żeby było śmieszniej, po zawodach, zamiast szybko coś zjeść jak porządny zawodnik, glebnęłam się na podłodze w hali i pozostałam w bezruchu na jakieś 40 minut. Kiedy poczułam, że albo wstanę i upoluję jakiś cukier, albo tu umrę w samotności, udało mi się znaleźć na dnie plecaka mały batonik proteinowy i… ledwo go połknęłam, zostałam zawołana do studia na pogadankę. Na prawdziwe jedzenie dotarłam prawie 3 godziny po finiszu. Nie bierzcie ze mnie przykładu 🙂

Co tu dużo gadać – bydgoski triathlon jest najlepszy. Gdyby nie pilot na rowerze – pan Adam – który wskazywał mi drogę, załatwiał mi wodę i aplauz 🙂 oraz masa rozentuzjazmowanych kibiców (TriWawa – jesteście nawiedzeni i ja to szanuję 😉 ) byłoby o wiele trudniej przetrwać te osiemdziesiąt cztery kryzysy na kilometr. Wracam za rok, to pewne!

Dodaj komentarz