Plan na najbliższe dwa tygodnie jest bajecznie prosty: orać jak konisko w polu. Po zawodach w Bydgoszczy głowa pracuje jak nigdy dotąd, więc opcje są tylko dwie: albo pobiję rekord kinazy kreatynowej, coś mi odpadnie i wybuchnie mi czacha, albo nadrobię tyle zaległości, ile tylko się da.

I szczerze mówiąc bliżej mi do bramki numer dwa. W porównaniu do minionej zimy, obecnie jestem w niebie, zarówno fizycznie jak i mentalnie. Już po zawodach w Suszu i Stężycy zapadka zaczęła powoli przeskakiwać, a po Bydgoszczy zrobiło się naprawdę wesoło.

Zeszły tydzień zaczął się śmiesznie. Po zawodach na dystansie 1/2 IM bolało mnie absolutnie wszystko i czułam się mniej więcej tak, jakbym zderzyła się czołowo z ciężarówką, a potem wpadła do pralki na podwójne wirowanie. Jednocześnie nie miałam ani grama wyrzutów sumienia, że nie chce mi się nawet ruszyć z psem na dwór. Poniedziałek spędziłam więc z satysfakcją głównie w pozycji horyzontalnej.
Dzięki temu we wtorek byłam już jak młoda bogini (w końcu jestem feniksem) i można było wracać do biura. A więc na dobry początek piątka w basenie i standardowa, niespełna 60-kilometrowa rundka na szosówce wraz z odkryciem, że nawet jeśli wieje mi w twarz przez większość trasy, to i tak jadę całkiem skutecznie. Nie zawsze tak było. Żeby połechtać swoje ego, przejrzałam sobie zapisy treningów szosowych sprzed dwóch lat, czyli z czasów, kiedy byłam świeżakiem na gdyńskich pagórkach. Pamiętam, że przez kilka miesięcy byłam w ciężkim szoku nie tylko ze względu na mnogość tras, lecz także na ich ukształtowanie. Przekonałam się wtedy boleśnie, że 70 kilometrów po Kaszubach to nie jest to samo co 70 km po pętli habdzińskiej, czyli po Gassach – po tym drugim nogi nie wchodzą w dupę. I tak jak pod Warszawą byłam w stanie jechać dowolną liczbę kilometrów z prędkością około 29 km/h, tak pod Trójmiastem okazało się to absolutnie niemożliwe. Do czasu 🙂

Podsumowując, w poprzednim tygodniu – uwzględniając ten wolny poniedziałek – nakręciłam prawie dwadzieścia godzin pływania, roweru i biegania i do pełnego rachunku zabrakło mi całych czterech minut. Zrobiłam parę porządniejszych jednostek, na przykład 2.5 godziny na trenażerze z zadaniem 4×20 minut w intensywności 1/2 IM… choć ta intensywność jest jeszcze do ustalenia, bo niestety pojawiło się podejrzenie, że jednak się trochę opieprzam. Ale o tym za chwilę. Jak już wspomniałam, moja mózgownica wyszła na jakiś nowy poziom odraczania gratyfikacji, to znaczy chyba po prostu ważne zawody są na tyle blisko, że nie mam już czasu na marudzenie i odpuszczanie. Trening i tak był epicki, bo choć waty były w porządku, to doznania na siodełku tak straszne, że musiałam zastosować manewr odwracania uwagi od bólu i lepiej nie pytajcie o szczegóły (coś w stylu: jeśli boli cię noga, to walnij głową o ścianę). W sobotę poszłam na swoje ulubione 22 kilometry biegu, tym razem z upgrade’em o 2×4 kilometry podprogowo. Choć zniosłam ten dystans znacznie lepiej niż miało to miejsce w lutym czy w marcu (być może brak śniegu i wyższa temperatura miały tu coś do powiedzenia), i tak było ciekawie. Głównym haczykiem zadania była przerwa między czwórkami, wynosząca 10… kilometrów. To wystarczająco dużo, aby zdążyć umrzeć, zmartwychwstać, jeszcze raz umrzeć i zastanawiać się, czy druga czwórka wypadnie jeszcze na umarcie, czy już na życie. O moim respekcie do tego treningu najlepiej świadczy fakt, że pożarłam na nim dwa żele. Sytuacja absolutnie bezprecedensowa. Tak czy inaczej: trening nie wyszedł tak, jak powinien wyjść w idealnym świecie mojej rozpiski. Trochę mi było z tego powodu smutno, ale ten stan rzeczy miał także niebagatelną zaletę. Gdybym zrobiła to co miałam zrobić, to byłby znak, że mój chytry plan biegnięcia półmaratonu po 4:30 na 1/2 IM w Bydgoszczy miał jakieś tam szanse powodzenia, a bomby można upatrywać w kwestiach okołobiegowych – rower, jedzenie i takie tam. No więc NIE, absolutnie nie miało to szansy powodzenia i w sumie lżej mi się żyje z myślą, że po prostu poniósł mnie gruby melanż. W końcu do odważnych świat należy 😉

W niedzielę moje nogi nie należały bynajmniej do świeżych, ale zaproszenia na ustawkę szosową nie trzeba mi wysyłać dwukrotnie. Co tam się dzieje, to trudno opisać słowami. Dla mnie zwykle taki trening okazuje się rąbaniem w intensywności od podprogowej do trupowej. Niestety nie mam w Emondzi pomiaru mocy, ale nawet Strava mocno zaniżająca waty pokazuje mi, że jechałam sobie te trzy godziny po 210 watów. Więc gdyby pomiar z korby pokazał mi to co myślę, to rzeczywiście na tym półajronmenie się nie postarałam. Łatwiej by jednak było dociskać, gdyby się umiało szybko biegać… Ale spokojnie, pracuję nad tym.

Niekiedy dość intensywnie.

Wtorkowe dwusetki zalały mi nogi betonem. Było dobrze, ale zakwasy mam również dziś i to nawet w brzuchu. Robiłam co mogłam, ale dziś rano wciąż nie było z nimi dobrze. Trening jednak sam się nie zrobi, potwierdzone info. Wylazłam więc. Plan nie był skomplikowany: 6×1000 – trzy w tempie okołoprogowym, trzy szybsze, a potem 3×400 metrów. I już na rozgrzewce wiedziałam że wykonanie zadania od początku do końca będzie prawdziwym cudem. Dawno już nie czułam takiego zmęczenia mięśniowego, ale głupio by było wracać do domu nie podejmując nawet rękawicy. Zrobiłam pierwszą kilometrówkę. Wyszła nawet szybciej niż zakładałam, ale moje nogi zgłosiły nieprzygotowanie bez możliwości dyskusji. Wszystkie kontrolki na czerwono, w tym ‚check engine’. Drugi – sto procent pewności, że nawet jeśli cudem dobiegnę do końca kolejnej, to nie przyspieszę ani o sekundę (a miałam o 30). O dziwo przyspieszyłam, ale Wojtek, gdy mnie zobaczył „na mecie”, zarządził koniec treningu. Na szczęście uciekłam, ale przez chwilę bałam się już, że zapomni o zasadzie wzajemnego szacunku pomimo wyraźnych nierówności i po prostu mnie zaniesie do auta. Po drodze od początku do końca trzeciej kilometrówki cztery razy postanawiałam, że po tej już skończę, ale miałam stamtąd całe 600m na parking, więc z lenistwa (well) wybrałam próbę zrobienia przedostatniego tysiąca. Ostatni to już siła woli w pełnej krasie. Potem ległam na asfalt, przekonana że 400-tki nie mają prawa się nawet rozpocząć. Z drugiej strony szkoda przecież kończyć epicki trening w takim momencie, gdy już widać światełko w tunelu i nie jest to pociąg, lecz tramwaj, tzn. metro, tzn. hybrydowy Auris. I tu nastąpiła prawdziwa niespodzianka, ponieważ nigdy wcześniej nie udało mi się zrobić treningu do tak zwanego odcięcia, a w połowie pierwszej dwusetki wyłączyło mi prąd. Do końca dobiegłam bardziej ręcami niż nogami, wydając z siebie dźwięki, które mogłyby posłużyć jako dowód na moje pokrewieństwo z Lordem Vaderem. Mimo tego epickiego szitu, głowa dalej chciała biegać – na szczęście trener był na miejscu i dokonał zmiany czterysetek na dwusetki, czyli tyle, ile jeszcze byłam w stanie dociągnąć.

Ale urwałam! Nie wiem czy jestem bardziej dumna, czy durna – odpowiem gdy się dowiem, kiedy moje giry wrócą do żywych. Tak czy inaczej ostatnio moje bieganie polega na: A) ciśnięciu na uberzmęczonych nogach lub B) doprowadzaniu ich w trakcie treningu do tego stanu, więc uh, oh, coraz lepiej to znoszę.

Jest także pływanie. Przed państwem jedna z największych zagadek ludzkości. Ogólnie rzecz ujmując, pływam ostatnio wolno i muszę coś z tym zrobić. Podobnie było w zeszłe wakacje. Na triathlony w lipcu jeszcze starczyło mi rozpędu, w sierpniu było źle. Wolałabym żeby sytuacja się nie powtórzyła. Jeśli chodzi o moje samopoczucie w wodzie, jest zmienne i chwiejne jak flaga na wietrze. Jednego dnia ledwo pląsam, łapy latają mi w wodzie na wszystkie strony, zero chwytu i radości, a następnego wychodzę z wody po siedmiu kilometrach tylko dlatego, że już naprawdę zgłodniałam. Jedyna zależność jaką zauważyłam to to, że większe prawdopodobieństwo spoko pływania jest wtedy, gdy idę na basen wcześnie rano. W pierwszy tydzień wakacji, na przełomie czerwca i lipca, zarzekałam się, że do września nic mnie nie wyciągnie z łoża przed piątą rano i że zamierzam pływać po południu. Jednak przeznaczeniu nie ucieknę. Odespałam rok szkolny, gdy przez tydzień wstawałam około ósmej, ale na tym skończyło się rumakowanie. Budzik o 4:30 nie jest taki zły, zwłaszcza że – niestety – zmęczenie/zmulenie po pływaniu dopada ZAWSZE, niezależnie od godziny. I jest nie do porównania z żadnym innym.

Podsumowując, zbliżam się do samopoczucia z marca poprzedniego roku, które było zajebiściutkie i jedynym problemem było to, że był wtedy marzec, a nie lipiec. Teraz jest lipiec i pomimo mojego głośnego zawodzenia w styczniu, lutym i marcu, że „w zeszłym roku było tak dobrzeeeeee, a teraz jest tak źleeeeeee” wygląda na to, że Wojtek ze swoimi obliczeniami mógł mieć rację i będzie dobrze wtedy kiedy ma być. Jedyne na co teraz muszę uważać, to żeby za mocno mnie nie poniosło. Fajnie jest czuć się mocnym. Fajnie jest być w stanie dospawać na ustawce do chłopaków, których się już traci z oczu na horyzoncie (zwłaszcza biorąc pod uwagę to, ile procent szans sobie na to dawałam – jakieś 2). Trzeba tylko pamiętać, żeby potem odpocząć, nawet jeśli w międzyczasie trzeba sobie jeszcze wesoło dołożyć. Och, jak ja to lubię 🙂

2 Comments »

  1. Ja jak biegałem 6x1km to zawsze ale to zawsze myślałem o tym jednym, tym teraz kilometrze, reszta była nieważna, liczył się ten jeden… potem się okazywało że w ostatnim miałem najlepszy czas :).
    Nie poddawaj się, wierzę, że się uda!

Dodaj komentarz