Nie przesadzę gdy powiem, że na gdyńskie zawody czekam przez cały rok. To coś więcej niż wyścig, to jest prawdziwa magia.
Zimą, kiedy będę wstawiać sobie czajnik na herbatę o ciemnozimnej 4:40 i wychodzić z psami na mróz, żeby zebrać się na basen, to będzie mi grać w głowie właśnie to wspomnienie.
Bardzo żałuję, że nie udało mi się wcześniej znaleźć chwili na to, żeby opisać to wydarzenie. Z każdym kolejnym dniem przychodzi coraz większy dystans do tego, co było, a coraz bardziej skupiam się na tym, co przede mną. A to też dość ciekawa historia, jednak na zupełnie przeciwnym biegunie…

fot. Rafał Nowakowski / Sportografia.pl

Sprint w Gdyni to zawody o randze zabawowej, ale są dla mnie szalenie ważne. Ścigam się u siebie, w swoim ukochanym miejscu, wśród ogromnej liczby bliższych i dalszych znajomych. Przez trzy dni miałam wrażenie, że znam tam prawie wszystkich. Łatwiej byłoby mi wymienić, kogo z triathlonowych znajomych nie spotkałam w Gdyni niż kolejno przywoływać w pamięci tych, z którymi zamieniłam chociaż dwa zdania.

Tym razem w strefie zmian pojawiły się aż dwa moje rowery, ale dementuję plotki, jakobym jechała na dwóch naraz. Triathloniści są trochę jak świadkowie Jehowy – nagabywanie kolejnych wyznawców to jeden z ich obowiązków. W tym roku wyszło mi to wyjątkowo pomyślnie, bo wciągnęłam w tę zabawę Mateusza – tak, tego który wyszedł z wody jako pierwszy! Mateusz to zawodnik światowej klasy o mentalności mistrza. Codzienne podpatrywanie jego stylu pracy przez nieco ponad rok podczas treningów pływackich dało mi więcej niż przeczytanie tuzina mądrych książek o sporcie i jestem przekonana, że jestem dzięki tej możliwości lepszą zawodniczką. Chyba nic więcej nie muszę dodawać w tym temacie. Bardzo się cieszę 🙂

Gdynia to dla mnie głównie piękne emocje, ale to przecież przede wszystkim wydarzenie sportowe. Początek rywalizacji nie był dla mnie szczęśliwy. W tym sezonie każda część pływacka wychodziła mi co najmniej przyzwoicie, a w Gdyni było jak za starych złych czasów. Bardzo źle wystartowałam, wpadłam w gigantyczną pralkę, ktoś mnie podtopił, nie mogłam przesunąć się do przodu. Kiedy za pierwszą boją nawrotową ucieszyłam się, że wreszcie zrobiło się spokojniej, rozejrzałam się wokół i z przerażeniem stwierdziłam, że po mojej lewej nie ma absolutnie nikogo, a najbliższy człowiek z prawej strony jest ode mnie oddalony o kilka dobrych metrów. Innymi słowy: zdryfowałam i to grubo. Straszny przypał, który ostatecznie kosztował mnie o wiele mniej niż początkowo sądziłam. Wylazłam wreszcie z tej wody po nierównej walce, ogarnęłam się w strefie z systemem workowym (to jest stres!) i wyruszyłam na trasę rowerową.
Wyjątkowo długo nie mogłam złapać dobrego rytmu. Waty się zgadzały, ale kosztowało mnie to więcej niż zwykle. Najczęściej na trasie granicę generowanej mocy wyznacza głównie mój rozsądek  – uważam żeby nie przegiąć na początku; tym razem nie było tak kolorowo. Prędkość była tak słaba, że zaczęłam przyglądać się swoim oponom i sprawdzać, czy aby na pewno są całe. Winowajcą tej dziwnej sytuacji był jednak wyjątkowo nieokrzesany wiatr. Po zawrotce nagle wróciło mi życie i ruszyłam po 45 km/h. Na drugiej pętli znałam już sytuację i mogłam zadziałać nieco mądrzej, ale i tak średnia prędkość na tej trasie była bardzo kiepska (ok. 34 km/h).
Na rower wyszłam jako czwarta zawodniczka z 1,5-minutową stratą do liderki, na bieg jako trzecia z dwuminutową przewagą. Zależało mi, żeby nie stracić tej pozycji i nie spodziewałam się, że kolejna dziewczyna jest tak daleko za mną, więc robiłam co mogłam, żeby poruszać się naprzód w miarę żwawo. Początek biegu był dla mnie bardzo ciężki, a na domiar złego pod górę, ale wiem już w takich sytuacjach że jest szansa, że ta bomba nie potrwa wiecznie. Standardowo z każdym kilometrem było coraz przyjemniej, a gdy w końcu zbiegłam do Bulwaru Nadmorskiego i zobaczyłam, że jestem na bezpiecznym trzecim miejscu, uderzyła we mnie fala endorfin. Na długo zapamiętam to uczucie absurdalnego zadowolenia z życia, obecnej chwili (jakby nie patrzeć dość przecież bolesnej) i zastanej rzeczywistości. Trudne do opisania, ale polecam.

Po starcie w Gdyni popławiłam się chwilę w endogennej morfince i wróciłam do rzeczywistości, a raczej plasnęłam o nią jak o mur. Wszystko rozbija się o misję: nadchodzą Mistrzostwa Polski na dystansie olimpijskim. To miały być moje najważniejsze zawody tego sezonu, ale prawda jest taka, że tak jak do pewnego momentu wszystko szło zaskakująco fantastycznie, tak potem koncertowo upadło  i nie mam się co łudzić, że będzie nagle dobrze. Mam bardzo ambiwalentne uczucia co do swojego obecnego położenia. Przez cały sezon przygotowawczy i startowy trzymam się dobrze bez kontuzji i urazów (!), ale fizjologicznie jestem dosyć zrypana. Moje badania krwi nie wychodzą dobrze, różne parametry powystrzelały w dziwnych kierunkach i takie tam. Kompletnie nie wiem nawet, jak podsumować ten temat, bo jest fajnie i niefajnie jednocześnie. Jestem strasznie rozgoryczona i zła na samą siebie, choć nie wiem, czy tak do końca powinnam. Kilka razy już tak było w moim sportowym życiu, że myślałam, że coś jest moją winą, a rzeczywistość okazywała się inna. Kiedy jeździłam na swojej pierwszej szosówce i płakałam z bólu to byłam przekonana, że nie nadaję się do tego sportu i jestem mięczakiem, bo inni sobie przecież radzą – a wyszło na to, że miałam za duży rower i po zmianie ramy na mniejszą mogę objechać całą kulę ziemską z uśmiechem na twarzy (tu to opisywałam). Gdy kończyłam kolejny sezon startowy tracąc możliwość biegnięcia w połowie trasy z powodu kolki wmawiałam sobie, że to wina mojego braku determinacji okołostartowej. A problem rozwiązał fizjoterapeuta (a to opisałam tu). I tak dalej, i tak dalej. Teraz znowu okazuje się, tak przynajmniej twierdzi laboratorium, które badało mi krew, że obecna zdupiałość sytuacji może być nie taka zerojedynkowa. Wierzę że rozwiązanie w końcu się znajdzie. Może to brzmi jak pocieszanie się, ale i tak się w ten sposób nie pocieszę, więc wyluzujcie.

Ogólnie rzecz biorąc myślę, że jest to ostatni moment, żeby pomarudzić trochę przed niedzielnymi zawodami, bo lada chwila wpadnę już w bardzo pożądany (i jak na razie niezawodny) przedstartowy tryb pozytywnego myślenia. Czy czuję się przygotowana? Patrz wyżej. Nawet jeśli między bombą a bombą, to pływa mi się bardzo dobrze i takoż jeździ. Gdybym nie wmawiała sobie uporczywie, że musi biegać mi się źle, to sytuacja byłaby prawdopodobnie odrobinę prostsza. Przygotowania z całą pewnością poszły dobrze… i tym bardziej głowie jest ciężko. Wczoraj na przykład pobiłam swój nowy rekord zachowania facepalmogennego, bo rozpłakałam się na 20 sekund przed rozpoczęciem interwałów. Serio. A potem zrobiłam całkiem przyzwoite kilometrówki. O jakieś dziesięć sekund szybsze niż się spodziewałam. I co najmniej dziesięć sekund gorsze niż to, czego bym oczekiwała, gdyby.
Byłoby łatwiej, gdybym była w stanie odłączyć myślenie na te parę dni.
Gdybym.

Życie, życie jest nowelą. Będę robić co w mojej mocy, żeby zaliczyć Chodzież do udanych startów, nawet jeśli wbrew wcześniejszym założeniom muszę do niej podejść na zasadzie kolejnego dnia w biurze. A od przyszłego tygodnia bawimy się dalej. Jeszcze do końca września czekają mnie starty co tydzień, ale już po powrocie z Chodzieży zamierzam złapać Emondzię pod pachę i wyjechać gdzieś hen przed siebie, nie dbając o bagaż, nie dbając o bilet.

Dodaj komentarz