Nie było opcji żeby zasiąść wcześniej do tego podsumowania, a kiedy wreszcie się nadarza okazja, to i tak nie wiem, czy to najlepszy moment. No ale wypadałoby coś wreszcie napisać, co nie?

Dwa tygodnie temu miałam doskonały tydzień treningowy. Z drobnymi wyjątkami wszystko szło tak, jakbym sobie napisała scenariusz idealnego świata i sobie to zrealizowała. Był to już drugi taki tydzień z rzędu, więc miałam nadzieję, że wchodzę wreszcie na stałe na prostą wznoszącą się. Ale jednak życie jest nowelą.

Przeprowadzka to straszne zło. Tym razem i tak była wyjątkowo mało inwazyjna. Po pierwsze mieliśmy bardzo dużo czasu na przygotowanie się, bo znaleźliśmy nowe mieszkanie na miesiąc przed wprowadzaniem się do niego. Obiecałam sobie że poświęcę kilka dni na to, aby na spokojnie przejrzeć swoje rzeczy i zredukować ich ilość oraz kilka kolejnych, aby posprzątać newralgiczne miejsca i zakamarki w starym mieszkaniu. Jakkolwiek to pierwsze udało mi się w miarę nieźle, tak z drugim stało się dokładnie to samo co z egzaminami na studiach. „Będę uczyć się systematycznie”, a potem i tak wychodzi z tego zakuwanie na czterech kawach na godzinę dobę przed godziną zero – znacie to?



Po drugie, mieliśmy także kilka dni na to, aby spokojnie przewieźć rzeczy z jednego mieszkania do drugiego. Wymyśliłam sobie, że nie użyję do tego ani jednego kartonu ani w ogóle nic poza walizkami i torbami które mam w domu. Przez tydzień codziennie między treningami i sprawunkami wpadałam do starego mieszkania, pakowałam graty, znosiłam je do samochodu, przewoziłam do nowego mieszkania i rozpakowywałam. Swoją drogą większość porządnych ludzi uśmiałaby się gdyby zobaczyła, w jaki sposób przewożę na przykład porcelanę. Nie miało to nic wspólnego z BHP. Podeszłam do sprawy dość bezkompromisowo, bo jak się okazało, mamy tej porcelany tyle, że nawet gdyby w transporcie 1/3 się potłukła, to wciąż mielibyśmy tego o wiele za dużo. O dziwo nie potłukło się nic – ani jedna filiżaneczka. Szczerze mówiąc w pewnym momencie, gdy wiozłam walizkę pełną luźno wrzuconych weń talerzy i kubków (sic!) i wpadłam kołem w dziurę, rozległ się tak straszny huk, że byłam pewna, że wszystko obróciło się w proch i pył. Nawet pieszy, którego przepuszczałam wtedy na przejściu (to przez tego buca wpadłam w dziurę!), spojrzał w moją stronę z przerażeniem. Kiedy otworzyłam walizkę i zobaczyłam że wszystko ma ręce i nogi, a raczej krawędzi i ucha, z jeszcze większym przerażeniem pobiegłam do samochodu, żeby obejrzeć dokładnie jego koła. Nie wierzyłam, że taki huk nie zwiastował niczego strasznego.

Za każdym razem wydawało mi się, że to całe przewożenie rzeczy idzie mi sprawnie, żwawo i szybko, tylko jakimś dziwnym trafem każda taka pojedyncza wycieczka kosztowała mnie średnio 2-3 godziny i całkiem sporo energii. Przez kilka pierwszych dni graty zdawały się kompletnie nie ubywać z naszej kwatery na Fikakowie. Gdy wreszcie koniec tej misji zaczął nieśmiało majaczyć na horyzoncie, trzeba było zabrać się do sprzątania.
I wtedy zbombiłam już całkiem. 20 godzin treningów, zlecenie copywriterskie do zrobienia na bardzo pilnie, przeprowadzka plus kilka ważnych spotkań – to dosyć dużo, a obecne warunki atmosferyczne, czyli ZIMA, każą pomnożyć włożony w to nakład sił razy trzy. Jak padłam w zeszłą sobotę, to zmartwychwstałam (powiedzmy) w środę. Tego jeszcze w tym kinie nie grali. W niedzielę wróciłam z 22-kilometrowego rozbiegania, które zwykle jest dla mnie najprzyjemniejszym treningiem całego tygodnia – tym razem było straszne i odliczałam do końca już od czwartego kilometra. Zastanawiałam się czy nie dać sobie z tym siana i nie wrócić do domu SKM-ką. Gdy dobiegłam do półmetka, czyli do Galerii Bałtyckiej, zatrzymałam się na chwilę i zupełnie nie mogłam się zebrać, żeby ruszyć z powrotem. Nogi jak kołki. Dobrze że biegłam środkiem miasta i była już taka godzina, że na ulice zaczęli wychodzić ludzie, bo podobne samopoczucie podczas biegu kilka dni wcześniej skończyło się ośmiokrotnym rykiem wkurworozpaczy w lesie. Przy ludziach to się jednak wstydzę.
Po powrocie padłam i powstałam jakieś pięć godzin później (zasypiając w międzyczasie dwukrotnie), po to tylko, żeby przetransportować się do starego mieszkania i pomachać trochę miotłami, zmywakami i innymi ścierkami. Ledwo i w trybie zombie, więc większość roboty zrobił Wojtek w samotności.

Zaczęło być grubo, na tyle grubo, że na przykład napisałam mejla rekruterkom, z którymi byłam umówiona na następny dzień, że bardzo przepraszam za zamieszanie, ale przygotowując się do rozmowy przejrzałam raz jeszcze ogłoszenie o pracę i zorientowałam się, że to w ogóle nie jest stanowisko dla mnie. W poniedziałek w południe dostałam odpowiedź, że panie bardzo dziękują za tak uczciwe postawienie sprawy, ale ja przecież aplikowałam na inne stanowisko…

A potem przyszedł poniedziałek i nowe wyzwania. Cieszyłam się, że przeprowadzam się bliżej „swojego” basenu, co pozwoli mi zaoszczędzić co rano pięć minut na dojazd. Niewiele, ale gdy dodamy jeszcze dziesięć minut na wyprowadzanie psów, z którego od teraz mogę zrezygnować (ogródek!), robi się z tego kwadrans więcej spania. Przed piątą to naprawdę ma znaczenie. Ale przecież nie byłabym sobą, gdybym nie skomplikowała sobie życia, więc od poniedziałku zamiast na pływalnię, na którą jeździłam prawie codziennie od niemal dwóch lat, drałuję 30 km w drugą stronę. Dobrze że jeżdżę ekonomiczną hybrydą, bo Audicą poszłabym z torbami. Po drodze mijam nocny autobus i dzielnego pana rowerzystę. Na obwodnicy, aby nie zasnąć, otwieram okna, śpiewam piosenki. Na treningu dostaję duble, dużo dubli, jak za starych dobrych czasów. No i cóż, zamiast wstawać 15 minut później, wstaję 10 minut wcześniej.

Z fajnych spraw to jeszcze taka, że po raz drugi uprowadziłam z dre rowery czasówkę, „mojego” cudownego Speed Concepta, na którym ścigałam się w Przechlewie i w Poznaniu. Uwielbiam tę maszynę chyba tak samo jak Emondzię. Po pierwszej jeździe po przerwie od września bolało mnie prawie wszystko, a konkretnie to przedramiona i jeszcze coś, ale nie powiem co. Mam nadzieję że w tym roku utrzymamy z Koncepciochem tendencję zdobywania best bike splitów na zawodach. Choć nie wiem, czy będą to te zawody, które pierwotnie planowałam, bo na razie to chyba nie mam co planować.

Fakt jest taki, że w tym okresie rok temu trenowało mi się chyba o 500% lepiej, ale też miałam do tego sto razy lepsze warunki. Obecnych niedogodności nie chcę nawet nazywać problemami, bo to raczej właśnie niedogodności, niewygody, dyskomfort, jak zwał tak zwał. Nic strasznego, ale z przedłużającym się poczuciem dyskomfortu też słabo się funkcjonuje (a może tylko ja tak mam). Można powiedzieć, że stoję na rozdrożu, chyba największym odkąd zaczęłam w ogóle trenować sport. Okoliczności chciałyby ode mnie tego, żebym skręciła w którąś stronę, a ja bardzo nie chcę tego robić, bo wtedy zwrócę się przeciwko sobie. No więc na razie jestem w dupie.

Od paru dni zupełnie nic mi nie idzie, tak sądzę. Spodziewałam się, że wiosna już wygląda zza winkla, a tu nagle zima przywaliła tak, że aż szkoda to komentować. Codziennie się zastanawiam czy jeszcze mam tyle życiowego entuzjazmu, żeby z tym wszystkim walczyć, udawać że mi to nie robi i starać się nie zwracać uwagi na to, że totalnie zamarzam i mam 15 razy mniej siły niż latem.
I pewnie większość Czytelników się zastanawia, dlaczego uporczywie trzymam się nie wyjeżdżania z zimnej Polski, skoro z drobnymi wyjątkami mam połowę rodziny w słonecznej Hiszpanii i drugą połowę w równie ciepłych Włochach. Ale to jest, proszę państwa, temat na co najmniej oddzielny, bardzo długi wpis.

Idę biegać. Jeśli nie wrócę za półtorej godziny, to znaczy że pożarło mnie yeti.

Dodaj komentarz