Kończy się zupełnie szalony tydzień. Ze względu na zmianę planów startowych w (dosłownie) ostatniej chwili zdążę jednak z relacją z zawodów, które odbyły się w ubiegłą niedzielę. Myślałam, że jutro napiszę już o dwóch startach – sztafecie w Przechlewie i 1/4 w Malborku, ale ten drugi leci dzisiaj beze mnie. Dlaczego? Oto jest pytanie!

Ostatnie kilka dni były trochę szalone. Nie miałam czasu, żeby się porozciągać choćby przez kwadrans. Oczywiście robiłam same miłe i przyjemne rzeczy, bo mam taki zaszczyt i przyjemność, żeby zajmować się w życiu tylko tym, co szczerze lubię, ale to nie zmienia faktu, że byłam w jakimś totalnym biegu i to nie do końca dosłownie. Gdy już wydawało mi się, że zbliżam się do końca długiej listy zadań, które mam do zrobienia, i już za dziesięć minut usiądę na chwilę, żeby popracować przy kompie, okazywało się, że jednak nic z tego. Siedziałam więc za długo wieczorami, wstawałam zbyt wcześnie rano, zaliczałam bombę w środku dnia i tak dalej. Czwartek spędziłam cały w podróży. Wstałam o 4:30, żeby zrobić trening biegowy, potem wsiadłam w pociąg do Poznania, z powrotem do Gdyni autem i było po czwartku. Niby cały dzień fizycznego odpoczynku, a jednak zmęczyłam się znacznie bardziej niż gdybym zrobiła porządny trening zakładkowy. Piątek też minął nie wiadomo kiedy. Zdążyłam w międzyczasie skoczyć na trening na basen i pływało mi się zupełnie fajnie, ale dwie minuty po wyjściu poczułam totalny zmęcz i zapaliła mi się lampka ostrzegawcza.



Przy okazji uświadomiłam sobie, że zupełnie nie myślę o nadchodzącym starcie w Malborku. Nic, kompletna pustka. Czasem już tak miewałam, że jechałam na zawody lekko podmęczona czy obolała, ale zawsze dojeżdżałam na miejsce i od razu wpadałam w moduł ścigania. A dzisiaj tak nie było. Nie chciało mi się wyjść z samochodu po pakiet startowy, marzyłam o tym żeby pójść spać, a myśl o jakimkolwiek pływaniu, jeżdżeniu i bieganiu wydawała mi się absolutnie abstrakcyjna. Gigantyczny opór materii. Nie mogę tego zrzucić na zmęczenie. Wczoraj zrobiłam sobie ponownie badania krwi i są o wiele lepsze niż choćby trzy tygodnie temu przed Mistrzostwami Polski (link). Wszystkie treningi szły ostatnio po mojej myśli, a rowerowe nawet z nawiązką. Czuję się nieco przeziębiona, ale bez tragedii. Słowem: nic konkretnego się nie dzieje. Stwierdziłam jednak, że bez sensu pchać się na siłę na start o priorytecie… bez priorytetu, do którego w ogóle się nie przygotowywałam, który miał być po prostu mocnym treningiem. Do tego ten przezięb i koszmarna pogoda. Mam przed sobą jeszcze kilka startów, więc ryzyko nie jest warte zachodu. Jeśli już mam startować, to nie na zasadzie zaliczenia, tylko na maksa – a na coś takiego kompletnie nie mam dzisiaj sił. Wróciliśmy więc do chaty i zakopałam się pod kocem. Jedyne czego żałuję, to tego, że straciłam jedną z niewielu okazji do naparzania na czasówce, ale dzisiaj jedyne na co mam ochotę, to naparzanie herbaty.
Czy jestem tu za karę? Nie.
Czy mam jakieś zobowiązania w związku z tym startem? Nie.
Czy jest jakieś ryzyko zdrowotne, sprzętowe i dalszych startów? Niewielkie, ale tak.
Czy będzie fajnie, jak wystartuję? Prawdopodobnie tak.
Czy będę żałować, jak nie wystartuję? Prawdopodobnie tak.
Czy mam siłę cisnąć w pałę? Nie.
Wiecie jak to jest. Winners never quit, quitters never win, bla bla bla, a może odwrotnie. W drodze powrotnej śmialiśmy się, że obudziłam Wojtka o czwartej nad ranem, żeby zawiózł księżną na zawody, po czym księżna stwierdziła, że w deszczu to ona nie będzie występować, więc proszę teraz ją zawieźć z powrotem pod kołderkę. Wiemy jednak oboje doskonale, że aż tak prosto to wszystko nie działa i bardziej mogłoby mi być wstyd, gdybym się na własne życzenie rozchorowała na dobre i straciła przez to tydzień treningów.
Robi mi się całkiem długi wstępniak, ale skoro piszę już o ubiegłym tygodniu, to nie mogę nie wspomnieć o tym, że po prawie czterech latach zakończyłam pracę na stanowisku redaktora prowadzącego dział triathlonowy na portalu magazynbieganie.pl. Napisałam w tym czasie ponad trzysta tekstów – tutaj link. Spodziewam się, że będę miała teraz znacznie więcej czasu na robienie rzeczy bardziej i mniej konstruktywnych [z tych drugich to udało mi się na przykład zrobić idiotyczny i infantylny komiks o swoich samochodach (1, 2, 3, 4, 5). Wojtek przestaje się do mnie przyznawać]. Trochę jestem także spanikowana i myślę sobie omg, co teraz będzie i gdzie moje pieniądze i czy będę musiała sprzedać nerkę, żeby nakarmić swoje psy?, ale na razie próbuję zachowywać spokój i cieszyć się możliwością przeczytania tych wszystkich książek, które na mnie tyle czasu czekały.
Dobra, ale miało być o Przechlewie.
Zostałam zaproszona do damskiej sztafety na 1/4 Ironmana w Przechlewie. Do startu na rowerze nie trzeba mnie długo namawiać, jeśli tylko data zawodów nie zbiega się ze startem w triathlonie. To dla mnie super okazja, żeby porównać waty na rowerze po pływaniu i przed biegiem z watami „na sucho”. No i pojechać raz w okularach na paskach kasku 🙂
Fakt startu w drużynie automatycznie sprawia, że zawody stają się wydarzeniem o wysokim priorytecie. Gdy startuje się samemu, można testować różne rozwiązania, ryzykować i sprawdzać albo marudzić, że się źle czuje i woli poleżeć – ale jeśli jest team, to jest odpowiedzialność. O moich planach usłyszał chyba mój kochany samochód i tradycyjnie postanowił się popsuć przed wyjazdem. Miło ze strony Audicy, że wyskoczyła z check engine’em w czwartek, a nie w niedzielę o czwartej, gdy wyjeżdżaliśmy. Jako że jej humory mamy już przerobione, wiedzieliśmy jak na nie zareagować. Dojechała na lotnisko, więc spoko. Tym razem mieliśmy wyjątkowego farta, bo w wypożyczalni zabrakło samochodów z wybranego przez nas segmentu i dostaliśmy lepszy. Na zawody dotarliśmy więc cało, zdrowo i na czas. Trochę gorzej, że w połowie drogi rozpoczęła się burza z gigantyczną ulewą. Dwa lata temu w Przechlewie jechałam w okrutnych warunkach pogodowych, praktycznie zamarzłam na trasie. Obawiałam się, że będzie powtórka z rozrywki, a przede wszystkim lekko spanikowałam ze względu na nie swój sprzęt. Cóż. Wyglebiłam się porządnie tylko raz, w Suszu (link), i wcale nie dlatego, że było mokro i ślisko. Od tej pory jednak mam jakąś fobię niszczenia sprzętu, bo na drugą taką glebę w sezonie już mnie po prostu nie stać. A tutaj jeszcze jechałam na pożyczonym rowerze, więc taka perspektywa naprawdę mnie przerażała. Ostatecznie postanowiliśmy zmienić przednie koło na moją treningówkę z całoroczną oponą (z tyłu zostawiliśmy Bontrager Aura 5 ze slickiem). Not so fancy, but safe. W ważnych zawodach, na których ścigam się sama, priorytetem jest: zapierniczaj. W sztafetowych staje się: dotrzyj do strefy zmian w jednym kawałku, możliwie jak najszybciej. W takich, na których ścigam się na nie swoim sprzęcie: nie zrób krzywdy rowerowi. No ale daj mu pohasać 🙂
Z samej jazdy mam kilka ciekawych wniosków. W pierwszej połowie trasy czułam się fantastycznie i kręciłam waty jak złociutkie. Wnioskując po samopoczuciu, przypuszczałam że uda mi się jeszcze podnieść średnią na drugiej pętli, ale zamiast tego zaczęła mi coraz bardziej opadać. Bardzo nastawiałam się na to, że ze względu na jazdę „na sucho” będę w stanie przycisnąć końcówkę i ostatnie 10 kilometrów pojechać już na zakatrupienie, ale najwyraźniej mój organizm nie jest w stanie się tak wyzerować. Jeśli chodzi o moc, było tylko trochę wyżej niż na MP na olimpijce, z tym że tam jechałam na szosówce, a tutaj – po raz pierwszy! – na rowerze czasowym. Podobno na tym drugim waty są trochę niższe – na podstawie treningów jestem w stanie stwierdzić, że w moim przypadku są równe, a w każdym razie porównywalne z szosówką. Jestem absolutnie zakochana w tym rowerze, jest absurdalnie szybki i superwygodny. I jest wciąż do kupienia w dre rowery. Lada chwila będę musiała się z nim rozstać, ale bardzo się cieszę, że miałam okazję sprawdzić, jak wielka różnica jest między barankiem a kozą. Ostatecznie wykręciłam czwarty czas zmiany open, a pierwszy zawodnik pojechał niecałe dwie minuty szybciej niż ja. Ten rower sam jedzie, wystarczy mu jakoś specjalnie nie przeszkadzać.
Dwa lata temu zawody w Przechlewie były dla mnie fatalne (link). Ile się zmieniło przez ten czas – życiowo i sportowo – to tylko ja wiem. Warto było to wszystko przetrwać.

Dodaj komentarz