W social mediach pokazujemy zwykle tę piękną część swojego życia. Tę pełną sukcesów, optymizmu, niezwykłych osiągnięć, spektakularnych efektów. Większość z nas myśli, że właśnie po to one są. Że taką twarz trzeba pokazywać: znajomym, żeby nas podziwiali i szanowali; obecnym i przyszłym pracodawcom, żeby chcieli z nami współpracować; obcym ludziom, żeby chcieli nas poznać. Jeśli jesteśmy sportowcami, to jeszcze potencjalnym sponsorom, żeby sobie o nas źle nie pomyśleli. No i – last but not least – swoim rywalom, bo przecież nie mogą się dowiedzieć, że mamy jakieś słabości. Jeszcze by sobie wszyscy pomyśleli, że jesteśmy człowiekiem albo coś…

Ja się już z tego wypisałam. Może wyrosłam albo się tym zmęczyłam. Może mnie to wszystko za wiele kosztowało. A może po prostu nie do końca zależy mi na kumplach czy pracodawcach, których może zaskoczyć to, że człowiek nie jest cyborgiem.

No bo jakkolwiek przejawiam czasem w stosunku do samej siebie skłonności cyborgiczne, to jestem jednak przede wszystkim człowiekiem z krwi i kości, z mnóstwem myśli i osądów, których się trochę wstydzę i które uważam za swoje słabości oraz doświadczeń, które wolałabym wyrzucić z głowy.

Ale one wcale nie znikną kiedy napiszę, że wszystko mi wychodzi perfekcyjnie. Te Twoje też nie. Będziesz myślał, że u mnie wszystko świetnie, a u Ciebie słabo, tak słabo, że najwyraźniej musi być z Tobą coś nie tak. A ja będę myśleć dokładnie to samo, bo Ty też przecież pokażesz tylko to, przy czym się szeroko uśmiechasz.

Po co?

Trening to jest dla mnie rzecz święta i nie ma w tym zbyt wiele przesady. W ustalaniu harmonogramu każdego dnia na pierwszym miejscu jest trening, na drugim zorganizowanie sobie odpowiednich warunków, żeby pomiędzy treningami chwilę odpocząć, a dopiero po tym jest wszystko inne. Staję na głowie, żeby w miarę możliwości się wysypiać i dbam o pozostałe aspekty okołotreningowe.

I właśnie dlatego nie boję się ani nie wstydzę napisać, że czasem coś nie zabangla z zupełnie nieznanej przyczyny.



Czasem tak bywa że biegnę, a moja głowa mówi, że jej się nie chce i wracajmy do domu. Gdy to jest zwykłe, codzienne zmęczenie, to zwykle odpuszcza po kilku, góra po kilkunastu minutach. Jeśli jestem właśnie w trakcie mocnego odcinka, to zgłoszenie przez klepki potencjalnych awarii, czerwone kontrolki typu check engine i tym podobne są zupełnie przewidywalne i wtedy po prostu się nimi nie przejmuję. Gorzej jeśli to „nie chce mi się” jest tak przejmujące, że właściwie to nie wiem, co mi dolega, bo chyba nic konkretnego, ale wiem, że trening to się raczej dzisiaj nie wydarzy, a w każdym razie nie w zaplanowanej pierwotnie formie. Awaria w elektrowni.

No i coś takiego spotkało mnie właśnie dzisiaj. Zupełnie od czapy, bo zarówno wczoraj, jak i dzisiaj czułam się bardzo dobrze. Rano świetnie mi się wstawało, trening na basenie odbyłam w fantastycznym samopoczuciu. Wszystko było doskonale aż do momentu, kiedy na kwadrans położyłam się spać przed wyjściem na bieganie. Wstałam już jako półzombie, ale pomyślałam: rozbiegam. Nie pierwszy i nie ostatni raz.

No ale tym razem nie rozbiegałam, więc po pół godzinie walki, konfrontowania wszystkich za i przeciw i przede wszystkim po dogłębnym rachunku sumienia: czy ja sobie wybaczę, jak nie zrobię tego progowego odcinka? – wróciłam do chaty.

Co mnie szalenie rozśmieszyło w tej całej beznadziejnej sytuacji to to, że do kibicowania mi dołączył się tygrys. Tak, tygrys, ten duży dziki kot. Biegałam po pętli przy gdańskim zoo i gdy po raz drugi mijałam jego wybieg, nieco oddalony od ścieżki, zaczął głośno ryczeć w moją stronę. Byłam wtedy w apogeum rozkminy na temat moich dalszych losów, więc sytuacja zaczęła stawać się epicka. Do pełnego obrazu psychodeli brakowało tylko gościa z jutuba, który by stanął przede mną na drodze i powiedział to swoje „jesteś zwycienzcoł, dasz radę, dobiegniesz do tej mety”.

To nie jest u mnie normalne, żeby tak po prostu przyznać się przed sobą do totalnej słabości, przerwać zaplanowany trening i się za to mentalnie nie ukamienować.
Nie mam pojęcia o co mi chodziło, ale skoro już truchtanie było taką mordęgą, to znaczy że główne zadanie treningu zrobiłabym wyłącznie na zaliczenie. I choć głównie chodzi tu właśnie o to, żeby zaliczyć – dołożyć kolejną cegiełkę i iść dalej – to w moim przypadku posłuchanie swojego organizmu jest tym rodzajem zadania treningowego, które bardzo rzadko mi wychodzi. W listopadzie trener pływania dosłownie wygonił mnie z płyty basenu o 5:44, zanim zdążyłam wejść do wody, i kazał spędzić następne trzy dni w wyrze. A ja się przecież już tak świetnie czułam po tej chorobie! Z perspektywy czasu stwierdzam, że nie, nie czułam się świetnie. Bynajmniej. Czułam się obrzydliwie źle, tylko już strasznie chciałam iść na trening zamiast gnić w domu. Mój obiektywizm w spoglądaniu na bieżącą sytuację jest zwykle bardzo mało rozsądny. Dzisiaj nie wiem, dlaczego darowałam sobie ten bieg. Myślę że za tydzień już będę wiedziała.

Może to jest śmieszne, że tak przeżywam jeden odpuszczony trening na trzycyfrową liczbę wykonanych w stu procentach. Ironia losu, że zdarzyło się to akurat dzisiaj, kiedy rano fejsbuk przypomniał mi, jaki tekst udostępniłam trzy lata temu na swojej tablicy. O ten. Zacytowałam tam wtedy:

Wracając do mojej kariery, zawsze byłem nadgorliwy, wykonywałem 100 procent planu. Treningi wychodziły super, ale „nie oddawały” na zawodach. Trenowałem z Heniem Szostem i Arkiem Sową, którzy biegali mniej, potrafili odpuścić. W efekcie na zawodach zawsze wypadałem słabiej. Dopiero w 2010 roku podczas obozu w Kenii zacząłem stosować ich taktykę: kiedy trener kazał robić 12×1 km, ja robiłem 10, kiedy w planie było 14 odcinków – robiłem 12. Jak się okazało, był to mój najlepszy sezon w życiu.

Wciąż tego nie umiem. Może to źle. A może to dobrze.
A może nie trzeba patrzeć na to zerojedynkowo i po prostu dać rzeczy płynąć.

W ostatnim roku trzy razy zaliczyłam podobną bombę jak dziś. Raz, zeszłej zimy, wyszłam na bieganie i zawróciłam po pięciuset metrach z powodu zapalenia zatok – które oczywiście do tamtego momentu skutecznie wypierałam z umysłu. Dwa – w lipcu miałam robić jeden z wielu treningów biegowych z mocnymi odcinkami. Skończyło się na sześciu kilometrach rozbiegania z zagryzionymi zębami, bo miałam tak ujechane mięśnie, że ledwo odbijałam się od podłoża. No i trzy, najbardziej spektakularne: to jak pojechałam na zawody do Malborka, odebrałam pakiet, oddałam pakiet i pojechałam na chatę, aby przeleżeć kolejne dwa dni.

Są pewne rzeczy, o których nie śniło się filozofom, więc może ja tym bardziej nie będę zabierać się do rozkminiania tego.

Teraz się martwię tylko tym tygrysem, czy nie pomyśli aby, że jest za mało przekonywujący. Sorki kiciuś, mam nadzieję, że następnym razem zobaczysz mnie w lepszej formie.

1 Comment »

Dodaj komentarz