Gadaliśmy o tych górach przy różnych okazjach. Właściwie za każdym razem, kiedy podczas podróży gdzieś za szybą migotały na horyzoncie, pojawiał się temat: o, pojedziemy sobie w końcu. Tak o, połazić. No ale wiadomo, że z triathlonist(k)ą to nie jest takie proste.

W tym roku jednak po raz pierwszy od dawien dawna postanowiłam zrobić sobie małe wakacje, które ewoluowały w nieco przedłużone, kilkuetapowe wojaże. Wreszcie trafiła się okazja, żeby pojechać w polskie góry.
Nie licząc Karpacza i wchodzenia na Śnieżkę (jakieś sto lat temu), nigdy nie chodziłam po górach. Głównie dlatego na pierwszy ogień wybraliśmy zaledwie pagórko-góreczki, czyli Beskidy. Żadnych epickich wspinaczek, podciągania się na łańcuchach i życia na krawędzi. Utrudnieniem miało być zupełnie co innego.

Jechałam na listopadową wycieczkę w góry, będąc świadoma tego że, po pierwsze, nienawidzę zimy. Naprawdę nie znoszę kiedy jest mi zimno. Myśl o dobrowolnym przebywaniu na zewnątrz przez kilka godzin, z dala od cywilizacji, schronisk czy samochodu z ogrzewaniem jawiła mi się jako prawdziwe wyzwanie psychofizyczne. Jakie było moje zdziwienie, gdy przed wyjazdem stało się jasne, że kurtkę zimową owszem, zabiorę, ale tylko z rozsądku wynikającego ze znajomości kalendarza. Poza tym do walizki wleciały raczej wiosenno-letnie rzeczy… a i tak było za ciepło.
Po drugie, istniało bardzo uzasadnione przypuszczenie, że nie lubię gór, co w połączeniu z faktem, że nie cierpię tak po prostu łazić, było – nomen omen – piętą achillesową całego przedsięwzięcia. Naprawdę, na spacer z psem to się jeszcze wybiorę, bo lubię mojego psa, ale łażenie dla samego łażenia jest dla mnie abstrakcją. Na marginesie, biegam także wyłącznie „służbowo” 😉

Cóż, jednak jeśli nie spróbuję, to się nie przekonam. To sobie w duchu rzekłszy, zabrałam się do pakowania.

Jak łatwo zauważyć, jednym z głównych bohaterów pierwszego odcinka górskiego vloga jest bagażnik dachowy na rower. Jeśli dobrze się mu przyjrzycie, zrozumiecie dlaczego. Uprzedzając pytania, to sprzęt marki Rassine wypożyczony od dre rowery. Napiszę o tym ustrojstwie więcej w kolejnym wpisie, bo naprawdę zrobiło na mnie wrażenie, a konkretnie to, że mój rower przyssany do dachu auta zaledwie trzema przyssawkami, przejechał 600 kilometrów i ani drgnął. Wydawało mi się to raczej niemożliwe.

W Szczyrku zakwaterowaliśmy się w pensjonacie Willa Ewa. Niewątpliwymi plusami były cena (za nasz tygodniowy pobyt zapłaciliśmy mniej niż za hotel dla dwóch psów na ten czas) i lokalizacja – właściwie w samym centrum miasta, ale lekko na uboczu, dzięki czemu nie było słychać zgiełku z ulicy, a jedynie koguty. Wściekłe koguty, drące dzioby od świtu dosłownie co kilkanaście sekund, well well well. Co nie bez znaczenia, mieszkaliśmy dosłownie 200 metrów od COS-u, dzięki czemu dostanie się na pływalnię było bajecznie proste. Wady naszego mieszkanka? Choć pokój był bardzo w porządku, to kuchnia już słaba. Kiepsko wyposażona, mało funkcjonalna i zwyczajnie dość niewygodna w obsłudze, podobnie zresztą jak nasza łazienka. Niemniej, głównym kryterium wyboru była dla nas możliwość wzięcia ze sobą psa (choć nadal toczą się dyskusje, czy Smok na pewno jest psem). W COS-ie takiej opcji nie było, więc porzuciliśmy wysokie standardy na rzecz Smoczego towarzystwa. Co zresztą okazało się strzałem w dziesiątkę, ale o tym zaraz.

Góra numer 1: Czantoria. Góry powinny być tylko pod górę.
Dzień po przyjeździe wybraliśmy się na Wielką Czantorię. Wchodziliśmy szlakiem czerwonym, schodziliśmy niebieskim.


Zapis na Stravie – link tutaj.

Szybko okazało się, że bardzo się myliłam: góry są super. Niby sobie tylko idę, a nagle mam tętno 170. Niby tylko spaceruję, a jednak ciekawość zasysa mnie w kierunku szczytu, na którym chcę znaleźć się jak najszybciej. Fajnie! Entuzjazm osłabł mi trochę na zejściu. Jakkolwiek wchodzenie pod górę szlakiem było super atrakcyjne, tak zejście nudne, żmudne i niewygodne. Szlak niebieski obfituje w małe kamienie, które chyba z dziesięć razy powykręcały mi kostki. A na punkcie stawów skokowych jestem trochę przewrażliwiona, bo i tak już sporo ze mną (nomen omen) przeszły (na przykład to – klik). Głupio byłoby skręcić sobie nogę na wakacjach, i to w dodatku pierwszego dnia.
Po południu wybraliśmy się na upolowanie obiadu na mieście. Wybór padł na restaurację Zapiecek, która okazała się mniej droga niż pierwotnie sądziliśmy. Wojtek zamówił tam placek po węgiersku, a ja żurek podawany w chlebie i wiem, że chyba nigdy więcej w życiu tego nie zrobię. Jestem psychofanką chleba, a konkretnie jego ścian. To samo mam z bułkami. Zatem gdy dostałam żurek w wydrążonym chlebie, nie mogłam go nie pożreć, a nie mogłam go pożreć, bo najadłam się już samą zupą. Moje serce krwawiło.
PS. Był pyszny.

Góra numer 2: Skrzyczne. Tylko szybko, bo zjedzą nas wilcy.
Skoro przywiozłam sobie rower (przełajowy, bo bałam się pakować szosówki na przyssawkowy bagażnik 🙂 ), nadszedł czas, aby z niego skorzystać. Ale nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie popsuła. Od momentu wyjazdu do wypakowania roweru z bagażnika w środę, miałam ten rower w rękach przez około 45 sekund. I wiecie co? Udało mi się w tym czasie zrobić mu kuku. Zaprawdę powiadam Wam, nigdy, przenigdy, gdy trzymacie rower z hamulcami tarczowymi bez przedniego koła, nie zaciskajcie lewej klamki. Ja to zrobiłam i dzięki temu w środę rano mój rower odmówił przyjęcia przedniego koła. Zatem plan, aby wymknąć się na rower zanim Wojtek się obudzi spalił na panewce, bo w desperacji wyciągnęłam go z wyra, aby „zróóóóób coooooś”. Kilka chwil dłubania i kręcenia i udało się włożyć koło na swoje miejsce. Jednak po zakręceniu kołem, robiło ono maksymalnie cztery pełne obroty, po czym hamowało do zera. No nic, nawarzyłam se piwa, to teraz muszę je wypić. I tak na pewno będzie fajnie, a że nie za szybko, no to już trudno-świetnie.

Rzeczywiście było fajnie. Wyjechałam chwilę po dziewiątej w krótkich spodenkach i koszulce z krótkim rękawem – w listopadzie! Nie mogłam uwierzyć w ten prezent od losu. A góry… cóż, zafascynowały mnie całkowicie. Jechałam albo w górę, albo w dół – prawie w ogóle bez płaskiego terenu. Trochę żałowałam, że nie mam ani formy, ani roweru na to, żeby pobawić się w coś więcej niż turystykę rowerową, ale nawet to było super przyjemne. Może oprócz tego, że na zjazdach niestety jestem sierotą bożą. Boję się, hamuję, kiepsko wchodzę w zakręty. Tym bardziej byłam zaskoczona, kiedy wrzuciłam zapis tej jazdy na Stravę i zobaczyłam, że w kilku miejscach uplasowałam się na wysokich lokatach właśnie na zjazdach. Nic z tego nie kumam! Nie przepadam za jazdą w dół, za to Przełęcz Salmopolska ujęła mnie do głębi. Jechałam pod górę z Wisły do Szczyrku i czułam się, jakbym miała zaraz sięgnąć chmur. Długie, niezbyt strome podjazdy to coś, co szczerze uwielbiam. O ile oczywiście nie ucieka mi na nich zgraja chłopaków, do których wypada prędzej czy później dospawać 😉 Tym razem mogłam jechać sobie w swoim niespiesznym tempie, nie przejmując się niczym wokół. Sytuacja na pewno wyglądałaby inaczej, gdyby na horyzoncie pojawił się inny rower…

Tylko wróciłam, przebrałam się i ruszyliśmy na drugą z naszych czterech gór: Skrzyczne. Było już dość późno na rozpoczynanie długich wypraw (dochodziła 13), więc wybraliśmy górę, której podnóże leży w naszej miejscowości, żeby nie trzeba było tracić czasu na dojazd.



Zapis na Stravie – link tutaj.

Na Skrzyczne wchodziliśmy szlakiem zielonym, a schodziliśmy niebieskim. Choć na początku byłam zmęczona i czułam w nogach dopiero co zakończony rower, im dłużej szłam, tym czułam się lepiej. Te widoki!

Tym razem schodzenie nie wkurzało mnie aż tak bardzo, choć niezmiennie twierdzę, że góry powinny prowadzić wyłącznie pod górę, a potem teleportacja albo chociaż zjazd wyciągiem. Mam także wrażenie, że to zdecydowanie najdziksza z gór na których byliśmy. Na szlakach spotkaliśmy może z pięć osób, w tym troje rowerzystów zjazdowych. Było naprawdę pięknie, wręcz mistycznie. Wyobrażałam sobie, że gdybym mieszkała w Szczyrku na stałe, byłabym częstą bywalczynią tych szlaków.

Na tym mój dzień się nie skończył, bo siłą rozpędu postanowiłam pojechać do Bielska-Białej na jogę do Magdy. Marzyłam co prawda o tym, żeby już zakopać się pod kołderką i pozostać w pozycji horyzontalnej do końca tego atrakcyjnego dnia, ale taka okazja na nowe doświadczenie nie miała powtórzyć się zbyt szybko. Chwilę przed 18:00 wchodziłam na salkę całkowicie zmęczona i złachana. Niecałe półtorej godziny później czułam się jak młoda bogini. To chyba mówi wszystko.
Chodziłam już na zajęcia jogi, zwykle bardzo nieregularnie, bo nie mogłam złapać tego całego flow. Trafiłam raz do świetnej nauczycielki, ale powaliła mnie godzina – zajęcia kończyły się przed 22, a ja następnego dnia wstawałam chwilę po piątej. Miałam jednak silne postanowienie, że w tym roku będę próbować znowu. Myślałam że może to kwestia czasu, że po którychś z kolei zajęciach coś się we mnie przełamie i będę czerpać z tego to, co chciałabym.
Zajęcia u Magdy zburzyły cały ten obraz w mojej głowie. Postawiły poprzeczkę tak wysoko, że teraz mam poważny kłopot, bo znalezienie drugich takich graniczy chyba z cudem. Ale będę szukać, bo nagroda będzie wielka. Od początku do końca, niczego bym tam nie zmieniła. Kameralna grupa, odpowiedni klimat, doskonała muzyka – to pod względem oprawy. To jednak może zrobić każdy, ale najważniejsze wychodzi od środka. Czułam się rozluźniona, ale mocna. Zaopiekowana. Pogodzona ze wszystkim co się dzieje ze mną i wokół mnie. To na pewno brzmi dziwnie dla kogoś, kto nie praktykuje jogi – jak parę wygibasów na macie może tak wpływać na człowieka? To brzmi dziwnie nawet dla mnie, bo pierwszy i jak na razie ostatni raz doświadczyłam czegoś takiego. Ale pamiętam to uczucie do dzisiaj i będę go znowu szukać.

Góra numer 3: Pilsko całe dla Smoka!
Kolejnego dnia wybraliśmy się na Pilsko.



Zapis na Stravie – link tutaj.

Na szlakach było wszystkiego po trochu, co było na pozostałych „naszych” górach: strome podejścia po trawie, piękne widoki, trochę kamieni i… zdecydowanie najatrakcyjniejsze zejście. Wchodziliśmy tam szlakiem zielonym, schodziliśmy żółtym.

Pierwszy raz nie zatracałam się w nudzie połączonej z próbą utrzymania uwagi na nieskręcaniu kostek. Przez dłuższą część trasy w dół czułam się trochę jak w wesołym miasteczku. Zdecydowanie nie chciałabym iść po tym szlaku w okresie największego ruchu turystycznego. Wyobrażam sobie te korki, które tworzyłyby się na trasie. My mieliśmy ten komfort, że nie było niemalże nikogo.

Góra numer 4: Krowiarki dla przełajki!
Piątek był dniem bez łażenia po górach. Miałam pojeździć sobie na rowerze przez dwie i pół godziny, a po południu chcieliśmy wybrać się do term do Słowacji. Wpadliśmy jednak na szatański pomysł. Jeśli nieco wydłużę swoją trasę (w to mi graj!), to przejadę przez kultową przełęcz Krowiarki i zatrzymam się przy granicy polsko-słowackiej, gdzie zapakujemy przełajówkę do bagażnika i podjedziemy autem jeszcze kilkanaście kilometrów do term. Nie oznaczało to nic innego niż to, że przez całe cztery godziny Wojtek jechał za mną lub gdzieś w mojej okolicy naszym Aurisem. Boże, błogosław napęd hybrydowy. I dobroć&cierpliwość Wojtka! Na jego miejscu po 45 minutach zasnęłabym za kierownicą, a gdybym się w porę obudziła, to tylko po to, żeby ze złością przejechać zbyt wolną rowerzystkę, wpakować ją do fury i zawieźć do Słowacji szybciej o 70 km/h. Bo umówmy się, to musiało być szkaradnie nudne, tym bardziej, że – pragnę przypomnieć – jechałam z tym cholernym hamulcem blokującym koło. Nie wiem jak Ty to wyczymałeś, najdroższy!

Mnie natomiast było cudownie. Raz przejechałam tym rowerem jakieś 60 km i to już było odczuwalnie dość dużo – to jednak nie to samo co Emonda. W normalnych warunkach pewnie wzgardziłabym zabraniem niedziałającego roweru na wycieczkę, ale tym razem okoliczności były zbyt zachęcające, żeby w ogóle o tym pomyśleć. Uwielbiam takie wyzwania!

Już dawno stówa po asfalcie nie była dla mnie takim przedsięwzięciem i przeżyciem. Chłonęłam te krajobrazy, świeże powietrze, każdy zjazd i podjazd. Zwłaszcza ten, na którym mój rower prawie stanął w miejscu. Byłam bliska zatrzymania się i wciśnięcia roweru pod górę na piechotę, ale to byłaby większa potwarz niż byłabym w stanie znieść. Kiedy zaczynało być mi ciężko, myślałam sobie o tym, że kaman, Maciek Hop poprzedniego dnia przejechał 200 kilometrów na Bromptonie w Portugalii, więc co ja wiem o nieoptymalnym sprzęcie?!

Zapis na Stravie – link tutaj.

Było ciepło, było cudnie, były promienie słońca, stado owiec na pastwisku przy drodze i niezapomniany zapach z tartaku. Była 15:30 i została mi niemal równo godzina do zmroku. Na liczniku miałam 75 kilometrów, więc celowałam na styk. Zatrzymałam się jeszcze na chwilę, żeby ostatni raz rozprostować kości i wrzucić w siebie jakiś szybki cukier. Wtedy Wojtek uświadomił mnie, że oto przede mną rozpoczyna się słynna przełęcz Krowiarki – 12 kilometrów podjazdu! Oh holy fcuk. Byłam święcie przekonana, że już ją pokonałam i że teraz to już prosta droga do mety, a może, jeśli mi się poszczęści, nawet lekko w dół… Nic z tego. Tym bardziej trzeba więc jechać.

Och, Krowiarki, długo Was nie zapomnę. Może gdybym nie była już nieco (mocno) upodlona po 75 kilometrach po górach na rowerze przełajowym, odebrałabym je jako łagodniejsze. Ten podjazd zdawał się nie mieć końca. Pokonując kolejne zakręty o 180 stopni myślałam, że to już – zaraz będzie wypłaszczenie i zjazd, bo przecież to niemożliwe, żeby podjazd trwał tak długo. A on trwał. I trwał. Wpadłam w jakąś pętlę czasoprzestrzenną. Oczywiście, że było super, bo jeżdżenie po tak pięknym asfalcie, po pustej drodze, w otoczeniu cudownych widoków nie zdarza się często. Jednocześnie jednak miałam wrażenie, że jeszcze jedna taka prosta i nogi przestaną mi się kręcić, zaświeci mi się check engine, rower odmówi posłuszeństwa i padniemy.

Gdy dojechałam na szczyt, zapadał już zmrok, a dramatyzmu dodawał fakt, że lampki (Flare-R i ION) były już na wyczerpaniu i spodziewałam się, że w każdej chwili mogą przestać działać. Bardzo mi zależało, żeby dojechać do tych stu kilometrów! Zjazd z przełęczy zapamiętam na długo. Wszystko mi zamarzło, choć nie było tak zimno, jak sugerowałby kalendarz. Powietrze pachniało późnoletnim wieczorem, a ja wciąż nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę – w listopadzie!
Zmarznięta i zadowolona wpakowałam się do auta i pojechaliśmy prosto do term do Oravic. Przyznam, że spodziewałam się czegoś lepszego. Było bardzo kameralnie, co jest jednocześnie zaletą jak i wadą – ewidentnie sezon jeszcze się nie zaczął i było to widać także po infrastrukturze obiektu. Niemniej cieszę się, że odwiedziliśmy to miejsce. Zawsze fajnie posiedzieć w zewnętrznym basenie, w którym woda ma pięćdziesiąt-ileś stopni!

Góra numer 5: Barania Góra – 20 km z buta
Nigdy wcześniej nie przeszłam tyle piechotą! Ta wycieczka okazała się naszą najdłuższą. Co ciekawe, poszła nam stosunkowo najszybciej, w każdym razie jeśli chodzi o tempo. Sporo z tego dystansu przeszliśmy asfaltem – zanim skręciliśmy w las, mieliśmy już 6 km po asfaltowej, pięknej drodze. Myślę że gdyby Emonda była świadoma, co tu się odwala, obraziłaby się na mnie na ament – to była idealna szosowa droga. Wchodziliśmy na górę do połowy szlakiem czarnym, następnie czerwonym. Schodziliśmy szlakiem zielonym.



Zapis na Stravie – link tutaj.

Baranią Górę oceniam jako najbardziej rekreacyjną i „komercyjną”, skrajnie różną pod tym względem od Skrzycznego. Pomimo długości, była to trasa najmniej wymagająca kondycyjnie. Mniej więcej w jednej trzeciej drogi na górę pytało nas o drogę małżeństwo… w samochodzie. Zgadza się, poczciwy Peugeot wjechał sąsiednim szlakiem aż na tę wysokość – to chyba mówi samo za siebie. W schronisku PTTK Przysłop można było dostać pyszną kawę i ciacho, a także mnóstwo najróżniejszych pamiątek. Z wrodzonej przekory kupiłam tam swojemu samochodowi z napędem hybrydowym breloczek z dzikiem.

Trochę zmartwiło mnie to, ile ludzi spotykaliśmy na szlakach na Baranią Górę. Na poprzednie trzy szczyty wspinaliśmy się w dni powszednie, co w połączeniu z niemal martwym sezonem umożliwiło nam cieszenie się brakiem towarzystwa. Nie żebyśmy byli jakoś wybitnie aspołeczni, ale sami wiecie jak to jest. Na Baraniej z kolei zawitaliśmy w sobotę, i to jeszcze – jak się potem okazało – w wydłużony weekend, bo 12 listopada okazał się dniem świątecznym. Po drodze spotkaliśmy słup z napisem, że wkraczamy właśnie do rezerwatu przyrody i że nie wolno tam wprowadzać psów. Byłam tym na tyle zaskoczona i zmartwiona, że właściwie byłam gotowa zawracać, bo nie dość że byliśmy z psem, to nie wyobrażałam sobie, aby przez całą drogę trzymać go na smyczy. Byłoby to skrajnie niekomfortowe, a miejscami niebezpieczne. Na szczęście Wojtek zarządził dzieło rebelii, to znaczy powiedział „Dobra, cho” i poszliśmy. Niedługo później mijaliśmy ludzi z psami, tak samo bezsmyczowych jak Smok, a reakcjami każdego kolejnego mijanego człowieka byłam zaskakiwana wyłącznie pozytywnie. W ogóle w tych górach są jacyś pozytywni ludzie. Ciągle cieszyli się na widok Smoka, uśmiechali się do niego, niektórzy głaskali (co zawsze trochę konfunduje mojego łaciatego biedaczka – „czy oni nie chcą mi dać zastrzyku?”).

Byłam naprawdę zaskoczona zachowaniem Smoka w górach. Co prawda nie bałam się żadnych głupich wybryków z jego strony, bo to psi ideał, ale nie spodziewałam się, że będzie aż taki fantastyczny. Nigdy wcześniej nie był na takich wycieczkach, a zachowywał się tak, jakby robił to codziennie. Na szlakach mijał ludzi szerokim łukiem, w ogóle im nie przeszkadzał. Oddalał się od nas na kilkanaście metrów, ale czujnie sprawdzał gdzie jesteśmy. Czuł się bardzo pewnie, nie bał się pokonywania żadnych dziwnych przesmyków, a z głazów na szlaku skakał na główkę (co mnie trochę przerażało). Od początku do końca wycieczki był pełny energii i entuzjazmu, a potem, już w samochodzie, zwijał się w kłębek i chrapał, aby ładować baterie na kolejny wypad. Ależ nam się cudak trafił!

Przyszedł weekend, Szczyrk zaczął się zaludniać. Do piątku mieliśmy pensjonat cały dla siebie, a nagle w piątek wieczorem ledwo dało się zaparkować pod naszą willą. Na ulicach, w restauracjach zaczęło być coraz bardziej tłoczno. Ostatniego dnia przed wyjazdem wyszłam jeszcze pobiegać po mieście. Z 14 kilometrów dystansu, siedem biegłam pod górę. Nie żeby mi się to nie podobało – wręcz przeciwnie! Zresztą potem, jak łatwo się domyślić, siedem kilometrów biegłam w dół. CZAD! Po powrocie zjadłam śniadanie, wpakowaliśmy graty do samochodu i pojechaliśmy do domu, z krótkim przystankiem w Katowicach. Zupełnie niechcący pobiliśmy rekord świata w przejeździe Katowice-Gdynia, gdyż zajął on nam niemal równo cztery i pół godziny. Z bagażnikiem Rassine na dachu! To chyba niezła reklama tego modelu.

Gdy tylko wjechaliśmy do Trójmiasta, stwierdziłam że czegoś mi brakuje na horyzoncie. Kurczę, polubiłam te nasze góry. Wiem że wrócę, pytanie tylko: kiedy. Oby z lepszą formą i z rowerem szosowym – wtedy dopiero będzie zabawa! Jednak mimo tych drobnych mankamentów kondycyjno-sprzętowych bawiłam się świetnie. A to był dopiero półmetek moich listopadowych wakacji!

4 Comments »

  1. Przeczytałem z sentymentem, bo miałem podobną posezonową wycieczkę w 2013r.
    A podjazdy w górach… to spróbuj koniecznie Paso de la Stelvio (ale nie od Bormio).
    Ten podjazd ma ciągiem 42km a różnica poziomów to 2150m. On się naprawdę niekończy. 3,5 do 4h jechania w górę. Za to zjazd do Bormio (40km) to niespełna 50minut.

  2. Trafiłam na Twojego bloga szukając w wyszukiwarce fajnych miejsc do jeżdżenia na rowerze w okolicach Szczyrku, ale nie sądziłam że trafię na tak fajnego bloga. Bardzo przyjemnie czyta się Twoje wpisy, zwłaszcza gdy piszesz o swoich wyczynach rowerowych. Podziwiam Cię, ja lubię jeździć na rowerze ale góra 5 km 🙂

Dodaj komentarz