Wyobraźmy sobie, że wchodzimy do salonu rowerowego, mając na zakupy nieograniczony budżet.
He, he, he.
No ale tak serio – które rowery kupujemy w takiej sytuacji?  Przy założeniu, że odpowiedź „wszystkie” zarezerwował już sobie Chuck Norris?

Mogłoby się wydawać, że w przypadku triathlonistów sprawa jest prosta – potrzebujemy roweru do triathlonu. Jeśli specjalizujemy się w startach z niedozwolonym draftingiem, kupujemy rower czasowy; jeśli w draft legal – szosówkę. Jeżeli mamy więcej kasiory, bierzemy obydwa rowery i sprawa załatwiona. Simple as that.

A teraz przerwa na reklamy, żebyście zdążyli się pośmiać, otrzeć łzy i wysmarkać nos.


Okej, a teraz na poważnie.
Niestety, Velominati mają rację: prawidłowa liczba posiadanych rowerów to n+1, gdzie n to liczba obecnie posiadanych obecnie rowerów. Spośród wielu rodzajów jednośladów każdy znajdzie coś, co potrzebuje dodać do swojej kolekcji. Lista zakupów dzieli się jedynie na ASAP (as soon as possible) oraz AAAP (as ASAP as possible). Ale po kolei.

Rower szosowy
Tego nie trzeba wyjaśniać. Klasyk klasyków, kwintesencja, must have, najlepszy przyjaciel sportowca i nie tylko. Nawet jeśli startujemy tylko w zawodach z niedozwolonym draftingiem, nie musimy, a nawet nie powinniśmy robić wszystkich treningów na czasówce. Półleżąca pozycja na lemondce w ruchu drogowym jest nie tylko niewygodna, lecz także niezbyt bezpieczna – mamy wydłużony czas reakcji, gorszą widoczność i większą odległość do klamek hamulcowych. Co istotne, na „kozie” nie wbijemy się też na trening z grupą, a treningi z grupą to dobro i endorfiny.

Rower triathlonowy
Czy czasówka to to samo co szosa, tylko z dodaną lemondką? Nie. Na temat różnic pomiędzy rowerem szosowym a czasowym rozwodziłam się u Marcina w podcaście Kropka nad M. Aby się nie powtarzać napiszę tylko, że nikt nie zabroni nam wystartować w jeździe na czas na szosówce, ale niestety będzie to inna jakość jazdy niż na dopasowanym (nie „dedykowanym”! Nie używajcie tego słowa w tym kontekście! 😉 ) do tego typu jazdy rowerze. Nie chodzi zresztą tylko o jazdę – bieganie po zejściu z roweru triathlonowego a szosowego to dwa różne biegania.

Rower górski
Słyszeliście kiedyś powiedzonko, że triathloniści nie potrafią jeździć na rowerze? Cóż, w każdej legendzie jest ziarnko prawdy. Aby się o tym przekonać, wystarczy poobserwować nas, triathlonistów, w newralgicznych punktach tras: podczas wsiadania na rower i zjeżdżania do T2, na rondach czy na tak zwanych agrafkach. Indywidualna jazda na czas w wielu przypadkach nie wymaga popisywania się zaawansowaną techniką kolarską. Mimo wszystko dość istotne jest podnoszenie swoich umiejętności w tej dyscyplinie. Nie wszystkie trasy są bajecznie łatwe, czasem spada deszcz i robi się ślisko, czasem na agrafce ktoś niespodziewanie zajedzie nam drogę… Sytuacji, w których szybkie, wręcz automatyczne reagowanie może nam się przydać jest mnóstwo. A takie reakcje nie wezmą się znikąd – trzeba je po prostu trenować.
Z odsieczą przychodzi rower górski. Jeśli mieszkacie w takim miejscu jak ja, gdzie z każdej strony jesteście otoczeni lasami, nie potrzebujecie więcej zachęty do próbowania. Na góralu można zrobić kawał technicznej roboty, a ze względu na stosunkowo niskie prędkości (i brak otaczających nas samochodów) będzie to dość bezpieczne. Jednak niezależnie od tego, w jakich warunkach żyjemy i trenujemy, na pewno znajdziemy miejsce do roboty. Technikę możemy szlifować nawet na parkingu pod blokiem – ogranicza nas tylko wyobraźnia.

Rower przełajowy
To swego rodzaju kompromis między szosą a góralem. Przełaj często uważany jest za gorszego brata dwóch wcześniej wymienionych; po asfalcie jedzie wolniej niż szosówka, w terenie zaś nie poradzi sobie z tym wszystkim, co jego „gruby” brat. Rzeczywiście na długich jazdach po lesie lepiej sprawdzi się mtb, chyba że komuś nie będzie przeszkadzać ciągły, dość brutalny „masaż” nadgarstków, spowodowany brakiem amortyzatora 🙂 Jednak rower przełajowy to świetne rozwiązanie na leśne szlaki o mniejszym poziomie trudności, na błoto, szutry, piaski oraz jako maszyna zastępująca szosę podczas zimy. Zwykle rower szosowy, ten na którym ścigamy się w sezonie, jest dla nas na tyle cenny, że wcale nie marzymy o tym, żeby haratać go na zasolonym, śliskim asfalcie… Zastosowanie roweruprzełajowego jest szerokie, a jego wytrzymałość duża – co jest doskonałym przepisem na świetną zabawę. Start w zawodach przełajowych uchodzi za doskonały sposób na atrakcyjne spędzenie jesienno-zimowych weekendów, a tym samym na przetrwanie szarych, ciemnych miesięcy. Jeśli kiedykolwiek marzyliśmy o tym, żeby nasza szosówka mogła wjechać do lasu – to jest właśnie ta szansa. W miłych okolicznościach przyrody możemy zrealizować trening odpowiadający jednostce wykonywanej na asfalcie, szlifować siłę czy dynamikę. Co nie bez znaczenia, na przełajówce zachowujemy pozycję podobną do szosowej.

Rower miejski
Kto nienawidzi stać w korkach, palec do budki. Witajcie w gronie kandydatów na właścicieli roweru miejskiego. Jako osoba, która przez wiele lat poruszała się po mieście (stołecznym) wyłącznie rowerem, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że naprawdę się da, a co więcej – jest super. Śmiganie wszędzie jednośladem to zwykle ogromna oszczędność czasu, że o forsie nie wspomnę. W przeciwieństwie do komunikacji miejskiej, dojeżdżasz dokładnie z punktu A do B; w przeciwieństwie do samochodu, nie musisz martwić się o parkowanie.
Czym właściwie jest rower miejski? W moim przypadku najlepiej sprawdził się góral, ale to kwestia indywidualna. Wybierz sobie taki typ roweru, który najlepiej odpowiada Twoim potrzebom. Zwróć uwagę na to, aby był możliwie jak najbardziej trwały pod względem użytych komponentów – zostawianie go w różnych warunkach atmosferycznych z pewnością nie służy delikatnym podzespołom. A jeśli planujesz spuszczać go z oka wyjątkowo często, daruj sobie wymyślne modele, na które wydasz wszystkie oszczędności…

Z prostej kalkulacji wychodzi po pięć rowerów na osobę, ale dobrze wiemy, że na tym możliwości się nie kończą… A Wy do ilu doliczacie w swoich domach? 😉

9 Comments »

  1. 1. Szosa letnio_startowa.
    2. Szosa zimowe_trenazerowa.
    3. Rower TT
    4. MTB zimowe
    5. Letni mtb hardtail.
    6. Full na góry
    7. Mieszczuch
    8. Ostre koło just for Fun.
    9. Składak do campera.
    10. N+1.

    • Ja jeszcze dodałbym
      11. Składaka „ten od Wigry” – na zakupy i podwózki
      12. Nie wiem jak się poprawnie nazywa ale taki chopper. Co by po treningu na bulwar podskoczyć w klapkach

    • Faktycznie, nie rozróżniłam w spisie hardtaila i fulla! Co za niedopatrzenie! Ech, ta lista naprawdę jest nieskończona 😀

    • Oreo is everything! Myślałam nad tym, żeby dołączyć do spisu gravela, ale z drugiej strony taka moja Emonda (szosa) mogłaby z powodzeniem robić za tego typu rower, gdyby tylko miała tarczowe hamulce i trochę grubsze opony. Sam rozumiesz, nie chcę tego publicznie sugerować, więc pomijam tę kwestię milczeniem 🙂

    • Hmm, to już nawet nie jest problem pierwszego świata! Ale podpowiem że ja bym liczyła te, które mają swoje imię… 😀

  2. To będę dziwny, ale mam całe dwa (czasówka + przełaj) i nie czuję potrzeby posiadania większej ilości =} Z drugiej strony, mam 3 gitary basowe, dwie elektryczne, jedną akustyczną i mam jeszcze ochotę pobawić się w lutnika… Szkoda, że grać nie ma kiedy 😉

Dodaj komentarz