Dawno nic nie pisałam. Nie miałam czasu? Byłam zbyt zabiegana? Och, nic z tych rzeczy. To był jeden z najmniej konstruktywnych/zajętych/fajnych/ciekawych (niepotrzebne skreślić, ale, ojej, tu nie ma niepotrzebnych) tygodni od dawna. Z zaplanowanych >15h treningu zrealizowałam w tym tygodniu… CZTERY.

Serio, cztery.

Prób było trochę więcej. Nie wszystkie zrealizowane. Na przykład w piątek zdążyłam rozgrzać się na płycie basenu przed pływaniem i… zostałam oddelegowana z powrotem do szatni. Nawet się nie kłóciłam ani nie wzdychałam zbyt głośno, bo wiedziałam, że trener ma rację.


Przydałoby się słowo o ubiegłotygodniowych zawodach w Warszawie. No więc, jak już pisałam na Facebooku, poszło mi kiepsko, to znaczy tak jak w zeszłym roku, kiedy poszło mi świetnie. Nie chcę się rozwodzić na ten temat już teraz, na świeżo, bo tak naprawdę przyczynę poznam za jakiś czas. Być może wyjdzie na to, że wszystko spoko i tak miało być, żeby potem było dobrze, a być może wcale nie.

Ogólnie rzecz ujmując mam chyba taki kryzys wszystkiego, że aż mi nie przystoi go opisywać. Na lekki opad zdrowotny nałożył się drugi, którego się w sumie prędzej czy później spodziewałam, bo wszyscy wokół są poprzeziębiani.

Szczerze mówiąc nawet się tym nie denerwuję tak bardzo jak zwykle.
Jest super, jest super, więc o co ci chodzi.

Na szczęście zwykle z kryzysami wszystkiego jest tak, że są mocnym bodźcem do zmian. O niektórych rozmyślam już od długiego czasu i wygląda na to, że wreszcie pora je wdrożyć w życie, niektóre pomysły urodziły się niedawno i jeszcze je przetwarzam. Może mimo wszystko coś dobrego z tego wyniknie?

Uratować mnie może chyba tylko długa wycieczka po słonecznych Kaszubach na Emondzi. Oh, wait… to pewnie najbliżej w marcu.
Czy gdzieś w pobliżu jest przechowalnia ludzi do marca?

 

1 Comment »

Dodaj komentarz