W minioną sobotę brałam udział w Bike Challenge Poznań. Pojechałam 16 km jazdy indywidualnej na czas, nacieszyłam się, chwilę pocierpiałam w radości, wygrałam i wróciłam do domu.

O samych zawodach poopowiadałam trochę w podcaście, który nagraliśmy w niedzielę z Marcinem:

Tutaj link do bloga i do podcastu w iTunes

Gdybym miała dorzucić coś jeszcze na temat tych zawodów, to rozpisywałabym się pewnie głównie o tym, jak dobrze, przyjemnie i fajnie mi było nawet przy bardzo wysokiej intensywności wysiłku. Chłopaki z dre rowery zrobili mi gigantyczny fun tym wypożyczeniem czasówki. No i przy okazji dostarczyli materiału do podcastu, który – jak to zwykle ze mną bywa – wyszedł obrzydliwie długi. Mam nadzieję że mimo to ciekawy. Mimo licznych dygresji wystrzeliwujących na kilometry poza ramy głównych tematów 🙂



O tym już wspominałam w podcaście, ale powiem to jeszcze raz: jazda po torze w Poznaniu to było coś pięknego. Marcin się już ze mnie śmiał, że wpadam w ton Elizy Orzeszkowej i zaczynam opisywać krajobrazy, fakturę asfaltu i kierunek wiatru poruszającego liśćmi drzew. Możecie się śmiać, ale jak wyleciałam na ten tor – kilkukilometrową asfaltową pętlę, na której byłam zupełnie sama, która przywitała mnie wschodzącym słońcem, gdzie słyszałam tylko szum kół swojego roweru – to wiedziałam, że będę pamiętać ten obraz bardzo długo.
Cały mój świat.
Okej, w sumie nie cały, bo jeszcze jest pływanie.
Dużo pływania.
Po więcej głupot zapraszam na InstaStory 🙂
Nowy sezon treningów z pływakami rozpoczął się epicko. Wyszłam z wody o 7:15 z poczuciem, że władam światem. Tego samego dnia miałam do zrobienia mocny trening na rowerze i najchętniej zrobiłabym go wtedy na zakładkę. Gdy stałam w korku w drodze powrotnej do domu, zaczynało mnie już ścinać. Przed dziesiątą byłam już trupolem. Klasyczna bomba w swoim najpełniejszym wymiarze: leżałam pod kołdrą i zastanawiałam się czy to tylko zmęczenie czy jednak grypa z gorączką. Widmo drugiego treningu oddaliło się gdzieś za horyzont i tylko rower, ustawiony już na trenażerze i łypiący na mnie złowrogo, był na to gotowy. Wytoczyłam się w końcu przed czternastą z pieleszy, bo musiałam wyjść z psami na dwór. Siłą rozpędu przebrałam się, odpaliłam trenażer, odpaliłam wiatrak, wyłączyłam wiatrak, odpaliłam jeszcze raz, walnęłam go pięścią z każdej strony w celu doraźnego naprawienia, stwierdziłam niepowodzenie, z ciężkim westchnieniem odłączyłam go od prądu, zapytałam go na głos, dlaczego musiał się schrzanić akurat teraz, pootwierałam wszystkie okna i balkon, wsiadłam na trenażer. I zrobiłam bardzo, bardzo, bardzo, bardzo dobry trening. Śmiem twierdzić że jeden z najlepszych w życiu. A ponieważ nigdy wcześniej nie było tak wysoko, jeśli chodzi o moc, i tak miło przy takiej intensywności, to uwierzyłam wreszcie, że założenia na poznańską czasówkę są realne. Jako że rzeczona czasówka już za mną, mogę zdradzić, że były.
Czasem się zastanawiam, jak często i jak bardzo sabotuję swoje własne możliwości tylko dlatego, że mi się wydaje, że czegoś nie dam rady.
No ale miało być o pływaniu.
Przez dwa i pół miesiąca wakacji zrobiłam może dwa treningi, które mogę z czystym sumieniem nazwać treningami – to znaczy takie, na których podniosłam tętno powyżej 150 uderzeń na dłużej niż 30 sekund. Powrót do grupy był więc bolesny, ale tylko fizycznie. Bawię się świetnie.
I tutaj też będzie dygresja, Jezu Chryste, naprawdę zaczyna być widać że ja te studia filologiczne skończyłam już dawno temu i umiejętność zwięzłego formułowania myśli oddaliła się ode mnie na Księżyc.
Ale właśnie, te treningi pływackie bolą mnie wyłącznie fizycznie. Czasem dosyć bardzo, na przykład dzisiaj, dzień po pierwszym dniu podwójnego treningu z pływakami (co daje w sumie 4 godziny zegarowe spędzone na wdychaniu chloru) czuję się przeepicko i aż się boję myśleć co by było, gdybym wczoraj wieczorem nie zaliczyła ratunkowego masażu. Boli mnie szyja, bolą mnie ramiona, łopatki, mięśnie między żebrami i tak dalej.
Niekiedy gdy słyszę, jakie zadanie mam popłynąć, jestem prawie przekonana, że w tym wcieleniu to chyba raczej nie ma szans. Często zbliżam się do ściany nawrotowej i gdzieś z tyłu głowy pojawia się we mnie myśl, że nie mam siły, żeby się po raz kolejny od niej odbić i popłynąć dalej. A potem oczywiście odbijam się i lecę.
Ufam bardzo swojemu trenerowi. Byłoby trochę głupio, gdyby było inaczej, skoro na najbliższe lata jest to człowiek, któremu oddaję władanie nad swoim kalendarzem treningów, startów, wyjazdów i przerw. Wiem że to co robię, w jakiej kolejności i kiedy, ma sens i przynosi progres.
Ciekawa jestem, co sobie pomyślę o sobie i o tym wszystkim za dziesięć albo za dwadzieścia lat. Przecież choćby pięć lat temu w życiu bym nie pomyślała, że będę chodzić spać najpóźniej o 21 i tylko dlatego tak późno, że przez poprzednie pół godziny będę zbierać siły, żeby dopełznąć do łóżka. Może sobie pomyślę, że było warto i opłacało się, a może tylko to, że byłam nieźle porypana. Na tę chwilę wiem, że wszystkie odpowiedzi są prawidłowe. Zaczęło się od uciekania od życia, zrobiło się jego sensem. Niczego nie będę żałować.

Dodaj komentarz