To może być długi wpis, ale podobno szybko się czyta. To był naprawdę dziwny tydzień.

Do piątku mogłabym napisać: niby po staremu, wieczna batalia ciała z duchem, fizjologii z gorącą głową. A potem…
Ja już nic nie rozumiem.

W poniedziałek przyszło mi znowu pochylić głowę nad swoją ludzką słabością. Czułam się bardzo tak sobie, a gdy odebrałam wyniki badań krwi, opadłam z resztek sił. Od połowy maja witamina D spadła mi o 15 jednostek. Jak to zrobiłam – nie wiem. Co mogłam zrobić, żeby temu zapobiec – chyba już nic więcej, bo jak tylko widzę słońce, a jestem akurat w domu, zabieram manatki i spadam na taras. Może wystarczyłoby nie przestawać suplementować tej witaminy. Przestałam i mnie powaliło. Morfologia też raczej gorzej niż lepiej, a trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że jestem terminatorem i trzeba mnie naprawdę torturować, żeby ruszyć mi krew w złą stronę. Ale udało się i to koncertowo.

Wsiadałam na rower, wskakiwałam do basenu i wszystko było naprawdę w porządku, ale poza treningami funkcjonowałam raczej w trybie zombie. Weźmy taki poniedziałek właśnie. Przed wyjściem na rower, a wychodziłam o 10:30, dwa razy kładłam się jeszcze spać. Powstałam, wywlokłam się, jeździło mi się fantastycznie, zrobiłam lekko ponad 70 km w świetnym samopoczuciu, po czym wróciłam do domu… z powrotem do trybu zombie. Najgorsze było jednak to, że biegałam naprawdę LEDWO. Nie to, żeby mi się biegało trochę gorzej, trochę mniej komfortowo, po prostu z wielkim dyskomfortem i bólem istnienia przesuwałam się do przodu jakimś świńskim truchtem.

Dwa dni spędziłam w sanatorium self-made. Wracałam z treningu po dziewiątej rano i poświęcałam praktycznie cały wolny czas na zmartwychwstawanie. Wyposażyłam się w całą paletę supli – tych samych, które brałam wiosną, kąpałam się w soli, rozciągałam, rolowałam, wylegiwałam na macie fakira. Już po jednym takim dniu myślałam że zwariuję, w drugim byłam tego pewna. Społecznie oczywiście umarłam, mogłam pogadać najwyżej do psów. Stwierdziłam jednak, że to już ostatnia deska ratunku i konieczna inwestycja, więc siedź na dupie i superkompensuj. W środę już prawie na sto procent postanowiliśmy, że odpuszczamy start w Blachowni i odpoczywam, bo i tak nie mam na nic siły i nie ma sensu przebijanie się przez takie zmęczenie.
ALE.
W czwartek wreszcie nastąpił przełom. Zawitałam do fizjoterapeuty i zadziała się magia, a raczej intensywna terapia. Po prawie trzech godzinach spędzonych w Redzie czułam się jakbym dostała prawym sierpowym pod żebra, sztyletem w obojczyk i młotem udarowym w łopatkę. I to wszystko było dość niedalekie od prawdy. Wróciłam do domu, od razu wyszłam biegać i… wreszcie czułam że będzie dobrze (mimo tego prawego sierpowego i innych). No to jestem uratowana.

No i faktycznie zostałam uratowana, bo w piątek poszłam na basen i jak zerknęłam na zegarek po pierwszych 400m rozgrzewki, to sama się zdziwiłam, że tak żwawo mi to idzie.
Pojechaliśmy więc do Katowic. W sobotę rano wyszłam na krótki bieg i było naprawdę super, a na objeździe trasy rowerowej czułam się jakby ktoś pchał mi rower. Sprawy przyjęły więc nieoczekiwany obrót i pomyślałam sobie, że to aż absurdalne, ale może być naprawdę dobrze.

I z tego miejsca powinnam przejść prosto do sedna, czyli do niedzielnego startu, ale w międzyczasie sprawy znowu się obróciły o sto osiemdziesiąt stopni. Tym razem pojechaliśmy z wszystkimi trzema psami i był to bardzo duży błąd. W sobotę wieczorem wróciliśmy do domu w Katowicach po całym dniu gdzieślatania i przywitała nas Rasta słaniająca się na nogach. Jej stan pogarszał się z każdą chwilą, nie mogła zejść po schodach, nie mogła stanąć na łapach. Wsiadłam do samochodu i pojechałam z nią do całodobowej lecznicy. Jak łatwo się domyślić, moja próba pojechania gdzieś autem w obcym mieście musiała nosić znamiona epickości. Miałam oczywiście GPS, ale i tak nie skręciłam gdzie trzeba i wyjechałam parę kilometrów dalej na drogę ekspresową do Skoczowa. Jak już udało mi się zawrócić (teraz się skup, jak nie skręcisz gdzie trzeba to jesteś w najczarniejszej z dup) i wymanewrować z powrotem na odpowiednią ulicę, to telefon kazał mi skręcić lekko w lewo, a zanim ogarnęłam: (1) na którym jestem pasie, (2) które to lewo, (3) jak bardzo lekko w lewo jest lekko, (4) czy nikogo nie zabiję, (5) dlaczego tu jest tyle świateł i które są dla mnie – już dawno byłam 500m za rzeczonym skrętem. Zjechałam w jakąś zatoczkę, zadzwoniłam do Wojtka. „Gdzie to do cholery jest, bo już trzy razy przejechałam tamtędy i nie trafiłam?!” „Ech, przyjedź po mnie”. Przyjechałam więc, oddałam fotel kierowcy i dojechaliśmy do całodobowej lecznicy, która… była zamknięta. SERIO?! Najbliższa, oddalona o kilka kilometrów, to druga z dwóch lecznic 24/7 w mieście, co oznaczało, że wrócimy do domu pewnie o pierwszej w nocy albo i lepiej. Pod kliniką miła niespodzianka, bo czekały tylko dwie osoby przed nami. Przyjęcie ich trwało… godzinę piętnaście, ale nie myślcie sobie, że lekarze poświęcili prawie czterdzieści minut na pacjenta. Po prostu dziewczyna ze szczeniakiem, która czekała przede mną, nie ogarnęła że ma przed sobą pusty gabinet, bo akurat poszła na szluga. I czekalibyśmy tak wszyscy do rana, gdyby Wojtek się nie domyślił co tu się odbywa i nie podjął interwencji.
Skracając już resztę historii, wróciliśmy o wpół do jedenastej, ale bez psa, bo pies została w lecznicy na obserwacji i kroplówkach. Przysięgam, że nigdy więcej nie pojadę z psami na żadne zawody i w ogóle najchętniej nigdzie. To po prostu nie funkcjonuje tak jak powinno. Jadąc na zawody muszę zrobić wszystko, żeby móc spokojnie skupić się na robocie, a trudno jest to zrobić, gdy mam w głowie chore „dziecko”. Z psem w gruncie rzeczy jeszcze gorzej niż z dzieckiem, bo nie powie, co mu jest i co go właściwie boli. Ale też i lepiej, bo można zostawić na noc w lecznicy i się nie martwić, że będzie tęsknić i ryczeć.

Zostawmy na chwilę temat psów – jeszcze do niego niestety wrócę. W niedzielę od rana było chyba ze trzydzieści stopni. Na szczęście uwielbiam takie warunki. Bardzo się cieszyłam na ten start, zwłaszcza że poprzedniego dnia stanął już pod znakiem zapytania (nigdy więcej z psami na zawody). Nie wiem, jakim cudem kiedyś mogłam nie lubić startów i się nimi tak stresować. Teraz, rzecz jasna, też się stresuję, ale absolutnie pozytywnie. Odliczam godziny, nastrajam się optymistycznie, myślę dobrymi scenariuszami i czekam na to jak na świetną zabawę. Rozgrzewka biegowa (O Boże, jak gorąco! Niezbyt dobrze mi się biega. Nie myśl o tym. Nie myśl o tym. Już nic nie zrobisz), rozgrzewka pływacka (woda ciepła jak w basenie i takoż płytka, w każdym miejscu dystansu było można postawić stopy na dnie) i trzeba było ustawiać się na starcie. To już kolejny mój start w tym roku, w którym zabronione były pianki. Zawsze się z tego cieszę, choć pianka w której obecnie pływam jest bardzo wygodna i zaskakująco szybko zdejmowalna.

Standardowo organizator powtórzył jeszcze jakieś 30 razy, że mamy się cofnąć do linii startu. Standardowo 30 razy cofaliśmy się i przybliżaliśmy znowu. Syrena startowa wydała sygnał, gdy i tak wszyscy byliśmy już dobre dwa metry za wyznaczoną linią. Start triathlonu to żywy, nieprzewidywalny organizm. Już dawno nie spotkałam się z taką pralką. Jedni biegli, inni płynęli, kilkoro zawodników przesuwało się do przodu delfinkami. Pełen freestyle i wielka kopanina. Znowu popłynęłam całkiem spoko jak na to, że ostatni mocny trening w wodzie zrobiłam dwa miesiące temu. Z części pływackiej w tym sezonie jestem do tej pory nawet zadowolona, bo za każdym razem czuję, że mam kontrolę nad sytuacją. Trzymam swój rytm nawet gdy dzieje się wielka pralka, nie czuję że wysiłkowo się zarzynam i jestem w stanie przyspieszyć, kiedy tego potrzebuję.

T1. Wydawało mi się, że całkiem sprawnie się ogarnęłam i miałam rację, wydawało mi się. Wyszłam z wody razem z dziewczynami, które musiałam potem gonić przez prawie dziesięć minut. To już nie jest nawet śmieszne 🙂 Włożyłam tylko nogi w buty i bez zapinania ich leciałam prawie pięć kilometrów trasy rowerowej. Niepokojąco długo peleton przede mną był „na wyciągnięcie ręki” i nic więcej. Kiedy już odliczałam sobie obroty korbą do ostatecznej bomby, dojechała do mnie inna grupa i ostatnie kilkadziesiąt metrów do grupy przed nami przejechaliśmy już razem. Wreszcie mogłam zapiąć buty… Stworzył się nam dość spory peleton i… kompletnie nie mogliśmy się w nim dogadać. Jeden wielki chaos. To nie była wzorowa praca, ale udało nam się w jednym kawałku dobić do strefy zmian. Różnica w intensywności wysiłku była dla mnie ogromna – z pełnego ognia przeszłam do spokojnej, niemal całkiem stałej pracy. Popełniłam niestety kilka błędów technicznych, a najgorszym było znalezienie się na ostatniej pozycji grupy przy nawrotce. Goniłam wściekle przez dobre dwie minuty. Żal, no ale muszę się nauczyć. W końcu to dopiero pierwszy raz na zawodach takiej rangi udało mi się dobić do sensownie jadącej grupy.

Do momentu wyjścia na bieg wszystko układało mi się naprawdę świetnie, niestety później dzień konia zamienił się w dzień słonia. Jak zwykle rozkręcałam się z kilometra na kilometr, ale żwawe to to nie było. Na domiar złego na finiszu, dosłownie kilka metrów przed metą wyprzedziła mnie konkurentka, której w ogóle nie widziałam na dystansie. Typowa Joanna. Ostatecznie ulokowałam się na jedenastej pozycji. Z jednej strony żal i smuteczek, bo wiosną można by na spokojnie zakładać, że będzie to wyglądać o wiele lepiej. Z drugiej strony tydzień temu brałabym taki start w ciemno. Życie jest nowelą, a sport to już w ogóle.

Po zawodach Wojtek podjął się misji hardkoru. Pojechał z Blachowni do Katowic, żeby zabrać psy, to znaczy Smoka i Esa, zapakować samochód resztą naszych gratów, odebrać Rastę z lecznicy i przyjechać po mnie do Blachowni. Ja w tym czasie leżałam na trawie i czekałam na odbiór roweru ze strefy zmian, zjadłam obiad, przeszłam się do sklepu po wodę i jeszcze więcej leżałam na trawie. Trochę to wszystko jakby niesprawiedliwe. Nie wspomnę już o tym, że Wojtek w tym upale latał po trasie z plecakiem zapakowanym rzeczami, z których oczywiście każda była mi absolutnie niezbędna do przeżycia bezpośrednio przed zawodami i po nich. ALE MI SIĘ TRAFIŁ KONKUBENT 🙂 Potem oczywiście trzeba było zapakować rower i jechać ponad 500 kilometrów do Gdyni. Na miejscu Wojtka już jadąc z powrotem na miejsce zawodów dostałabym halucynacji za kierownicą, następnie palpitacji i dolegliwości zaczynającej się na k-, a kończącej na -wicy. Na szczęście Wojtek jest opanowanym i spokojnym człowiekiem, który jak decyduje się na coś, to zdaje sobie sprawę z wad i zalet wybranego przedsięwzięcia, a nie tak jak ja, na zasadzie YOLO, a potem niech mnie ktoś uratuje oraz trzy, dwa, jeden, obrażam się na rzeczywistość. Po drodze Wojtek napisał mi SMS, że postawili Rastę na nogi i jak na razie jest w porządku. Myślałam zatem, że to koniec dziwnych atrakcji na dziś. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy na miejscu zawodów Wojtek wypakował z samochodu Esa i stwierdził, że ma to samo co miała Rasta, tylko nie w takim nasileniu. Łatwo się domyślić, że Smoka też trafiło. Mieliśmy więc trzy psy, które chodzą powyginane i splątane, jakby każdy z nich wypił ćwierć litra czystej, a do tego kompletnie nie ogarniają, że coś jest nie tak (coś jak psia wersja „Idę albo nie idę”). NAJGORZEJ. Jechaliśmy więc w 500-kilometrową podróż w ponad trzydziestostopniowym upale w samochodzie bez klimy zapakowanym po sam dach z trzema psami, które strzeliło jakieś neurologiczne licho. Nic tylko odświeżyć slogan Intercity: Zapowiada się dobra podróż. Jestem niestety potworną katastrofistką, więc wymyśliłam od razu, co to może być, że się od siebie pozarażały, porównałam ich objawy z tym, co o tym piszą w internecie, i już sobie wyobraziłam co z tego wszystkiego może być i że może być wszystko łącznie z zarażeniem się jeszcze przez nas. Postój po drodze z wyciągnięciem psów na trawnik tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że nie jest wesoło. Zaplanowałam sobie na poniedziałek jeżdżenie z psami po dyżurach weterynaryjnych. Tylko że… w nocy to wszystko im przeszło i wygląda na to, że mamy trzy psy zdrowe jak ryby (Rasta, oddawaj pińcet złota za szpital). Pozostaje pytanie, CO TO BYŁO? Są trzy dość prawdopodobne przyczyny: 1. Przedziwny wirus, 2. Nowy worek karmy, który jadły od piątkowego wieczoru, 3. Woda z kranu w Katowicach, którą się opiły po podróży. Nie wiem i mam nadzieję, że nie będziemy musieli już tego dociekać. Nigdy czegoś podobnego nie widziałam. Słyszałam o reakcjach alergicznych, które dają objawy takiego dziwnego porażenia, ale żeby trzy psy naraz i jednakowo? Sprawy neurologiczne to zawsze jest wielka niewiadoma, u psów zresztą tak samo jak i u ludzi. Można się bawić w detektywa, szukać związków przyczynowo-skutkowych, a i tak do końca nie da się wyjaśnić, co z czego wynika – patrz historia Smoczego przypadku. Jestem nieco spanikowaną mamusią piesiów, zwłaszcza jeśli chodzi o padaczkowego Smoka. Mam nadzieję, że niedługo stuknie mu rok bez ataków, więc takie fakapy tym bardziej wytrącają mnie z równowagi i stawiają w stanie gotowości. Wczoraj w podróży udało mi się przysnąć, ale nie na długo, bo coś załomotało u psów w bagażniku. Z człowieka śpiącego na fotelu pasażera w 0,00002 sekundy zamieniłam się w człowieka skręconego o 180 stopni i siedzącego połową ciała w bagażniku, żeby złapać psa, który na pewno ma właśnie atak. Przerąbane po całości, to mi chyba nigdy nie przejdzie. Nigdy więcej z psami na zawody.

Na szczęście kolejny start mam w Gdyni 🙂

Dodaj komentarz