Tradycyjne podsumowanie tygodnia. Czuję że tak bardzo nie ma się nad czym rozwodzić, że aż żal ścierać klawiaturę, ale te cotygodniowe podsumowania są dla mnie bardzo istotne zwłaszcza gdy do nich wracam po jakimś czasie.

No więc bla bla bla, biegałam, jeździłam, pływałam, ale ogólnie to szału nie ma i trochę najgorzej, że muszę tak napisać w środku sezonu!
Zacznę od pływania. Udało mi się doprowadzić moje łopatki i ramiona do takiego stanu, jaki mam zwykle w roku szkolnym, czyli – nie przymierzając – zmasakrowania. Po pływaniu w piance we wtorek wieczorem, w środę rano przyjemne 6 km w wodzie były trochę mniej sympatyczne niż zwykle. Co najgorsze, niedługo później wybierałam się na masaż. Oooooojjjeezuuu. Zawsze mnie fascynuje ta prawidłowość, że łokieć wbity w prawą łopatkę boli na przykład w lewej skroni. Pływa mi się jednak bardzo dobrze, nawet podejrzanie dobrze. Mam co prawda wrażenie, że dość wolno, ale jest całkiem duże prawdopodobieństwo że się mylę. Po pierwsze czasy z zawodów triathlonowych twierdzą co innego, po drugie – na podobnym „wydaje mi się że jest dość wolno” zrobiłam w maju życiówkę na 800m, po drodze wyrównując życiówkę na 400.

Rower. Uwielbiam szosę do tego stopnia, że nawet gdy czuję, że wyjście z psami pod blok będzie wymagało ode mnie rekrutowania o 90% włókien mięśniowych więcej niż to, na co obecnie mam siłę, to i tak na szosę wyruszam radośnie. Niezmiennie jeżdżę bardzo mało, więc staram się z tego czerpać ile się da. W tym tygodniu akurat na dłuższy rozjazd wypadł mi obrzydliwie straszny zmęcz materiału, w moim ciele i mózgu nie było już miejsca na jakikolwiek dodatkowy bodziec poza kręceniem pedałami i obserwowaniem asfaltu, więc zamiast jechać na swoją ulubioną pętlę po Kaszubach, pojechałam na pętlę Reja, aby zrobić tam jedenaście okrążeń. Też spoko. Ja naprawdę lubię szosę, nawet na trenażerze.

Bieganie. Nie no, serio muszę o tym pisać? Cóż, bywało gorzej, ale wesoło to mi nie jest. Bomba trwa i nie chce odpuścić. Mogę hardkorowo odpoczywać i wyjść na bieganie po dwóch dniach nicnierobienia, a i tak wrócę zmasakrowana mięśniowo. Już nawet nie chce mi się wierzyć w to, że to tylko kwestia wagi. Jestem zła, zawiedziona i zdegustowana. W marcu na lekkim biegu ciągłym prawie robiłam życiówki, teraz szkoda nawet to analizować. Jutro idę na badanie krwi i być może okaże się, że jestem pierwszym człowiekiem na świecie, który godzinami leży na słońcu i jest już prawie czarnym murzynem, a mimo to ma niedobór witaminy D. Nie chce mi się w to wierzyć, ale szczerze mówiąc bardzo bym chciała, żeby powód niemocy okazał się tak łatwo diagnozowalny.
W sobotę miałam pobiec sobie w parkrunie na 5 km. Siedemset dwadzieścia razy zmieniałam zdanie i próbowałam wymyślić jakiś sensowny powód, żeby się z tego wykręcić. Ostatecznie jednak zrobiłam rachunek sumienia i zdecydowałam, że nie będę się mazać i pobiegnę, bo na pewno będzie z tego więcej pożytku niż szkody. Ze względu na problemy organizacyjne nie było wiadomo do samego końca, czy bieg się w ogóle odbędzie, więc zmieniłam plany i pojechałam na krótki, szybki trening na Reja. Było cudownie. Żartowałam.

No, mam ambiwalentne uczucia. Ale przecież zawsze mam wybór. Oto co mogę zrobić:
1) pierdolnąć wszystko i wyjechać w Bieszczady – słabo, bo nad morzem mi bardzo dobrze;
2) skończyć sezon, roztrenować się i zacząć już pracować nad przyszłym w myśl zasady, że z gówna bata nie ukręcisz – też trochę słabo, bo każdy start to dla mnie wielka nauka i cenne doświadczenie. Ostatecznie lepiej żałować, że się coś zrobiło niż że się czegoś nie zrobiło, prawda?
3) robić swoje.
No to wybieram bramkę numer trzy.

I pojechałam dziś na dłuższe bieganie na pas nadmorski, czyli tam, gdzie wiosną robiłam najszybsze rozbiegania w życiu ze świetnym samopoczuciem. Dziś, cóż, zrobiłam pierwszy krok i nie powiem co sobie pomyślałam, bo pomyślałam brzydko. Przez (strasznie wolne) 16 km miałam jakieś siedem poważnych kryzysów i raz zastanawiałam się czy mam stamtąd daleko do przystanku autobusowego. Wiedziałam jednak, że płonne są to myśli, bo jedno co o sobie wiem, to to, że bym sobie nie wybaczyła. No więc biegłam. Jeśli to tak to można nazwać. Gdy zegarek wyliczył mi dwa kilometry do końca, stwierdziłam że gorzej już i tak nie może być, więc zdryfowałam ze ścieżki na plażę, zdjęłam buty i do końca dobiegłam już brzegiem morza. To było dość schizofreniczne doświadczenie:
Lewa. Ojej, jak tu jest pięknie, jak przyjemnie się biegnie po kostki w morzu.
Prawa. Najbardziej na świecie nienawidzę biegać.
Lewa. Łap te chwile, jesteś w najlepszym możliwym miejscu na świecie.
Prawa. Rzucam to, przekwalifikowuję się na szachy.
I tak dalej, i tak dalej, i tak sobie dobiegłam na drewniano-gumowych nogach, ze skasowanymi łydkami, które wciąż nie mogą zaznać spokoju.

Mam czasem tendencję do rozpatrywania sytuacji w zbyt wąskim kontekście. W zeszłym roku na przykład w sobotę wystartowałam w triathlonie na dystansie supersprinterskim, w niedzielę w pływaniu długodystansowym, a potem bezpośrednio po powrocie z zawodów poszłam biegać. Biegało mi się tragicznie i byłam z tego powodu potwornie zła i oczywiście zakwestionowałam całą swoją formę i sens życia. Dopiero po jakimś tam czasie byłam w stanie spojrzeć na to z boku i pomyśleć sobie, no ty głupia pało. Mam więc cichą nadzieję, że może teraz też coś pomijam, deprecjonuję jakiś ważny czynnik i że tak naprawdę nie jest wcale tak kichowato. Najważniejsze jednak: robię swoje z radością, nawet jeśli z powyższego wpisu może wynikać co innego!

Nauczyłam się już, że obrażanie się na sport nie ma najmniejszego sensu. Trzeba brać co daje, a daje dość dużo. Dzień po dniu, cegiełka po cegiełce, wszystko się ułoży, nawet te debilne łydki.

Dodaj komentarz