Cztery tygodnie temu byłam w Toruniu na zawodach pływackich i w Bydgoszczy na biegu; trzy tygodnie temu na aquathlonie w Bratysławie. Potem miałam tydzień przerwy, bo Jarosławiec nas wykiwał i nie wystartowałam w zawodach kolarskich, następnie triathlon w Augustowie i wreszcie wczoraj triathlon w Elblągu. To drugi i ostatni przystanek przed Mistrzostwami Polski w Suszu.

Z tymi mistrzostwami to jest tak, że treningowo nie mam sobie nic do zarzucenia, za to pozatreningowo już trochę tak. Żałuję, ale pewnych rzeczy już w te ostatnie dni nie nadrobię. Nauka na przyszłość i tyle. Tak czy inaczej, w tym roku wszystko jeszcze traktuję jak łapanie doświadczenia (i wpierniczu), naukę ścigania i triathlonowego ogarnięcia. Dopóki nie łamię pięciu minut na 400 metrów, nie ma mowy o wynikach lepszych niż akceptowalne – a do tego jeszcze długa droga.

No więc będzie Susz, a potem lecimy dalej. W pierwszy weekend lipca wybieram się do Stężycy – trochę bliżej niż było pierwotnie planowane, bo chciałam pojechać do Holten. Dostałam jednak z PZTri odmowę wpuszczenia mnie na listy startowe, bo nie jestem zawodniczką objętą szkoleniem związkowym. Nie rozumiem, ale być może nie muszę. Po Stężycy będzie Bydgoszcz, potem Gdańsk, tydzień przerwy, Blachownia, następnie weekend stojący pod znakiem zapytania i Mistrzostwa Polski w Chodzieży. I lecimy dalej! Białystok, tydzień przerwy, miejmy-nadzieję-że-wyjazd-zagraniczny, tydzień przerwy i Stryków. Jak widać, są jeszcze miejsca do wypełnienia 😉 Trochę się nastartuję i bardzo, bardzo dobrze.

Z każdym kolejnym startem jest coraz lepiej, a to naprawdę cieszy. Podoba mi się taki schemat funkcjonowania, że każdy weekend spędzam na zawodach i z każdych przywożę jakąś nową naukę. Już nawet coraz sprawniej się pakuję i rozpakowuję, a to nie jest wcale mało istotne, gdy ma się do zabrania tysiąc pięćset sto dziewięćset rzeczy.

No ale do rzeczy – Elbląg. Zaskoczył mnie urok tego miasta i czystość wody. Przed wejściem do wody modliłam się o to, żeby podczas zawodów nie zaciągnąć połowy rzeki, a okazało się, że nie ma się czego bać i woda jest naprawdę w porządku. W części pływackiej czułam się wyjątkowo dobrze, chyba jak nigdy. Kontrolowałam sytuację, byłam w stanie przyspieszyć kiedy trzeba i – OMG! – dobrze nawigowałam. Aż to napiszę drugi raz, bo to piękne i z radością pcha się na klawiaturę: dobrze nawigowałam! Strefy zmian pominę znów milczeniem, choć widzę pewną poprawę w żwawości. Rower niby w porządku – trasa typowo ryjąca banię, to znaczy długa prosta, zakręt i jeszcze dłuższa prosta – ale jednak się na sobie zawiodłam. Z treningów wynikało, że powinnam być w stanie pojechać dużo mocniej niż pojechałam, a nie było już wiele rezerwy. Oczywiście mogłabym się tłumaczyć, że ze dwa razy poprawiałam buty, że odpuszczałam ze trzech wyprzedzających mnie gości, że na nawrotce mnie zablokowali i bla bla bla, ale waty to waty. Aż przestałam się smucić, że nie znalazłam sobie roweru czasowego na najbliższą środę i nie wystartuję w ITT w Krokowej, bo teraz widzę, że i tak niewiele bym tam ujechała. No nic, jest to dla nas jakaś informacja. Dziś, we wtorek, są już pewne wnioski i poczynione kroki naprawcze 🙂
Na biegu było niestandardowo, jeśli spojrzymy na sprawę w szerszym kontekście, bo biegłam, choć wydawało mi się, że pełznę. Na pierwszym kilometrze miałam ochotę zejść z trasy i oficjalnie oświadczyć, że rzucam to w cholerę. Na drugim nie pamiętam co sobie myślałam, ale to wciąż nie było nic pozytywnego. Potem zbliżyłam się do wyprzedzania i tylko się zastanawiałam, czy czeka mnie epicka walka, czy rywalka odpuści łatwo. Następnie zaczęło mi się biec bardzo dobrze, co powitałam z wielkim zdziwieniem. Do mety dobiegłam jako druga.

No i tak o. Fejsbuk zarzucił mi wczoraj wspomnienie tego wpisu, który opublikowałam dokładnie cztery lata temu. Łoooo, ile się zmieniło od tego czasu. Sercem jestem dokładnie tym samym zawodnikiem co wtedy, ale możliwości, świadomość, rozwój, doświadczenie zrobiły ze mnie już zupełnie innego człowieka. Warto było to wszystko przetrwać.

2 Comments »

Dodaj komentarz