Pierwsze podium w pływaniu basenowym, a nawet nie zdążyłam się uczesać, bo byłam w trakcie akcji ratunkowej czepka 😛 Fot. Dorota Sędek / Warsaw Masters Team
Relacje z zawodów są zdecydowanie najlepsze na świeżo i jak zwykle tak właśnie próbowałam zrobić, ale wcześniej się po prostu nie dało. Im więcej myślę o minionym weekendzie, tym więcej przemyśleń przychodzi mi do głowy, a że przypuszczam, iż mój mózg w ciągu godziny skończy funkcjonowanie na dziś, muszę uwijać się z tematem dość zwięźle.
To był weekend pełen SUPERdobrych emocji, zarówno pod względem zawodów, jak i wszystkiego wokoło tego wyjazdu. Pierwszy raz zostawiliśmy wszystkie psy w hotelu (czyli wszystkie trzy, bo Smok jest ludziem, więc pojechał do Warszawy z ludźmi) i był to dla nas bardzo ważny sprawdzian przed przyszłorocznymi wyjazdami na zawody. Zwierzęta wróciły całe szczęśliwe, a my spokojni i optymistycznie patrzący w przyszłość 😉
Pieski na koloniach u Psyjaciół 🙂 Fot. Ania Dyrdowska
Impreza na Warszawiance była pod każdym względem idealna. Rok temu debiutowałam na zawodach pływackich właśnie na tej imprezie – tutaj relacja. Wtedy to były dla mnie zawody pod domem, na obiekcie na którym bywałam prawie codziennie, z klubem z którym trenowałam. Tym razem sprawa była trochę bardziej skomplikowana logistycznie, ale nie wiem, czy istnieją zawody, na których czuję się fajniej niż tam. Perfekcyjna organizacja, świetna atmosfera, idealna pływalnia… Nawet jakbym strasznie chciała znaleźć cokolwiek na „nie”, to po prostu nie ma się do czego przyczepić. Bardzo się cieszę że tam pojechaliśmy i że udało się spotkać z tyloma fajnymi ludźmi, z którymi tak dawno się nie widziałam! Za rok na pewno wrócę znowu.
Chyba pierwszy raz czułam się tak dobrze przygotowana do zawodów (niezależnie od dyscypliny). Choć oczywiście zawody pływackie w grudniu nie są moim startem o wysokim priorytecie, bo dyscyplina trochę nie ta i okres w roku jeszcze bardziej nie ten, ale zależało mi, żeby porównać swoje wyniki sprzed roku do obecnych. Jechałam do Warszawy z absolutną pewnością, że nie mam żadnej, ale to żadnej wymówki. Byłam wyspana, wypoczęta, zdrowa – po dwóch i pół tygodnia nie biegania z powodu kontuzji kolana pan fizjoterapeuta rozpracował temat w godzinę! Wreszcie mogłam robić nawroty bez okropnego bólu. Do tego trenowałam sumiennie, o ile nie miałam akurat grypy żołądkowej albo mój samochód nie postanowił stanąć na środku obwodnicy no i cześć. Faktem jest, że przedostatni tydzień przed zawodami był dla mnie pływacko tak ciężki, że byłam już trochę zaniepokojona – pływałam w jakichś idiotycznych czasach i wypluwałam przy tym płuca. Jednak zgodnie z zapowiedzią Trenera w tygodniu zawodów odpoczęłam i wszystko się zmieniło. Od poniedziałku do piątku chodziłam do basenu codziennie na 3 km i wychodziłam z bólem serca, patrząc jak cała grupa masakruje się w wodzie bez litości, ale zniosłam to dzielnie 😉
Jeśli chodzi o moje pływanie na zawodach, to znowu wskoczyłam w sobotę na rozgrzewkę i od pierwszych metrów czułam, że jest tak, jak powinno być. Nigdy specjalnie nie lubiłam się z wodą na Warszawiance, ale zarówno rok temu, jak i teraz, na zawodach zdecydowanie mi sprzyjała.
Jestem jeszcze w tym śmiesznym okresie, kiedy jestem w stanie poprawiać życiówki o kilkanaście sekund w krótkim czasie. Z jednej strony to fajnie, bo progres widać jak na dłoni, a z drugiej strony denerwuje świadomość, że tyle rzeczy jest do poprawki – i że kiedyś wreszcie trzeba to zrobić! Kiepskie skoki, słabe nawroty (och, jak ja lubię długi basen!) – to doskwierało mi w każdej konkurencji. No i dodatkowo w każdej z czterech coś innego. Zabawne jest jednak to, że znowu powpisywałam sobie czasy zgłoszeń na zasadzie „wpiszę ile bym chciała popłynąć” i znowu się to sprawdziło. Jeśli rzucę triathlon w cholerę, na co się nie zapowiada, to zawsze mam alternatywę w postaci zostania bukmacherem i obstawiania wyników.

 

W pierwszym biegu na 100m dowolnym popłynęłam 1:14,27 – w zeszłym roku 1:17,85. Szału nie ma, ale cóż zrobić, gdy się w tak krótkich konkurencjach załapuje tryb człowieka-chaosu i macha się bezładnie wszystkimi kończynami naraz, a do tego – co jeszcze istotniejsze – jest się z natury człowiekiem o eksplozywności ameby. Z konkurencji 200m zmiennym byłam zdecydowanie bardziej zadowolona. Wynik 3:01,44 jest o około 15 sekund lepszy niż zeszłoroczny. „Około”, bo wiem, że dopłynęłam wtedy do ściany po 3 minutach i 16 sekundach, ale ze względu na fikoła, jakiego sobie radośnie walnęłam między grzbietem a żabą, dostałam niestety dyskwalifikację. W tym roku poszło bez większych errorów, choć o wiele lepiej wyglądałby ten wynik z dwójką z przodu, a było to zdecydowanie do zrobienia. Bardzo do poprawki delfin, który spowolnił mnie okropnie.

 

W niedzielę pierwszą konkurencją było 50m dowolnym, czyli coś, co pływam raczej dla żartu z powodów wymienionych powyżej 😉 Wynik 34,55, rok temu było 35,73. Półtorej godziny później ostatnia, najważniejsza dla mnie konkurencja – 400m dowolnym:
Wynik 5:33,46. Chciałoby się trochę szybciej, ale nie wypada mi rozpaczać, bo w zeszłym roku popłynęłam 5:55,94 i byłam tym faktem zachwycona 😉 Jak widać na filmie, na ostatniej prostej zgubiłam czepek. Ktoś na Facebooku zasugerował, że czepek nie wytrzymał prędkości, ja natomiast sądzę, że schował się ze wstydu – zazwyczaj czepki w barwach klubu KS Delfin Gdynia pływają rozgrzewkę w tempie mojego wyścigu, więc niesubordynację czepka odbieram raczej jako wrzutę 😉 Tak czy inaczej nie dałam mu za wygraną i doczekałam do końca zawodów w tym superciasnym stroju startowym, żeby wypatrzeć go z trybun i skoczyć mu wreszcie na ratunek.
Ogólna myśl po zawodach jest taka, że absurdalnie uwielbiam to co robię. Właściwie w każdej konkurencji płynęło mi się wyjątkowo dobrze. COŚ się zmieniło i nawet trudno jest mi ubrać w słowa, na czym to dokładnie polega, ale jest to wyjątkowo dobra zmiana. Mam z pływaniem kompletnie inną relację niż z bieganiem (triathlon na szczęście jest bliższy tej pierwszej). Akceptuję stres, który pojawia się przed wyjściem na start, cieszę się z niego i potrafię nim zarządzać. Bawię się fizycznym bólem podczas startu i nie przekładam go na cierpienie psychiczne. Przede mną jeszcze nienormalnie dużo pracy – choćby takiej, że wciąż nie mam pojęcia, jakim tempem płynę w danym momencie – ale jestem nią podekscytowana, a nie przytłoczona. Cztery lata temu dopiero głośno się zastanawiałam, czy by nie zapisać się na jakąś naukę pływania, skoro myślę o starcie w triathlonie, a teraz nie wyobrażam sobie, żeby chlor nie palił mnie ciągle po oczach i zatokach.

Dodaj komentarz