No cóż, tak, to będzie kolejny pean na pływanie.
Pisałam już o tym, dlaczego zawody pływackie są fajniejsze niż każde inne. I o tym, dlaczego uważam, że pływacy są herosami. Oraz, z przymrużeniem oka, dlaczego pływanie, ekhm, rujnuje życie.

I naprawdę nie piszę tego tylko dlatego, żeby się pocieszyć. Już prawie dwa tygodnie temu ćwiczeniach biegowych rozwaliłam sobie kolano i nie mogę biegać ani nawet jeździć na rowerze. Rekordowo długo nie miałam żadnej kontuzji, no ale cóż…

Ostatnio mocno zastanawiałam się nad tym jak to się dzieje, że pływanie jest takie popularne. Na zeszłotygodniowym Grand Prix Polski w Poznaniu wystartowało 791 zawodników. To rekordowa liczba uczestników zawodów pływackich, a pamiętajmy, że to tylko licencjonowani pływacy-wyczynowcy – i tylko jedna impreza. A imprez każdego weekendu odbywa się w Polsce kilka, czasem kilkanaście.

Pływanie to jest przecież orka. Od gimnazjum trzeba trenować dwa razy dziennie, rano zrywać się o godzinie, o której istnieniu wielu w ogóle nie wie. Całymi dniami się potem przysypia, chodzi się spać po dobranocce, do tego wszystkiego ten żrący wszystko chlor. Wciąż mokre włosy, woda w uszach i zatokach. Nie wspomnę już o specyfice treningu pływackiego – żmudnym, monotonnym i męczącym fizycznie – ta czarna linia i tak dalej.

Co w tym takiego fajnego?
O, długo by wymieniać.

Przede wszystkim – pływanie jest niesamowicie bezpieczną i prozdrowotną dyscypliną. Wcale się nie dziwię, że rodzice tak chętnie posyłają dzieci na basen. Ryzyko kontuzji jest tu wyjątkowo niewielkie, ryzyko wypadku na treningu praktycznie nie istnieje. Biegnąc można skręcić sobie nogę, a przy odrobinie większego pecha zostać potrąconym przez samochód, napadniętym albo ugryzionym przez psa. Na rowerze – wiadomo – ryzyko kolizji z autem jest niestety dość duże. A w basenie… no nie ma opcji. To znaczy jakaś tam jest, ale raczej ekstremalnie rzadka – można złamać sobie palec u ręki albo nogi przy zderzeniu z innym pływakiem albo poślizgnąć się na posadzce i feralnie upaść. No ale już bez przesady, bo równie ryzykowne jest przechodzenie przez przejście dla pieszych i chodzenie po centrum handlowym. W basenie tylko ja i moja przestrzeń, można wejść na jakiś chory poziom wysiłku bez obawy, że w malignie wpadnie się do rowu.

Po drugie – to idealny sport na nasz nieogarnięty klimat. Jak pływam, to nie przeszkadza mi, że na zewnątrz jest ciemno. W każdej innej chwili życia – owszem (chyba że śpię). Uwielbiam spędzać czas na cieplutkiej pływalni, kiedy na dworze jest zimno jak w lodówce. No a latem można skorzystać w pełni z uroków otwartych akwenów…

Po trzecie – sportowe nerdy, takie jak ja, uwielbiają przewidywalność albo – umówmy się – niezmienność warunków basenowych. Niezależnie od tego gdzie jesteśmy, basen zawsze ma 25 metrów (albo 50). OK, czasem woda jest trochę wolniejsza lub szybsza, ściany bardziej lub mniej śliskie, ale zasadniczo pływa się tak samo. Czasy osiągane na treningach zależą wyłącznie od obecnej dyspozycji zawodnika – nie od pogody, kierunku wiatru, podłoża czy nachylenia terenu. Nie ma na co zwalić niepowodzeń 🙂

Po czwarte – pływanie jest szalenie satysfakcjonujące. Tutaj akurat faworyzuję je spośród pozostałych dyscyplin, bo bieganie i rower dają dokładnie to samo, ale to mój blog więc mogę, lol. Ale na przykład wczoraj rano pływałam trening, który przez 4.5 kilometra miał 300m luźnego pływania, a reszta była dla mnie jednym wielkim zadaniem głównym. Całe przedpołudnie starałam się jako-tako wrócić do żywych, żeby o 16:45 znowu wskoczyć do wody. A tam standardowa śpiewka: nieważne jak bardzo jestem zmęczona po porannym pływaniu, popołudniowe jest mlekiem i miodem płynące. I to właśnie dlatego, że pływałam tego dnia wcześniej i czuję się jak szmatka po wykręceniu z wody. Kiedy trenowałam w Warszawie, poranne treningi miałam na Warszawiance, a wieczorne na Inflanckiej i jeden z dwóch dni na Inflanckiej nachodził się z Warszawianką. I zawsze, ale to zawsze wieczorem pływałam nieco szybciej i byłam przekonana, że to kwestia innego basenu. Dopiero teraz sobie uświadomiłam, że to nie „inna woda”, tylko fizyczne rozmemłanie po porannym wpierdzielu. Tutaj trenuję zawsze na tym samym basenie i czasami w celach luźno porównawczych spoglądam sobie na Polara po pierwszych 400m rozgrzewki. I niemal zawsze po południu pływam ten odcinek o około 25 sekund szybciej niż rano. A co najfajniejsze, tę pierwszą połowę rozgrzewki pływam szybciej (i to znacznie) niż 2 lata temu płynęłam sprawdzian na tym dystansie. Pływanie jest tak szalenie wdzięcznym sportem! Jak się je po prostu pokocha i ślubuje mu się wierność i systematyczność, bez zbędnych rozkminek i oczekiwań, to zaczyna oddawać tak, że można przestać nadążać za rozwojem wydarzeń.

Wczoraj wieczorem na przykład zdałam sobie sprawę, że w ciągu jednego dnia przepłynęłam w sumie pięćdziesiątek setek ze startem w danym limicie czasu – takim, w którym półtora roku temu nie dałam rady zrobić choćby pięciu. I choć obydwa treningi należały do takich, w trakcie których przynajmniej raz pojawia się myśl „Boże, kiedy będzie rozpływanie” albo „Serio? Dlaczego nie zostałam w domu?”, to pomimo wszystko daje to cały czas wielką radochę.

Nawet jak dublują mnie dziewczynki z szóstej klasy podstawówki, bo to właśnie zdarzyło mi się w bieżącym tygodniu. Bo – po piąte – pływanie jest gigantyczną lekcją pokory. Na wszelki wypadek nie pytałam ich, ile lat trenują, bo bałam się odpowiedzi, ale wiem już, że na 100m mają życiówkę o jakieś 5 sekund lepszą niż ja. Jakby co, to gimnazjum ma o jakieś 15. Dołączyłam do pływaków z pełną świadomością, że choćbym stanęła na głowie i zaklaskała uszami, to nigdy w życiu ich nie dogonię. Tylko że mnie to w ogóle nie przeszkadza, bo – jak to zwykle w życiu bywa – zawsze znajdzie się ktoś lepszy od nas. Nawet mistrz świata nie może nigdy spocząć na laurach – musi liczyć się z tym, że ktoś depcze mu po piętach, że triumf trwa tylko jedną chwilkę. Ta praca nigdy się nie kończy.

Dodaj komentarz