W ubiegłą niedzielę brałam udział w duathlonie w Przodkowie na dystansie 5 km biegu, 18 km na rowerze i 2.5 km biegu. Impreza była ogólnie świetna – na pewno będę stałą bywalczynią na zawodach organizowanych przez ekipę 3athlete. Sam mój występ miał dla mnie słodko-gorzki smak, choć biorąc pod uwagę ilość wygranych przeze mnie słodyczy, powinien mieć jednak głównie słodki 😉 Na rowerze jak zwykle było OK, na biegu brakowało mi możliwości wyzerowania się z zapasów sił i mocy – czyli też jak zwykle.
ALE! To wprost niebywałe, jakim jestem osłem. Na początku sezonu dwa razy popełniłam dokładnie ten sam błąd: po zawodach w niedzielę poszłam w poniedziałek na trening do pływaków. Pływało mi się oczywiście całkiem nieźle, choć trochę w trybie „YOLO, to tylko półtorej godziny, przeżyję!”, ale od wtorku zaczynała atakować mnie bomba-gigant. W praktyce to oznacza, że jak płynęłam, to zastanawiałam się, czy mięsień łopatkowy już oddzielił mi się od kości czy dopiero zamierza to zrobić, a jak miałam wywlec się potem na rozjazd na rower, to leżałam na wznak na wyrze i miałam nadzieję, że tym razem rower zrobi się sam. I wiecie co zrobiłam w poniedziałek w tym tygodniu? TAAAAAAAK!!!! Przecież czuję się tak fantastycznie, przecież po powrocie z zawodów już tylko spacerowałam z psami i odpoczywałam, przecież się nawet wyspałam, bla bla bla. Trening w poniedziałek rano nie był jakiś hardkorowo mocny, choć średnie tętno miałam jak na siebie bardzo wysokie. We wtorek rano na widok trzydziestu setek rozpisanych na tablicy zrobiło mi się trochę niemrawo (mimo że zaczynam się już do nich przyzwyczajać), ale trening wszedł całkiem gładko. Wróciłam jednak do domu bardziej zmęczona niż przypuszczałam i wtedy nastąpił ten niezręczny moment, kiedy jest ósma rano, a ja się czuję jak po całym dniu przerzucania węgla łopatą. I że do tego jest mi strasznie zimno, ale to akurat towarzyszyło mi już od sobotniego wieczoru, kiedy to lato zostało zastąpione gwałtowną jesienią.
No a potem już poszłoooo… Zanim wyszłam na popołudniowy, niedługi rozjazd na rowerze, trzy razy próbowałam się zdrzemnąć, ale byłam tak zmęczona, że mi to nie wyszło. W końcu wypełzłam z domu z rowerem pod pachą i w gruncie rzeczy, jak na moje wcześniejsze samopoczucie, całkiem dobrze mi się jeździło. Za to po powrocie nastąpiła bomba ostateczna. Pierwszy raz odkąd tu mieszkamy, rozłożyłam łóżko w dużym pokoju (wcześniej nie wiedziałam, czy to w ogóle da się zrobić), założyłam na siebie dwa swetry i schowałam się pod grubym kocem. To już była ta faza, kiedy boli mnie ubranie i zastanawiam się, czy psy nie mogłyby być tak miłe, żeby wytrzymać z wyjściem na dwór do rana. Byłam już niemal pewna, że napadła mnie jakaś wstrętna grypa. LECZ NIE! Spałam 12 godzin i życie powróciło. Co prawda na środę komisja trenerska ( 🙂 ) zarządziła brak trenowania, ale już od połowy dnia czułam, że jest OK i coś bym połupała. Podstępne to wszystko bardzo. Ale już wiem, że w najbliższy poniedziałek, choćbym nie wiem jak bardzo czuła się świeża i rześka po starcie w Rawie Mazowieckiej, pójdę sobie popływać sama. Muszę tylko pamiętać, żeby wyłączyć budzik, który dzwoni każdego dnia roboczego o 4:30, bo jak już niechcąco wstanę, to końmi nie zatrzymają.
A więc jednak bomba, nie grypa. Można haratać dalej 🙂

Dodaj komentarz