Mam super fajnego psa, który wystartował w zawodach aż raz, nie licząc startu poza konkurencją w Międzynarodowym Pucharze Ras w 2013 roku w Kozienicach. Po niezwykle sympatycznym starcie we frisbee w Sopocie przez chwilę pomyślałam sobie, że skoro było tak fajnie i Smoczysław tak świetnie się bawił, to czemu by nie wygospodarować kilku weekendów na pojeżdżenie z nim na inne imprezy z serii.
Ale już mi przeszło! Zostajemy przy starcie w sopockiej edycji Latających Psów… w lipcu 2017 🙂

Dlaczego jestem taką wyrodną pańcią i nie daję spełniać się zdolnemu pieskowi w zdobywaniu kolejnych szczebli międzynarodowej kariery? To pytanie pada tak często, że postanowiłam wreszcie to wyjaśnić 🙂

Powodów jest kilka, a sprawa w gruncie rzeczy jest prosta.

Pierwszy i najważniejszy powód – czas nie jest z gumy. Wiem jak to jest regularnie trenować z psem, bo przecież przerabiałam to z Rastą. Nawet jeśli sam trening trwa półtorej godziny, to kiedy doda się do tego dojazdy, logistykę okołowyjściową i tym podobne, to okazuje się, że robi się z tego pół dnia. Absolutnie nie mam na to czasu, a zazwyczaj też nie miałabym siły. To znaczy teraz wydaje mi się, że miałabym wiele, ale wiem co się stanie, jak wrócę do codziennego pływania, a wracam za dwa dni. Zdecydowanie lepiej pod tym względem wypada trenowanie frisbee, ale…

Kwintesencją frisbee jest dla mnie freestyle. Konkurencje dystansowe są super fajne, ale jakoś nie wyobrażam sobie jeździć przez całą Polskę po to, żeby porzucać psu dysk w tę i z powrotem. Już w Sopocie patrzyłam z zachwytem i zazdrością na pary, które popisywały się płynnymi układami, świetnym porozumieniem z psem, nowatorskimi sztuczkami i wirtuozerią rzutów. A cóż, freestyle’em się nie zajmę, ponieważ ogarnięcie fajnego układu z psem wymaga już nie tylko czasu, lecz także ogólnego zaangażowania i to nie tylko ze strony człowieka. Przyznam szczerze, że nigdy nie wymagałam od Smoka przeprowadzania jakichś specjalnie skomplikowanych procesów myślowych, więc widzę, jak palą mu się zwoje mózgowe, kiedy nagle zadaję mu jakąś trudną łamigłówkę. To mądry pies, szybko łapie nowe rzeczy, ale czasem przerasta mnie proces wytłumaczenia mu, co właściwie ma zrobić, zwłaszcza jeśli zaczyna się wtedy ze mną głośno kłócić… W jego szczenięcych czasach chodziliśmy regularnie do agilitowego przedszkola i umiejętności (życiowe i sportowe) które tam nabył, wykorzystuje bez problemu do teraz. Bardzo się cieszę, że „zdążyliśmy” z tym – bardzo solidne agilitowe podstawy przydają się nawet w codziennym życiu.

Co jednak najważniejsze – jeśli przewodnik rzuca słabo, nie rozgrzeje psa przed rozpoczęciem wykonywania z nim ewolucji itp. – kontuzja gotowa. Niestety psie sporty są strasznie kontuzyjne. Zresztą nie tylko dla psa… Do pomysłu pojechania na frisbee do Warszawy ostatecznie zniechęciło mnie to, kiedy po dwóch kolejnych treningach frisbee Smok nagle ni z tego ni z owego zaczął kuleć. Pies, który nigdy wcześniej nie kulał choćby przez minutę!!! Mogłam się tylko zastanawiać co się stało – może za mało go rozgrzałam, może źle mu rzuciłam, może zbyt gwałtownie zwiększyłam mu częstotliwość „frizbowań”? Wiele pytań, na które poszukiwanie odpowiedzi kosztuje dużo czasu i kombinowania.

Podsumowując, nie jestem w stanie zaangażować się na tyle, żeby psi sport w moim wykonaniu miał ręce i nogi. A uważam że sens robienia tego jest tylko wtedy, gdy można się w to zaangażować na tyle, żeby satysfakcjonowało to obie strony (psa i człowieka) i co najważniejsze – wtedy, kiedy nie ma ryzyka zrobienia psu krzywdy.

To jest właściwie temat-rzeka. Przez kilka lat regularnie zajmowałam się psimi dyscyplinami i miałam okazję napatrzeć się na różne podejścia, metody i filozofie prowadzenia psa w sporcie. Z wieloma z nich, powszechnie praktykowanymi, bardzo się nie zgadzam. Bezpieczeństwo i komfort psa w agility czy frisbee to nie jest prosty temat. Sama jestem sportowcem i uważam, że pies który przez wiele godzin tygodniowo robi coś, co nie jest dla niego naturalnym ruchem, powinien być traktowany jak sportowiec wyczynowy. A umówmy się, skakanie za dyskiem, robienie flipów czy bieganie przez 60-centymetrowe przeszkody to nie jest naturalna aktywność dla psa. Samo w sobie oczywiście nie jest to złe – wręcz przeciwnie, jestem wielką fanką psich sportów – jednak obecnie powszechna świadomość na ten temat jest dość kiepska. Z szacunku dla Smoka odpuszczam mu więc tego typu atrakcje i udawanie, że będziemy uprawiać razem jakiś sport na poważnie. Nie kręci mnie robienie czegoś rekreacyjnie, bo nawet wtedy, kiedy przewodnik uznaje coś za niedzielną, niezobowiązującą zabawę w parku, pies bierze to zupełnie na serio. Mówi się czasem że „agility is fun”. Może dla człowieka jest to fun, ale dla psa zawsze sport.

Na szczęście Smok nie ma pojęcia, że wielka kariera przechodzi mu koło nosa. Na brak atrakcji nie narzeka – biega ze mną, spaceruje ze swoim mężem i dziewczyną (to długa historia), pływa w morzu i łapie aportki. I takim wiejskim burkiem zapewne pozostanie 🙂

 

1 Comment »

  1. Podzielam twoje spostrzeżenia, zwłaszcza jeśli chodzi o czas i zaangażowanie, a efekty. trenowanie frisbee czasem przedstawia się jako kilkuminutową zabawę w parku, która sama przerodzi się w sukcesy na zawodach. Gdzie tu wtedy czas na rozgrzewkę, na rozplanowanie treningu, na przygotowanie fizyczne do tych akrobacji?
    Widać, że skoro sama jesteś sportowcem, temat widzisz szerzej i z właściwej perspektywy. Dobrze się to czyta.

Dodaj komentarz