Weekend 20-21 sierpnia spędzony na zawodach. Fajnie czasem pojechać sobie gdzieś, gdzie można wziąć udział w wyścigach bez spiny, ciśnienia i stresu. Zawody „o priorytecie M” są o tyle fantastyczne, że udział w nich stresuje mnie mniej niż mocny trening, który miałabym wykonać w samotności. Co oczywiście nie znaczy, że na tego typu startach nie daję z siebie tyle, ile mogę dać danego dnia 🙂

Wczoraj, w sobotę, pojechaliśmy na triathlon do Chmielna. Dystans supersprintu – 600m pływania, 15 km na rowerze i 3 km biegu – to dobry dystans, żeby lecieć w trupa od początku do końca – zwłaszcza na biegu, na którym zwykle odżywam mniej więcej po trzech kilometrach właśnie 😉 Miałam trochę wątpliwości, co to będzie przy szybszym bieganiu, bo tydzień temu podczas sobotniego treningu „coś” zabolało mnie przy kolanie i od razu skojarzyłam to ze sporadycznymi szarpnięciami przy biodrze, które odczułam wcześniej kilka razy. Moja pierwsza myśl – ITBS – okazała się trafiona w dziesiątkę, ale ucieszyłam się, kiedy wyczytałam, że ta kontuzja nie ma raczej szansy spowodować niczego naprawdę poważnego, jak złamanie przeciążeniowe czy zerwanie więzadła. A skoro nie, to liczę, że da się zabiegać 😉 Oczywiście nie liczę tylko na to, że czas leczy ścięgna – od razu włączyłam intensywną terapię lodem, rozciąganiem, wałkiem, masażem i innymi kopniakami:

Pierwsze mozaiki – potem było ciekawiej 😀

No cóż, na miejscu tego pasma naprawdę bym dała sobie spokój 😉 Na szczęście każda kolejna terapia szokowa przynosiła coraz lepsze efekty.

Wracając do Chmielna… Ze względu na dystans i przyjemną pogodę, zostawiłam piankę do pływania w samochodzie. Na chwilę przed startem weszłam na rozgrzewkę do wody i… ups! Aż mnie na chwilę przytkało – nie spodziewałam się, że woda będzie tak okrutnie zimna! Organizator poprosił zawodników o przejście na pomost na krótką odprawę i prezentację trasy pływackiej, po czym po kolei udaliśmy się na start, czyli do wody. Tak się złożyło, że byłam jedną z pierwszych osób, które znalazły się na linii startu, a co za tym idzie, zdążyłam tam nieźle skostnieć. Pływałam w kółko, machałam wściekle łapami i nogami, ale to na niewiele mi się zdało – ruszałam zamarźnięta, a jedna ze stóp nie wróciła do siebie aż do końca części kolarskiej. Nie wiem, czy miało to wpływ na to, że po raz kolejny popłynęłam sporo poniżej swoich oczekiwań. Być może po prostu trzeba się raz na zawsze pogodzić z tym, że trening pływacki oddaje dopiero po jakimś czasie, a do tego czasem oddaje lepiej, a czasem gorzej. Wczoraj było raczej gorzej 😉

Tutaj prawdopodobnie zastanawiam się, czy moje stopy jeszcze są ze mną 😛

Na rowerze było już fajnie – mocno, choć niezbyt szybko. Wiatr nie pozwalał na rozwijanie ponaddźwiękowych prędkości, a do tego na drugiej i trzeciej pętli było już dużo dublowania wolniejszych zawodników. Wyszłam na bieg z mocnym postanowieniem, że „zaczynam na maksa, a potem przyspieszam” ;-), i choć może nie wyszło mi to jakoś fantastycznie (wciąż biegam na treningach lepiej niż na zawodach, cóż, życie jest nowelą), to jednak nie mam sobie wiele do zarzucenia w tej części. Pomiar tętna udowodnił, że było zacnie. Na mecie byłam czwarta OPEN, za trzema zawodnikami 🙂

Na pewno ogromną robotę zrobił w tym kontekście trening sprzed tygodnia. Tak już jakoś mam, że to właśnie na treningu potrafię zapodać sobie rzeźnię nad rzeźniami. Najpierw pojechaliśmy na rower – miało być 60 km po Kaszubach, wyszło ponad 70, a do tego od samego rana dmuchał jakiś huragan Katrina. Mniej więcej po połowie dystansu czułam że nadchodzi bomba tysiąclecia, ostatnie 20 jechałam już w trybie zombie. A po powrocie to co triathloniści lubią najbardziej, czyli zakładka około tempa progowego. Dzięki Bogu krótka, 4 km, która ostatecznie skróciła się o kilometr, bo pasmo tak mnie huknęło, że w ogóle ledwo doszłam do domu. To co zrobiłam było jednak całkiem dobrą destrukcją – moje tętno i aparycja na pierwszych 1.5 km spowodowały, że Wojtek – bodyguard na rowerze – kazał mi po dwóch kilometrach biegu przejść do truchtu i w ten sposób dotrzeć do domu. Lecz ja byłam już wtedy w równoległej rzeczywistości i wiedziałam że prędzej się z nim rozwiodę niż go posłucham, i cisnąwszy dalej, rozryczałam się w pełni dramatyzmu, że OOO NIEEE NA PEWNO SIĘ NIE ZATRZYMAM TEEERAZZZZ. No więc zrobiłam swoje trzy kilometry, tyle samo, ile wczoraj w Chmielnie.

Co najzabawniejsze – podczas rozgrzewki czułam jeszcze lekko bolące pasmo, a podczas zawodów nie poczułam ABSOLUTNIE NIC. Myślałam że zacznie znowu ciągnąć mnie po starcie, ale skąd – noga jak nowa, zero dolegliwości. Wygląda na to, że krioterapia w jeziorze zadziałała bardzo pozytywnie. Dziś już nie jest aż tak wesoło, ale mimo wszystko na tyle dobrze, że nie tracę w tej kwestii optymizmu (i wracam do traktowania nogi brutalnymi metodami). Wczoraj po powrocie do domu czułam za to, że trochę się wychłodziłam – zwłaszcza moje zatoki i gardło trochę mnie straszyły. Na szczęście dzisiaj nic się nie dzieje, więc już raczej będzie OK.

A po rozdaniu nagród pędem do domu, żeby zdążyć na transmisję z triathlonu na igrzyskach olimpijskich. Zagięłam czasoprzestrzeń, wyszłam z psami, wykąpałam się, rozpakowałam i dokładnie o 15:55 zasiadłam przed telewizorem – ha!

Dzisiaj, w niedzielę, pojechaliśmy na Mistrzostwa Lęborka w pływaniu długodystansowym nad jeziorem Lubowidzkim. Było znacznie cieplejsze niż jezioro Kłodno, ale tak jak zaplanowałam, dziś startowałam w piance. Przy okazji przetestowałam, jak zakłada się piankę w warunkach mocno deszczowych. Z tego co widziałam, w zeszłym roku nie było tu mocnej stawki, za to w tym roku zawody przyciągnęły mocne pływaczki. Dopłynęłam jako piąta kobieta z czasem 29 minut na 2-kilometrowej trasie. Mój zegarek twierdzi, że ostatnie 10 minut cisnęłam w życiowym tempie. Jest to o tyle prawdopodobne, że wyjątkowo nie znalazłam przekłamań w zapisie GPS, na ostatniej prostej wściekle goniłam rywalkę (która ostatecznie dopłynęła sekundę przede mną), a na finiszu miałam tętno 187. Prawie ugotowałam neopren 😉 Czy było aż tak super – nie byłabym taką hurraoptymistką; nie wydaje mi się, żeby mój Polar aż tak doskonale podołał zadaniu zmierzenia dystansu w otwartej wodzie. Żeby było śmieszniej, nie mam pojęcia, czy w ogóle zostanę sklasyfikowana, bo nikt nie prosił o mój numer startowy, kiedy przekroczyłam metę, nie dostałam także medalu, o którym wspominano w regulaminie. Ale to mnie akurat niespecjalnie martwi, bo pojechałam zrobić tam mocny trening i to zdecydowanie mi się udało. A jeśli chodzi o miejsce zawodów i organizację, to nie wypada narzekać na zawody, w których nie ma nawet opłaty startowej, a za zwycięstwo można wygrać cztery stówki 😉

 

Dodaj komentarz