Ruszyła lawina pretensji polskich sportowców. Wszystko zaczęło się od Alicji Tchórz i “upokarzającej” nagrody pieniężnej w zawodach. Zawtórowały jej inne pływaczki, teraz dołączyła jeszcze Kamila Przybyła – 19-letnia lekkoatletka specjalizująca się w skoku o tyczce. Na Facebooku pokazała zdjęcie zestawu szklanek i poinformowała, że to nagroda, którą dostała od swojego klubu podczas spotkania na zakończenie sezonu. Wyraźnie liczyła na hojną gratyfikację finansową, jako że ostatnie zdanie komentarza brzmiało: “Chyba przerzucę się na piłkę nożną”.
Kto z czytelników znał wcześniej jej nazwisko? Podobnie jak nazwisko Alicji Tchórz jest raczej nieznane poza środowiskiem pływackim, tak i Kamili Przybyły – poza światkiem lekkoatletycznym – nie znał do tej pory właściwie nikt. Oczywiście nie zmienia to faktu, że są to zawodniczki bardzo wysokiej klasy, które poświęcają cały swój czas i energię na to, aby zdobywać medale dla Polski. Zdaję sobie sprawę, jak wielkim poświęceniem jest uprawianie wyczynowo sportu. Ale to jest poświęcenie, które podejmują tysiące osób w Polsce. W samej Bydgoszczy, rodzinnym mieście Kamili Przybyły, tylko w tym roku stypendium sportowe otrzymuje 78 osób, na które miasto przeznacza 408.240 złotych. Te pieniądze skądś biorą się w budżecie – konkretnie z kieszeni podatników. Polska nie jest potęgą finansową ani lekkoatletyczną. Czy jedno wynika z drugiego? Moim zdaniem niekoniecznie. Dlaczego wszyscy znamy nazwiska Radwańskiej, Jędrzejczak, Kowalczyk, Włoszczowskiej – które też przecież trenowały i rozwijały się w Polsce? Dlaczego one nie narzekały nigdy publicznie na finansowanie sportu? To nie są szczęśliwe przypadki – po prostu wielkie osiągnięcia bronią się same.
Nie przejdzie mi przez gardło stwierdzenie, że Tchórz jest za słaba, żeby dobrze zarabiać na swoim pływaniu. Ogromnie szanuję pracę, jaką pływak musi włożyć w to, żeby znaleźć się chociażby na średnim poziomie w kraju. Treningi dwa razy dziennie, długie godziny spędzone na wpatrywaniu się w czarną linię na dnie basenu, wieczne niewyspanie, brak życia prywatnego. Pracowitość i determinacja sportowców niewątpliwie zasługują na szerokie uznanie, ale sytuacja, w której zawodniczka nazywa upominek od klubu „oburzającym”, jest sam w sobie oburzający. To trochę tak, jakby wkleić na Facebookową tablicę zdjęcie prezentu bożonarodzeniowego od bliskiej cioci i napisać, że chciało się dostać coś zupełnie innego. Przecież wyraźnie mówiliśmy, że chcemy kasę, a nie skarpetki!
Oczekiwanie wynagrodzenia od klubu jest ponadto faktem dalece nielogicznym. Zawodnik nie robi przecież łaski swojemu trenerowi, że przychodzi do niego na trening. Co więcej, zazwyczaj nawet nie musi płacić za jego pracę, podobnie jak za sprzęt szkoleniowy, z którego na co dzień korzysta. Z czego więc wynika roszczeniowa postawa niektórych sportowców? Czy to rodzice wywierają na nich tak wielką presję? Może to otoczenie uważa ich za wielkie gwiazdy i pozwala sądzić, że wszystko im się należy za to że są i trenują? Uważam, że sprawie należy przyjrzeć się naprawdę dokładnie i postarać się mądrze pomóc tym, którzy tej pomocy szukają. Na razie co prawda robią to po ciemku i w histerii, waląc z łokcia wszystkich, którzy znajdą się akurat w pobliżu, ale wierzę, że nie robią tego ze złej woli.
Nie lubię grzebać w czyichś finansach, ale tym razem sytuacja tego wymaga.
Kamila Przybyła otrzymuje w tym roku stypendium z trzech źródeł. Jest stypendystką programu Fundacji Rumak (10 tys. zł na rok), miasta Bydgoszcz (300 zł miesięcznie przez 12 m-cy w roku) oraz szkoły – Zespołu Szkół Budowlanych w Bydgoszczy – załóżmy, że jest to 300 zł miesięcznie przez 10 miesięcy w roku. W sumie wychodzi około 1400 zł miesięcznie. To dużo czy mało? Zależy jak na to spojrzeć. Jeśli nie mieszka z rodzicami i dodatkowo nie pracuje  – to niewiele. Ale to bynajmniej nie znaczy, że ministerstwo czy związek powinni płacić jej więcej.
Ministerstwo Sportu na przygotowania Radosława Kawęckiego do igrzysk w Londynie w roku olimpijskim wydało pół miliona złotych. Alicja Tchórz czy Kamila Przybyła, tak jak i inne zawodniczki i zawodnicy tej rangi, dostali nie tylko „200 złotych w kopercie” czy „zestaw szklanek”, ale przede wszystkim kilkanaście lat szkolenia – treningi, obozy wyjazdowe, stypendia. Innymi słowy: zaplecze do tego, aby rozwijać się i zrobić wynik. Jeśli tego wyniku wciąż nie ma, można zacząć się zastanawiać, co poszło nie tak. Ale Kawęcki w Londynie otarł się o podium, zajmując 4. miejsce na 200m stylem grzbietowym, a Tchórz w swoich konkurencjach była 25. i 29. Natomiast największym dotychczasowym osiągnięciem Przybyły jest drugie wicemistrzostwo Europy juniorów. To chyba drobna różnica. Dlaczego związek sportowy albo ministerstwo sportu (czyli, patrząc szerzej, my wszyscy, którzy płacimy podatki) mają płacić komuś, kto w oficjalnym rozumieniu osiąga wyniki poniżej czegoś, co można nazwać wynikiem absolutnie wybitnym?
Zawód jest kwestią wyboru. Rozpatrując sprawę czysto pragmatycznie – sport jest nieco niewdzięczny, bo inwestycja zwraca się nielicznym. Ale każdy kto zajmuje się sportem wie, że i tak się to „opłaca”, choćby jedyną gratyfikacją z zewnątrz był plastikowy medal za przekroczenie linii mety. Sport rewolucjonizuje życie, nieodwracalnie zmieniając je na lepsze, pełniejsze, bardziej satysfakcjonujące. „Rób to, co sprawia ci największą przyjemność, i znajdź kogoś, kto ci za to zapłaci”. Pytanie, czy rzeczywiście sport sprawia przyjemność zawodnikowi, który publicznie sugeruje, że „następnym razem (zamiast jechać na zawody) poroznosi ulotki” albo „chyba przerzuci się na piłkę nożną”? Może to dobry moment, żeby zastanowić się nad istotą swojej motywacji – czy na pewno jest to motywacja wewnętrzna, wypływająca z nas samych, niezależna od okoliczności? Uprawianie sportu z myślą o zarabianiu na tym pieniędzy jest zapędzaniem się w kozi róg.
Satysfakcją nie zapłaci się czynszu, ale gdyby nie pasowała mi moja praca, po prostu bym ją zmieniła. Nie przyszłoby mi do głowy, żeby ogłosić wszem wobec, że mój pracodawca – co prawda uczciwy i sympatyczny – płaci mi żenującą stawkę. Świadczyłoby to źle wyłącznie o mnie – że jestem życiowym nieudacznikiem i frustratem, który świadomie i dobrowolnie godzi się na upokarzającą płacę, a potem publicznie wylewa żale, zamiast postarać się zmienić swój los.
Sportowcy też mogą zmienić swój los. Oczywiście najbardziej logiczną drogą jest osiąganie wyników, które będą sowicie wynagradzane. Jednak nie każdemu pisane jest bycie kolejnym rekordzistą świata, reszta musi zatem szukać innych dróg. Nie wszyscy sponsorzy – myślę o firmach prywatnych – zwracają największą uwagę na wynik sportowy zawodnika. Wielu z nich bardziej zależy na tym, co dana osoba sobą reprezentuje. Wartość marketingowa sportowca, który potrafi udzielić wywiadu, elokwentnie wypowiedzieć się dla telewizji czy opowiedzieć innym o swojej dyscyplinie jest nierzadko większa niż arcymistrza w swoim fachu, który po treningu zaszywa się w głuszy i nie potrafi sklecić sensownego zdania w języku polskim. Anna Dowgiert, wyczynowa pływaczka z wieloma sukcesami, napisała na swoim profilu na Facebooku, że przez nikłe zainteresowanie mediów pływaniem nikt spoza środowiska nie wie, kim ona jest, mimo że dwa razy reprezentowała nasz kraj na igrzyskach olimpijskich. Mało tego – zawodnicy z jej klubu jej nie poznają! W tym miejscu powstaje ważne pytanie: czyja to wina? Nie wińmy mediów za to, że są mediami. Telewizja idzie z kamerą tam, gdzie jest co pokazać; gdzie jest coś, o czym będą mówili ludzie. Dlatego to oburzenie i afera wywołane przez Alicję Tchórz przyciągnęły do siebie mikrofony i kamery, a nie jej pływackie sukcesy. Nie wymagajmy od producentów telewizyjnych, że będą dzielić z nami pasję mało widowiskowych dyscyplin. Na stadionie podczas meczu piłki nożnej są dziesiątki tysięcy kibiców. Można mówić co się chce o Polskim Związku Piłki Nożnej czy o istocie dyscypliny, ale faktem jest, że jest to sport medialny i – cóż, tak! – narodowy.
Są zatem dwie możliwości: można dalej siedzieć i narzekać, że nikt się nami nie interesuje. Można też dopomóc szczęściu i… dać się poznać – samemu zabiegać o to, aby zostać pokazanym z dobrej strony.
Zrozumiałe jest wszechstronne, odgórne finansowanie sportu najmłodszym, którzy są filarem systemu szkolenia i nadzieją na przyszłość polskiego sportu wyczynowego. Ich trzeba prowadzić za rękę, bo to dalekosiężna inwestycja – jeśli nawet nie w krajowy dorobek medali, to na pewno w ich lepsze życie. Od dorosłych zawodników, którym zafundowało się już obozy, wyjazdy i kilkanaście lat treningów, wymaga się już czegoś w zamian: wyniku. I to za wynik się płaci – nie za uprawianie sportu.
W Polsce oprócz wyczynowców zawodowych jest także szeroka rzesza zawodników, którzy trenują i pracują poza sportem, choćby w niewielkim wymiarze godzin, lub podejmują pracę jako trenerzy. Dla nich finanse nie stały się “być albo nie być” w sporcie – znaleźli dla siebie złoty środek. Warto też zaznaczyć, ze jest też ogromna grupa ludzi w najróżniejszym wieku, którzy pracują na pełen etat lub jeszcze więcej, mają rodziny i obowiązki domowe, a ich pasją jest uprawianie sportu. Nierzadko poświęcają na trening kilkanaście godzin w tygodniu. Im nikt za to nie dopłaca, nawet w postaci darmowego wejścia na basen – a nie da się nie zauważyć, że wyniki wielu amatorów coraz bardziej zbliżają się do osiągów zawodowych. Oczywiście ci pierwsi raczej nie mogą liczyć na pobicie rekordu globu czy choćby kraju, ale jedno u obu grup jest takie samo – liczba godzin w ciągu doby. Czasu każdy ma po równo, więc jeśli sportowiec-amator jest w stanie pójść do pracy, odebrać dzieci z przedszkola i ugotować im obiad, a potem zrobić trzygodzinny trening, to czy zawodowiec naprawdę nie znajdzie godziny dziennie, żeby zadbać o swój PR?
Rodzice zawodników chętnie włączają się w lament nad niedolą swoich dorastających pływaków, wskazując na ogromne koszty materialne i niematerialne, które ponieśli w związku z zajęciami pływackimi ich dziecka. Warto jednak pamiętać, że wyczynowe uprawianie sportu nigdy nie jest obowiązkowe, a decyzja o wysłaniu dziecka na codzienne zajęcia na basenie była przez nich podjęta świadomie i dobrowolnie. Jeśli dorosłe już dziecko nadal chce związać swoją przyszłość ze sportem i zrobić z tego zajęcia swój zawód – trzeba się odrobinę postarać. Jeżeli argumentem dorosłego pływaka przeciwko wzięciu spraw w swoje ręce i poszukaniu stałego źródła finansowania swojego sportu jest brak czasu na cokolwiek innego niż treningi, może warto raz jeszcze zwrócić wzrok w stronę rodziców.
Najważniejsze jest to, żeby działać, a nie czekać na cud. Kto jak kto, ale sportowcy doskonale wiedzą, czym jest przekraczanie granic, szukanie rozwiązań, kurczowe trzymanie się swojego celu. Może wystarczy wskazać im drogę albo delikatnie popchnąć w odpowiednim kierunku, tak jak zrobiono to kilkanaście lat temu, gdy wybrało się dla nich dyscyplinę sportu. Którą nie jest medialna, świetnie opłacana i być może łatwiejsza piłka nożna.

Dodaj komentarz