Wreszcie! Lepiej późno niż wcale – mam za sobą debiut na dystansie, który – jak zakładamy – ma się stać moim docelowym. Jak na razie mogę stwierdzić, że świetnie wybrałam – olimpijka z draftingiem to jest to, co kręci mnie najbardziej.

Dawno tego nie robiłam – mój ostatni start w triathlonie odbył się prawie rok temu. W międzyczasie zdążyłam zaliczyć dwukrotne złamanie zmęczeniowe kości strzałkowej i dwie trzymiesięczne przerwy w treningu biegowym oraz, niestety, w dużej mierze także rowerowym. Dokładając do tego bardzo kiepskie efekty treningu pływackiego w tym sezonie i wieczne niepowodzenie wytopu, nie spodziewam się w tym roku świetnych wyników. Jednak bardzo zależało mi na tym, żeby ruszyło cokolwiek. Moje starty w zeszłym roku kończyły się zawsze w ten sam sposób – straszliwą bombą na samym początku trasy biegowej i kolką przez całe 10,5 kilometra. To ostatnie zamieniało zawody w dramat. Mijałam uśmiechniętych ludzi, przemykających obok mnie jak stada sarenek, przybijających sobie nawzajem piątki, a ja czułam się tak, jakbym była w innej rzeczywistości. Gdyby nie moje zamiłowanie do trenowania i fakt, że w zeszłym roku nieźle czułam się w treningu pływackim i rowerowym, a i biegi kiedyś nieźle mi wychodziły, uznałabym bez wątpienia, że triathlon jest wymysłem szatana. Zastanawiałam się, czy to możliwe, żeby inni się czuli tak jak ja, a mimo to biegli tak żwawo.

Niebezpiecznie często zdarza się, że gdy tylko zaczyna mi się biegać lepiej niż zwykle, natychmiast się kontuzjuję i cała praca obraca się w proch i w pył. Żeby nie być gołosłowna, podaję statystyki: było tak trzy razy od zeszłego półrocza. Kiedy więc ni z tego ni z owego na początku lipca moje treningi biegowe zaczęły nie tylko doganiać, ale wręcz przekraczać plan treningowy, spojrzałam na to podejrzliwie. I nie myliłam się, co się dalej stanie… Wygląda jednak na to, że aktualny problem udało mi się jakimś cudem zdusić w zarodku. Oby.

W każdym razie mój pierwszy tegoroczny start mogło uratować to, że ostatnio trenowało mi się nieźle (pomijając to koszmarne pływanie), a przede wszystkim dużo. Im więcej trenuję i im więcej w tym treningu jest mocnej pracy, tym lepiej się z tym czuję psychofizycznie. Oczywiście nie ma cudów – na rowerze jeszcze tak naprawdę nie zaczęłam realizować konkretnego planu treningowego, po prostu zaczęłam dużo więcej jeździć. W kwestii tegorocznego biegania mogę tylko przytoczyć przysłowie mówiące, że z gówna bata nie ukręcisz. A więc cel na olimpijkę w Rawie był wieloraki. Najważniejszy: sprawdzić, czy jestem w stanie ukończyć jakikolwiek triathlon bez duszącej kolki. Drugi: postarać się pojechać na rowerze nie tylko sercem, lecz także – przede wszystkim – rozumem, i wykorzystać fakt, że są to zawody z draftingiem. Trzeci, najbardziej nieśmiały plan maksimum: pobiec dychę lepiej niż biegałam podobne dystanse na treningach.

Ostatniego celu niestety nie udało się osiągnąć – widocznie jeszcze nie pora. Ale to nie szkodzi, bo dwa pozostałe założenia zostały zrealizowane. Ale od początku…

Dzień przed zawodami zrobiłam krótki, pobudzający trening. Przypomniałam sobie, jak się wskakuje w buty, jadąc na rowerze (jak dobrze, że tego się nie zapomina), pobiegałam trochę w lekkich butach. Odczucie naprawdę niezłe. Niestety czułam się lekko przeziębiona, a prosto z treningu jechaliśmy nad jeziorko, aby przetestować pożyczoną piankę (która wygląda tak samo jak moja, ale moją nie jest… nie wdawajmy się jednak w szczegóły). Nieśmiało próbowałam zniweczyć ten plan, jednak Wojtek stwierdził, że lepiej nie pojechać na zawody z powodu choroby niż pojechać z pianką, której nie włożyłam wcześniej na siebie.

Zazwyczaj staram się pakować plecak z rzeczami na zawody dzień przed startem, tym razem jednak sobota była na tyle intensywna, że wieczorem padłam na twarz na łóżko, zamiast myśleć o kompletowaniu sprzętu i ubrania. Pobudka po piątej, śniadanie, psy… Po ósmej dojechaliśmy do Rawy Mazowieckiej. I z naszych ust wydobyło się zgodne: ŁOOOO! Co za miejsce na zawody – jak z bajki. Dokładając do tego ładne jezioro, przyjemne trasy i jak się później okazało równie przyjemną organizację i obsługę zawodów – muszę stwierdzić, że chętnie wrócę tam za rok.

Wypadałoby jednak wreszcie dojść do części zasadniczej relacji. Pływanie 1500m podoba mi się bardziej niż krótsze dystanse, które do tej pory miewałam podczas startów w triathlonie. Jakimś bożym cudem ustawiłam się w takim miejscu, że właściwie zupełnie uniknęłam postartowej pralki. Byłam w szoku, że nikt nie kopie mnie po twarzy, nie taranuje, nie łokciuje… Honor triathlonistów uratował ktoś, kto usilnie próbował mnie łapać za kostkę. Niestety znowu płynęłam zygzakiem, mimo że byłam święcie przekonana, że obieram prawidłowy azymut. No trudno.

O wyjściu z wody mam do powiedzenia tyle, że nie wiem, czy istnieje dużo gorszych odczuć jak to, gdy leci się w piance do strefy T1. Śmierć w oczach. Poprzez doświadczenie nauczę się w końcu, że to nie trwa wiecznie – na razie za każdym razem jestem trochę przerażona.

Rower rozpoczął się kiepsko – nikogo przede mną, a na moim kole jeden, jedyny zawodnik. Wypruwając sobie flaki z tętnem prawie 180 wydyszałam do niego, że przydałoby się dogonić jakąś grupę. Grupy jednak ani widu, ani słychu. Obiecałam sobie, że tym razem nie pojadę tej części na maksa, więc zacietrzewiłam się solidnie: nie jadę 40-kilometrowej czasówki, żeby umrzeć na biegu. Nie i już. Szczęśliwie na horyzoncie za mną pojawił się niewielki peleton, który w końcu mnie ze sobą zabrał. Zmiana odczucia intensywności była tak wielka, że aż przełączyłam zegarek w tryb pokazywania prędkości. Pomyślałam sobie, że wleczemy się jak kółko różańcowe na niedzielnej przejażdżce i jeśli jedziemy trzydzieści parę na godzinę, to chyba mam po zawodach. A tu zdziwko: na liczniku równe 40 km/h. Przestałam się więc obawiać – jest naprawdę przyzwoicie. Na trasie wyszedł mój brak treningu jazdy w grupie – miałam okazję trzymać koło przez cały dystans, a zamiast tego musiałam wciąż podganiać i dojeżdżać do peletonu. Tak czy inaczej skorzystałam z draftingu ogromnie dużo, zwłaszcza że chłopaki nawet nie proponowali mi, żebym dała im zmianę (i Bogu dzięki, bo dyszałam chyba najgłośniej z grupy). Dystans minął niezwykle szybko i w stosunkowo niezłym komforcie. Pierwszy raz na zawodach miałam czas, żeby się napić, wyprostować plecy, rozejrzeć się wokół.

No i bieg. Część, której bałam się najbardziej, bo w tym momencie praktycznie kończył się dla mnie każdy wyścig. Pierwszy kilometr pociągnęłam w 4:36 i gdybym takie tempo utrzymała do końca, byłabym bardzo zadowolona z wyniku. Oczywiście nadal nie byłoby to obiektywnie przyzwoite bieganie, ale takie, na jakie wskazują moje obecne treningi. Od drugiego do czwartego kilometra biegło mi się jednak tragicznie. Kolka nie złapała mnie w takim nasileniu, jak miała to w zwyczaju, jednak bardzo przekonująco mnie straszyła. Dopadł mnie okropny kryzys i zaczęłam się zastanawiać, co zrobić, kiedy w końcu uderzy we mnie z całą siłą. Człapać do mety jak zwykle? Nie po to tu przyjechałam, tego przedstawienia mam już dosyć. Zejść z trasy? To nie w moim stylu. Po czwartym kilometrze nastąpiła niespodzianka – złapałam drugi oddech i od tej pory czułam się coraz lepiej. Zegarek nadal pokazywał tempo około 4:50 minut na kilometr, więc można uznać, że poruszałam się do przodu. Wolontariusze robili dobrą robotę z podawaniem wody (nie żebym ją piła – każdy kubek lądował na mojej głowie), kurtyny wodne ratowały życie (i, niestety, tworzyły gigantyczne bąble na mokrych i zapiaszczonych stopach, ściśniętych w klapiących od wody butach), a kiedy zobaczyłam panią, wyjmującą z lodówki turystycznej worki z lodem i podającą je zawodnikom, myślałam że rozpłaczę się z radości. Trzydzieści stopni w cieniu, słońce mnie je, ale co z tego, skoro karczusiowi albo ramieniu jest tak wspaniale zimniutko…

No więc dobiegłam z oficjalnym czasem 2:28:18. Przede mną potwornie dużo roboty, ale nie mogę nie być zadowolona z faktu, że wreszcie to ja pokonałam triathlon, a nie odwrotnie. Pierwszy raz za metą nie czułam się jak zmasakrowane zombie, pierwszy raz czułam prawdziwy fun z tej zabawy. Nie mogę się doczekać kolejnych startów. A to już niedługo. Sezon rozpoczęty! Lepiej późno niż wcale.

1 Comment »

Dodaj komentarz