Wodny Park Warszawianka. Miejsce, które nie dość, że ma nazwę zupełnie nie po polsku, to na domiar złego stężenie chloru, ozonu lub innej tajemniczej substancji w wodzie powoduje, że po każdym treningu mam zatkany nos i obolałe zatoki.

 

Fot. tele-adres.pl

 

Warszawianka to obiekt, do którego mam ogromny sentyment. Dość byłoby powiedzieć, że zwłaszcza w czasie zimy jest to wymarzone miejsce dla triathlonisty. Jedyny w Warszawie basen o wymiarach olimpijskich, a do tego świetnie wyposażona siłownia. To wszystko oddalone ode mnie o 10 minut jazdy rowerem. Lepiej być nie może.
W dzieciństwie Warszawianka była dla mnie jak plac zabaw. Dziadek często zabierał mnie i moją kuzynkę w to miejsce. Jeździliśmy autobusem ze Służewca – dziś to dla mnie rzut beretem, ale wtedy byłam przekonana, że podróżujemy przez całe miasto. Dziadek kupował nam bilety, wyprawiał nas w stronę szatni i zajmował miejsce na fotelu przy szybach, co pozwalało mu dyskretnie mieć nas cały czas na oku. Przez długie godziny szalałyśmy z kuzynką na zjeżdżalniach, próbowałyśmy pływać wbrew prądowi w „dzikiej rzece” i unosiłyśmy się na wodzie razem z bąbelkami jacuzzi. Nigdy, dosłownie ani razu nasza noga nie przekroczyła drzwi wiodących z części rekreacyjnej do basenu sportowego. Pięćdziesięciometrową pływalnię widziałyśmy tylko zza rozdzielającej szyby, kiedy wspinałyśmy się po schodach na zjeżdżalnie. Basen sportowy był zawsze bardzo odległy naszym myślom i ciałom, wciąż nieco nas przerażał. Dla naszych umysłów był zbyt długi, zbyt głęboki, złowrogo szumiący i zimny. Taki bardzo dla dorosłych. Kto tam w ogóle pływa? Nam wystarczył maleńki basenik z biczami i gejzerami wodymi. Zawsze wychodziłyśmy z tej wodnej bawialni zmęczone, głodne, przeżarte chlorem niemal na wylot i wyjątkowo zadowolone.
Na prawie 13 lat przyszedł czas mojego rozbratu z Warszawianką. Mieszkałam w Gdańsku, daleko od Wodnego Parku, choć o jedno przejście dla pieszych od innego basenu. Z którego nie korzystałam równie bardzo, jak nie korzystałabym zapewne z Warszawianki, gdybym nadal mieszkała nieopodal. Życie.
Jednak niedługo po powrocie do stolicy znowu zawitałam na Warszawiankę. Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy po tej arcydługiej przerwie znowu odwiedziłam to miejsce. Wtedy już w grę wchodziło tylko pływanie na długim basenie – w końcu miałam już dwadzieścia jeden lat, a damie w tak zaawansowanym wieku nie wypada taplać się w brodziku. A więc przemierzałam kolejne długości, od ściany do ściany, swoją niemal dyrektorską żabką, bo tylko ten styl miałam wówczas jako tako opanowany. Moim pierwszym ówczesnym rekordem było przepłynięcie szesnastu długości basenu, a po pięciominutowej przerwie na ogrzanie się w jacuzzi – dołożenie jeszcze osiemnastu. Razem tysiąc siedemset metrów.
A potem wszystko zaczęło się toczyć jakoś szybciej.
Ileż ja emocji zostawiłam w tym basenie!
Trzy lata temu chodziłam tam pływać po niemal każdym treningu biegowym. Kończyłam trening w sekcji KS Warszawianka, na terenie tego samego obiektu, i od razu wsiadałam na rower z zamiarem zakończenia treningu w wodzie. I znowu – przez czterdzieści minut żabką, od ściany do ściany. Wtedy to było moje miejsce najgłębszych przemyśleń i całkiem niezłe schronienie przed światem.
Później to w tej wodzie miałam swoje główne treningi. Przychodzenie do Wodnego Parku było więc nie tylko „dobiciem” treningu, ale celem samym w sobie. Warszawianka była miejscem nabywania nowych, fascynujących umiejętności. Miejscem, w którym rodziła się wielka satysfakcja, a czasem też wielka frustracja. To tutaj zrobiłam swój najcięższy trening pływacki, który fizycznie mnie sponiewierał, a mentalnie prawie złamał. To tutaj przezwyciężałam niewyspanie, zmęczenie, choroby. Tutaj spędzałam niemal całe dnie, chodząc po basenie prosto na bieżnię, a z bieżni na trening na siłowni. Tu przekraczałam swoje granice, odzyskiwałam to czego brakowało mi przez poprzednie lata.
Warszawianka to miejsce, które potrafię jednocześnie kochać i nienawidzić. Kiedy przychodziłam tu z rozpiską treningu, o którym wiedziałam, że będzie dla mnie bardzo wymagający – bywało naprawdę ciężko – tak fizycznie, jak i psychicznie. Mieliłam wodę, jednego dnia czując się doskonale, innego fatalnie, nigdy jednak nie wycofując się z podjętego zadania. Było ciekawie, kiedy wykonywałam najmocniejsze treningi pod okiem najbardziej wymagającej wobec mnie osoby, czyli mnie samej. Kiedy chlor pulsował mi w skroniach i rozsadzał czaszkę. Kiedy zegarek nie pokazywał tego, co chciałam widzieć. Cóż, wtedy ciepłe uczucia do Warszawianki nieco się oddalały. Ale ten sam obiekt to miejsce, w którym rodziłam się na nowo. Pokochałam pływanie, które zaledwie trochę wcześniej było mi zupełnie obojętne.
Teraz otwieram kolejny rozdział. Niby podobny, a jednak zupełnie różny od poprzednich. To zabawne, bo jestem przecież tą samą osobą, tory na basenie są te jednakowe i woda też ciągle taka sama. Ale tak naprawdę wszystko poza tym jest inne. Od ogółu do szczegółu. Nawet inaczej łapię tę wodę, po której się przesuwam. Co innego sobie wtedy myślę. Idę do celu inną drogą. Uczę się tego, co przychodzi mi najtrudniej i przed czym siłą rzeczy nadal mam ogromne opory.
Ten basen to miejsce, na którym pływacy-olimpijczycy mijają się na torze z kompletnymi żółtodziobami, sunącymi swoim własnym i niepowtarzalnym stylem. Znamienne jest, że to pełne kontrastów miejsce wbudza we mnie najbardziej skrajne emocje.
Warszawianka jest wspaniała kiedy jest pusta. Woda wtedy stoi niemal nieruchomo, można usłyszeć własne ruchy. Jest się samemu w tym wielkim, ograniczonym oceanie. Ale nawet wtedy, kiedy basen jest zatłoczony, też ma niepowtarzalny klimat. Kiedy przed siódmą rano dojeżdżam pod pływalnię, miasto wydaje się dopiero budzić ze snu, a na dworze jest ciemno. Wchodzę do obiektu i nagle jestem w innym świecie – w sportowym mikroświecie. Każdy kto tu jest, ma swój cel. Przechodząc po antresoli spoglądam na zatłoczone tory i nie wiem, na co mam większą ochotę: na to, aby usiąść na widowni i cieszyć oko widokiem masy zaangażowanych ludzi, którzy odnajdują rozkosz w pływaniu od ściany do ściany, czy natychmiast biec do szatni, aby jak najszybciej do nich dołączyć. Cieszę się, że jestem częścią tego środowiska.
Czasem trafiam na filmy przedstawiające dzień treningowy słynnych sportowców. Baseny, na które wchodzą zawodnicy na początku każdego z takich filmów mają w sobie coś mistycznego. Są inne niż te, które znamy na co dzień, a to zapewne dzięki sprytnemu oku realizatora i jego kamery. Ale nie Warszawianka. Warszawianka jest nawet fajniejsza. I nawet bardziej mistyczna.
Wspaniale jest mieć takie warunki do trenowania.

2 Comments »

  1. Nie! Niestety nie – "brodzik" który jest dołączony do basenu nie pozwala na uznanie Inflanckiej jako basenu olimpijskiego. Chodzą też słuchy, że jest krótszy o kilka centymetrów 😉

Dodaj komentarz