Nie znoszę się spieszyć. Choć spieszę się zawsze. Nie znoszę jednak myśli, że spieszę się słusznie. Ponad wszystko więc: nienawidzę być spóźniona.
Punktualność to cecha, którą bardzo cenię zarówno w sobie, jak i w innych ludziach. Uważam że notoryczne spóźnianie się niedobrze świadczy o człowieku. Pracowałam kiedyś dla osoby, która spóźniała się na wszystkie spotkania – oprócz jednego, jedynego! – na które się z nią umawiałam. Na pierwsze spotkanie przyjechała pół godziny po czasie. Jako człowiek pozytywnie nastawiony do ludzi myślałam wtedy, że po prostu utknęła w korku, nie mogła znaleźć miejsca spotkania albo po drodze wydarzyło się coś ważnego, co ją zatrzymało. Za trzecim razem wiedziałam już, że mam po prostu do czynienia z takim typem człowieka. Naszą współpracę zakończyłam bardzo szybko, choć z perspektywy czasu uważam, że i tak za późno.
Proszę mnie nie zrozumieć źle. Każdemu czasem zdarzy się spóźnić. Nie wpisuję na czarną listę nazwisk osób, które nie przychodzą na miejsce na czas. Jestem jednak przekonana o tym, że na punktualność składa się co najmniej kilka cech, z których każda jest arcyważna: między innymi dobra organizacja czasu, odpowiedzialność, słowność i szacunek do innych ludzi.
Bycie obsesyjnie punktualnym ma swoje wady i zalety. Oczywistym plusem takiej cechy jest fakt, że rzeczywiście bardzo rzadko się gdzieś spóźniam, a jeśli taka sytuacja nastąpi, nie wynika to z mojej złej woli. Jeśli jestem zapisana na egzamin na godzinę 10:00, zazwyczaj jestem pod salą już o 9:35 – kilka razy dzięki temu udało mi się nie tylko uniknąć udzielającej się, nerwowej atmosfery przed egzaminem ustnym, lecz  także wejść do sali jako pierwsza, na długo przed oficjalnie wyznaczoną dla mnie godziną. Jeśli zaczynałam zajęcia na uczelni o 8:00, dwadzieścia minut wcześniej już siedziałam przy biurku w sali i popijałam herbatę z wydziałowego automatu.
Bywa to też zabawne, choć raczej dla obserwatorów niż dla mnie samej. Miałam taki czas, kiedy przed zajęciami na uczelni zaczynającymi się o 9:40 miałam do zrobienia 15-kilometrowy trening biegowy, a oprócz tego musiałam wyjść z psem, wziąć prysznic, zjeść śniadanie i wypić ciepłą herbatę (oraz zrobić sto innych rzeczy). Zawsze w takich sytuacjach mam wszystko wyliczone co do minuty, bo tylko trzymanie się wyznaczonego planu lub wyprzedzanie go daje spokój mojej duszy. Jesienią i zimą, kiedy wychodzenie na trening o szóstej rano wiązało się z bieganiem w ciemnościach, potrafiłam budzić się o drugiej lub trzeciej w nocy z silnym przekonaniem, że oto właśnie zbliża się godzina mojego wyjścia z domu. Za każdym razem byłam tak samo zaskoczona, kiedy okazywało się, że mogę jeszcze kilka godzin spać.
Mam fobię niedzwoniącego budzika. Ewentualnie budzika, który zdoła mnie obudzić, ale nie przekonać. Czasami bywałam skrajnie niewyspana i wtedy rzeczywiście potrafiłam wyłączyć budzik nie wyrywając się ze snu. Nawet wtedy niezwykle rzadko zdarzało mi się poważnie zaspać – właściwie takie sytuacje mogę policzyć na palcach jednej ręki. Mimo wszystko jednak obudzenie się o godzinie, która w pełni satysfakcjonowałaby przeciętnego człowieka, potrzebującego na zebranie się przeciętnej ilości czasu, jest dla mnie sytuacją przerażającą. Uwielbiam mieć czas. Muszę mieć duży margines czasu, żeby czuć się z tym komfortowo. Jeśli mam zrobić trening, na który realnie potrzebuję godziny, zakładam, że będzie on trwał godzinę i dwadzieścia minut. Bo przecież mogę się zgubić, zatrzymać, może czegoś nie doszacowałam. I tak zrobię wszystko, żeby się nie zgubić i nie zatrzymać, bo podświadomie wiem, że chcę się zmieścić w godzinie. A potem okazuje się, że mam tyle czasu do wyjścia, że daję radę na przykład poodkurzać mieszkanie.
Ostatnio miałam zabawną, jakże znamienną sytuację. Trenerzy zarządzili, że w czwartkowy poranek wyjątkowo mam nie robić żadnego treningu. Miałam więc dużo czasu do zagospodarowania przed wyjściem do pracy. Poszłam na długi spacer z psami i stwierdziłam, że to doskonały dzień, żeby podjechać na uczelnię i do biblioteki po nieszczęsne pieczątki na karcie obiegowej (dlaczego nieszczęsne? Bo dwie z trzech pieczątek zaświadczających o niezaleganiu z książkami musimy zebrać z bibliotek, w których nie można wypożyczać książek. True story). Wróciłam do domu ze zwierzakami i zobaczyłam, że wedle moich wyliczeń mam jeszcze do dyspozycji dłuższą chwilę przed ponownym wyjściem. Postanowiłam więc wyskoczyć do sklepu po szybkie codzienne zakupy. Zrobiłam więc zakupy, rozpakowałam je, usiadłam na chwilę do komputera, aż tu nagle.. O Boże, jest za pięć dziewiąta. Chyba mój plan właśnie legł w gruzach. Nie zdążę przecież pojechać na Krakowskie Przedmieście, obskoczyć dwóch bibliotek wydziałowych, zjechać do BUWu, wziąć stamtąd pieczątki i zdążyć na 11 na Ursynów! Ta myśl zaprzątała mi połowę umysłu, a druga połowa nalegała, żeby jednak spróbować to zrobić, bo okazja na to nie przytrafi się już długo, a czas na rozliczenie się ze studiami nagli. Stojąc w drzwiach ubrana z plecakiem na plecach, jedną ręką w panice rozpisywałam sobie poszczególne godziny „podróży”, chcąc się przekonać, czy mam szansę zdążyć, drugą pisałam SMS-a do kolegi z pracy, żeby zawiadomić go, że prawdopodobnie się spóźnię (do tej pory ani razu nie zdarzyło mi się być na miejscu nie-pierwsza, więc musiałam go zapewnić, że jeśli nie będzie mnie pięć po, to nie musi od razu dzwonić na policję). Ostatecznie wiadomości nie wysłałam, ale tylko dlatego, że zajęłoby mi to za dużo czasu.
Pedałowałam na uczelnię jak wściekła, aż pożałowałam, że założyłam na siebie tyle warstw odzieży i ciepłe zimowe buty. Przez trzy piętra wydziału gnałam jak rakieta, stwierdzając z satysfakcją, że jak na razie mam niezły czas. Zebranie trzeciej pieczątki z pobliskiego BUWu również okazało się pestką. Miałam duży zapas czasu, co nie oznaczało jednak, że przestałam się spieszyć. Niestety, jak głosi przysłowie, gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy, i ze mnie rzeczywiście miał okazję uśmiać się po pachy. Zamiast pojechać prostą i sprawdzoną drogą, bez zbędnych komplikacji, ubzurałam sobie, że z Powiśla na Ursynów szybciej dojadę robiąc dziwne serpentyny po pobliskich dzielnicach. Gdybym miała ślad GPS, moglibyście się ze mnie pośmiać, ale możecie tylko uwierzyć mi na słowo, że nadłożyłam dobre parę kilometrów.
I cóż – do pracy dojechałam na 10:40. Przed zabraniem się do roboty zdążyłam spokojnie wziąć prysznic, przebrać się, zrobić sobie herbatę i sprawdzić w Internecie co słychać na świecie.
Typowe.

Dodaj komentarz