…czyli kontynuacja wpisu o borderach
Wczoraj moje słodkie zwierzęta założyły sobie fanpage. No dobra, trochę im w tym pomogłam. Moja „cywilna” Facebookowa tablica wciąż była zawalana psimi fotkami i wpisami na temat psów, co sporą część znajomych mogło nieco nużyć. Przez wzgląd na to często wstrzymywałam się z publikowaniem opowieści i ciekawostek związanych z borderami. Teraz mają swój wirtualny kącik, który będzie traktowany ze sporym przymrużeniem oka, więc mam nadzieję, że spodoba się nie tylko zagorzałym wielbicielom psów.
Przy okazji publikowania linku do wpisu sprzed dwóch lat zauważyłam że – zaiste – choć aktualny, jest już trochę podstarzały. Rastka skończyła już osiem lat, Smok mieszka z nami już dwa i pół roku, więc najwyższa pora, żeby uzupełnić listę spostrzeżeń na poruszony już temat: jak bardzo różni się border collie odmiany użytkowej od wystawowego? Tym razem mogę nawet wypunktować niektóre kwestie i przytoczyć konkretne sytuacje z życia.
Przypomnę lub poinformuję tych którzy nie wiedzą – Rasta (Never Never Land Light My Fire) to 8-letnia borderka o rodowodzie czysto wystawowym, mająca wśród swoich przodków licznych multi- i interchampionów. Smok (Mawlch Woolie) to niespełna 3-letni „użytek” z linii typowo pracujących psów. Jego ojciec pasie krowy, jego mamuśka jest niezłym agilitowym wymiataczem.
Eksterierowo różnią się diametralnie. Nie zawsze przypadkowo spotkani ludzie rozpoznają w nich tę samą rasę (OK, umówmy się – rzadko w ogóle rozpoznają w ich jakąkolwiek rasę):
Jak wygląda sprawa różnic charakteru?
U Rasty od maleńkości rzucała się w oczy jej niezależność. W czasach gdy wychowywałam swojego pierwszego szczeniaka miałam bliski kontakt z dwiema hodowczyniami psów – Magdą Michalską i Mirą Marciniak. Panie nie znały się nawzajem, a już przy pierwszych spotkaniach z Rastą powiedziały mi dokładnie to samo: „Będziesz z niej miała pociechę, to bardzo mądry pies, ale też bardzo niezależny”. Trafiły z tym w dziesiątkę. Czasem Rasta doprowadzała mnie do białej gorączki lub do stanu przedzawałowego. Jeśli coś sobie postanowi, nic jej przed tym nie zatrzyma, choćby nie wiem jak bardzo było dalekie od tego, czego ja od niej oczekuję. Często działa na własną rękę, a raczej łapę, nie poszukuje we mnie wsparcia. Jeśli bywało za młodu, że coś ją przestraszyło, uciekała przed siebie albo do domu – Smok zawsze, od pierwszych wspólnych godzin (!) kierował się do mnie. Rasta nie widzi problemu żeby podczas pobytu na wsi oddalić się od domu i „zwiedzać”, Smok trzyma się zawsze blisko mnie.
Jeśli Rasta wie, że nie pochwalam czegoś co robi.. to wie. Ale robi. Jest mentalnym betonem. Krzyczenie na nią nie powoduje, że okazuje skruchę albo zmienia swoje zachowanie. Nacisk fizyczny nie robi na niej żadnego wrażenia. To ciekawy kontrast, bo każde przypadkowe naruszenie jej cielesności (np. przypadkowe nadepnięcie) odbiera jako bardzo przykre.
Niektóre beznadziejne zachowania jakie prezentowała od małego, a które próbowałam z niej wyplenić różnymi sposobami, prezentuje niestety nadal. Mowa o zżeraniu ohydztw i tarzaniu się w nich. Próbowałam prośbą i groźbą, nagródkami, smakołyczkami – nic z tego. Gen gównożercy jest silniejszy.
Smok jest pod tym względem absolutnie inny. Zasadniczo jego w ogóle nie trzeba strofować, bo to grzeczny chłopczyk. Jeśli już zdarzy mu się wykazać rażącą niesubordynację, zasługującą na upomnienie groźnym „Jak ty się zachowujesz” albo „Co ty zrobiłeś”, ma minę świadczącą o tym, że gdyby mógł, to rozpłakałby się rzewnymi łzami, żałuje swojego haniebnego czynu i zaraz pójdzie do spowiedzi, tylko żebym już mu wybaczyła. Na wyżej wspomniane ohydztwa, w których lubuje się Rasta, patrzy z obrzydzeniem. Kilka razy próbował coś zeżreć na dworze, jednak po pojedynczym „FEEE” oddala się od tego z miną typu „Najmocniej przepraszam, nie wiem co mi przyszło do głowy”.
Nieco inaczej przedstawia się sytuacja jeśli chodzi o wygaszanie podczas pracy. O ile w codziennych sytuacjach strofowanie Rasty nie robi na niej wrażenia, tak podczas „roboty” każdorazowe danie jej do zrozumienia, że nie udaje jej się zrobić czegoś tak jak oczekiwałam powoduje, że pies mentalnie „odpływa”. Nie ma w jej szkoleniu słowa „nie” w znaczeniu „kombinuj dalej” albo „robisz to źle”. Powiem więcej – każda zła emocja szybko znajduje odzwierciedlenie w jej pracy, a w skrajnych przypadkach powoduje jej całkowite wyłączenie się i oddanie absurdalnym zachowaniom, takim jak chodzenie i wąchanie kwiatków. Oczywiście takie sytuacje od wielu lat nie mają miejsca, bo szybko nauczyłam się obsługi Rasty, niemniej na początku naszej wspólnej przygody zdarzały się nam sytuacje tego typu, że pies nagle przestawał słuchać i oddalał się „pochodzić”.
Jeśli chodzi o Smoka, znowu muszę zacząć tą samą śpiewką: jego nie ma za co strofować. Jest jednak jeden wyjątek – szczekanie. Czasem mam wrażenie, że on nie słyszy komend, bo zagłusza je swoim darciem japy. Nie zawsze mam cierpliwość do tego, żeby bawić się z nim w dostawianie do nogi albo zmiany pozycji, bo to szczekanie mnie po prostu osłabia i kończy się tym, że bawimy się w aportowanie piłki i idziemy do domu. Niestety albo stety, nacisk psychiczny podczas pracy na niego nie działa (a to podobno rzadkość u borderów). Mogę drzeć się na niego głośno, jak tylko zaczyna szczekać, ale on się tylko szerzej uśmiecha i nadal ryczy wniebogłosy.
W porównaniu do Rasty, Smok jest niezwykle karny i odwoływalny. Warto zaznaczyć, że zasadniczo obydwa psy uczyłam przychodzenia na wołanie w ten sam sposób, z tą tylko różnicą, że na naukę w przypadku Rasty poświęciłam dużo więcej czasu (i nerwów), bo u Smoka nie było potrzeby się nad tym aż tak pochylać. Na obecną chwilę kwestia ta wygląda tak, że jeśli wołam psy, to Smok przybiegnie do mnie w dziewięciu na dziesięć przypadków, Rasta najpierw się zastanowi, zanim podejmie ostateczną decyzję, czy warto się do mnie fatygować.
Jeśli chodzi o socjalizację z ludźmi, bordery są absolutnie różne. Rasta od małego uwielbia wszystkich ludzi, zwłaszcza obcych. W windzie molestuje każdego, patrząc na niego maślanymi oczami, a jeśli ten ktoś ją pogłaszcze, nie da mu już spokoju. Gdy jeździłam z nią pociągiem na trasie Warszawa-Gdańsk, potrafiła przez sześć godzin podawać ludziom łapy. Jest totalnie milutka i słodziutka, do tego wygląda jak piesek z obrazka, co rozbraja większość napotkanych osób. Uwielbia nawet weterynarza, choć nie wszystkie zabiegi wykonywane w gabinecie lekarza należały u niej do sympatycznych (np. wyrywanie pazura „na żywca”). Smokowi weterynarz nigdy nie zrobił nic złego, jednak on z kolei zachowuje się tak, że jest mi zwyczajnie wstyd. Ostatnio miał pobieraną krew – najpierw próbował uciekać we wszystkie strony jednocześnie, a gdy pani doktor dotknęła jego łapy igłą „zwiotczał” i wisiał bezwładny z odwróconą głową („nie patrzę, nie patrzę, zemdlałem”), całym ciężarem będąc zwalonym na podtrzymujące go mnie i panią weterynarz.
Smok po przyjeździe do Polski zachowywał się jak dziki pies dingo wyciągnięty z puszczy. Jeśli ktoś chciał go pogłaskać, jednocześnie dostawał zawału, szukał drogi ucieczki i obmyślał jak unicestwić przeciwnika. Sytuacja wyglądała dość dramatycznie i pewnie bym się tym przejmowała trochę bardziej gdyby nie fakt, że po zaproponowaniu mu pracy (piłka albo smakołyki) zapominał o wszystkich strachach, więc stwierdziłam że będą z niego ludzie. Teraz, po ponad dwóch latach życia w mieście jest znacznie bardziej oswojonym psem dingo, ale do obcych jest bardzo nieufny. Przeszkadza mu, jeśli nachyla się nad nim mężczyzna i mówi do niego „powarkującym” głosem. Jeśli podczas spaceru ktoś gwałtownie się odwraca i idzie na niego, przybiera pozę gotową do starcia. Nie wygląda przy tym tak słodko jak Rasta. Zdarzało mu się warczeć na ludzi, którzy próbowali wymusić na nim kontakt (np. wyciągając do niego ręce w ciasnej windzie i usiłując go głaskać po głowie). Bardzo nie lubię takich sytuacji, bo nigdy nie jestem pewna, kiedy poczuje się na tyle zagrożony, żeby faktycznie kogoś capnąć. Nie jest to amstaff i nawet gdyby coś takiego się zdarzyło, byłoby to ostrzegawcze kłapnięcie zębami, a nie zmasowany atak, ale i tak nie wyobrażam sobie, żeby moje psy mogły dopuszczać do siebie możliwość gryzienia ludzi.
Kiedy odwiedzają nas goście, Smok na początku jest wyraźnie zestresowany, jednak dość szybko oswaja się z nowym człowiekiem i chętnie się do niego przytula. Rasta od początku akceptuje gościa.
Jeśli już jesteśmy w temacie ludzi, przejdźmy do tematu dzieci. Właściwie jedyne dziecko z jakim bordery miewają kontakt to 3-letni syn siostry Wojtka. Rasta jest jego przytulanką i nie przeszkadza jej nic, łącznie z łapaniem jej za ogon albo ucho. Smok za każdym razem jest nieco przerażony obecnością Szymka i jeśli może, unika kontaktu, jednak zdarza mu się pozazdrościć innym psom bycia przytulanymi i też podchodzi nieśmiało po głaski. Jeśli Szymon jest za bardzo natarczywy, Smok staje się kamieniem i przeczekuje sytuację. Gdybym jednak miała wybierać, którego bordera zostawię z dzieckiem bez mojej kontroli, zdecydowanie byłaby to Rasta.
Zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja z socjalizacją wśród psów. Rasta co prawda notorycznie zakochuje się w kudłatych psach, zwłaszcza nieco większych od niej, ale zdecydowanej większości psów po prostu nie lubi. Do pewnego czasu zdecydowanie preferowała unikanie spotkań, teraz myśli chyba że jest przewodniczką borderowego stada i drze twarz, ilekroć mijamy się z obcymi psami. Zdarzało jej się inicjować walki psów, bez znaczenia jakiej płci był przeciwnik.
Smok jest psem zaczepno-obronnym, to znaczy on zaczepia, a potem mam go bronić. Zawsze zbliża się do psa w taki sposób, jakby gotował się do decydującego starcia dwóch brytanów. Opuszczona głowa, irokez wyższy od reszty psa, skupienie 10/10. Jeśli już spotka się z tym psem, zamienia się w jego najlepszego kumpla, z którym chętnie się pogania. Nigdy nie zdarzyło mu się pokazać zębów jakiemuś psu. Czasem robi dziwne rzeczy, na przykład biegnie pędem w stronę psa, zatrzymuje się dziesięć metrów od niego, po czym wraca jeszcze szybciej i zaczyna szarpać zębami smycz na wyraz „och, jaki jestem wściekły, weź mnie trzymaj, bo mu zaraz pokażę”.
Ciekawą kwestią jest też codzienne życie „bezpracowe”. Oba bordery są na każde moje zawołanie, niezależnie od pory dnia i nocy. Zawsze dają z siebie wszystko. Na tym jednak lista podobieństw się kończy. Smok ma wyłącznik ON/OFF, który może uruchamiać niezliczenie wiele razy w ciągu dnia i nocy. Jeśli idę na trening z dwoma psami i robię coś z Rastą, Smok obserwuje z błyskiem zazdrości w oku, ale leży spokojnie i nie ma z tym problemu. Rasta zabierana na plac treningowy na pięć albo osiem godzin potrafiła drzeć się przez pięć albo osiem godzin, gdy tylko akurat z nią nie pracowałam. W związku z nieumiejętnością odpoczywania i wiecznym „zajaraniem” trenowanie z nią było bardzo uciążliwe i na dłuższą metę meczące zarówno dla mnie, jak i dla niej. Przeładowanie emocjami skutkowało dziwnymi zachowaniami w jej wykonaniu – wyładowywała złość na innych psach, goniła pociągi przejeżdżające za ogrodzeniem, gryzła ziemię itp. Smokowi zdarzało się szczekać, gdy słyszał wyjątkowo emocjonujące dźwięki dochodzące z toru agility, ale nigdy nie wypalał się żadnymi dziwnymi akcjami.
Jeśli miałabym przedstawić wykres zależności jakości prezentowanej przez psa pracy od czasu treningu, Smok miałby skok od 0 do 100% w sekundę i dalej ciągłą, zupełnie prostą linię. Zawsze przez cały czas trwania treningu zachowuje bardzo równe skupienie, prędkość i jakość pracy. Rasty nakręcenie nigdy nie spada do zera, przez co nigdy też nie wzrasta do stu procent. Na początku treningu zawsze była bardzo, niezdrowo wręcz nabuzowana, a wraz z upływem czasu jakość jej pracy w wyraźny sposób się pogarszała.
Jeśli chodzi o warunki fizyczne do pracy, Smok wygrywa w przedbiegach. Jest szybszy, zwinniejszy, bardziej skoczny, dynamiczniejszy. Zaznaczę jednak, że z Rastą nie jest aż tak łatwo wygrać w tej konkurencji, bo jest bardzo zwrotna i niezwykle „elastyczna” – czasem mam wrażenie że jest z gumy. Jeśli jednak chodzi o świadomość ciała i jego wykorzystanie – nie ma szans.
Smok jest psem jednego pana, a raczej pani. No, właściwie dwojga ludzi, bo czasem mam wrażenie, że oddał duszę Wojtkowi (zwłaszcza kiedy ten rzuca mu frisbee – ja nie istnieję, co tam ja). Często mówię o nim per „syneczek” i to wcale nie dlatego, że mam 24 lata, a ludzie w tym wieku miewają  już dzieci i mam jakieś niespełnione instynkty macierzyńskie (o nie, bynajmniej. Ewentualne dzieci w swoim życiu wyobrażam sobie za jakieś 8 lat. Co najmniej). On po prostu jest syneczkiem. W swoich zachowaniach jest bardzo ludzki, czego nigdy nie widywałam u innych psów. Przychodzi się przytulać, kładzie łapy na ramionach i wtula głowę w człowieka. Nie „całuje” jęzorem, jak większość psów, tylko delikatnie uderza nosem. Zasypiając na kanapie, kładzie głowę na poduszce. Nie bez powodu jest jedynym psem w domu, który ma pozwolenie na spanie w łóżku.
W porównaniu z nim Rasta jest „tylko” moją dobrą koleżanką. Nie lubi kontaktu fizycznego, nie przepada za głaskaniem, a przytulanie to dla niej kara. Myślę że uważa, że sama zadba o siebie najlepiej – w tym aspekcie jest trochę jak kot. Rasta nigdy nie była o mnie zazdrosna, czego nie można powiedzieć o Smoku. Kiedyś się tak nie zachowywał, jednak przez ostatnie pół roku lub rok zdecydowanie zdarza mu się pokazywać innym psom, że ja lub Wojtek jesteśmy jego i tylko jego. Prawdopodobnie nie pozwałałby sobie na coś takiego, gdyby nie fakt, że kiedy Es i Smok powarkują tak na siebie w domu, próbując wymuszać na nas kolejność głaskania, jest to tak śmieszne i rozbrajające, że nie jesteśmy w stanie ich za to strofować.. No cóż, przecież nikt nie powiedział, że jesteśmy idealnymi właścicielami.
Ostatni punkt, dość istotny w życiu z borderami: dziwne fazy. Rasta mogłaby mieć na drugie imię Faza. Nienawidzi odkurzacza i rzuca się na niego z wściekłością. To samo dzieje się w przypadku taśmy klejącej, która wydaje charakterystyczny dźwięk podczas rozwijania. Dalej – dźwięk dezodorantu (również imitowany za pomocą paszczy) bywał moim awaryjnym przywołaniem, bo Rasta wtedy traci mózg i biegnie, żeby ugryźć dezodorant. W ogóle jest wrażliwa na dźwięki – strzałów zaczęła bać się około trzeciego roku życia; wcześniej nie zwracała uwagi nawet na petardy wybuchające kilka metrów od niej. Takich faz jest dużo, a kiedyś było jeszcze więcej. Gdy mieszkałam w Gdańsku, na dźwięk otwieranego balkonu potrafiła zerwać się z głębokiego snu i biec przez całe mieszkanie, rozbijając się po drodze o różne przedmioty – tylko po to, żeby po prostu wejść na balkon. Odkąd mieszkam w Warszawie z Wojtkiem wiele jej faz się uspokoiło lub choć trochę wygasiło, w dużej mierze dlatego, że Rasta czuje duży respekt przed Wojtkiem i wie, że w jego obecności nie można sobie pozwalać na zbyt wiele. Jednakże.. na każdym, absolutnie na każdym spacerze z Wojtkiem Rasta zachowuje się najgorzej na świecie, ponieważ za wszelką cenę chce, aby Wojtek kazał jej zrobić kółko. A jeśli jej każe, robi ich dwieście, jedno po drugim. Jest to w gruncie rzeczy dość zabawne, tylko bolesny jest fakt, że ona wtedy naprawdę nie widzi poza tym zadaniem świata.
Smok nie wykazuje żadnych irracjonalnych zachowań tego typu. Ma jeden dziwny strach: plastikowy worek na śmieci. Nie wiem dlaczego się go obawia, ale wyraźnie go nie lubi od samego początku bycia u nas. Nie ma jednak mowy o „atakowaniu wroga” i żadnych innych próbach konfrontacji. W takich sytuacjach Smoczuś jest nieśmiały i po prostu się wycofuje w bezpieczne miejsce. Jakiś czas temu zaczął wyraźnie chować się przed odkurzaczem, ale jest to uzasadnione tym, że.. ostatnio Rasta tak gryzła rurę odkurzacza, że.. wciągnęła sobie weń język (!), co – jak można się domyślać – nieźle ją przeraziło. Od tej pory Smok myśli, że odkurzacze biją pieski. W ogóle jest bardzo wrażliwy na przemoc. Jeśli ktoś krzyczy na kogoś w jego pobliżu, odbiera to absolutnie osobiście i woli się usunąć na pewną odległość.
Na tę chwilę chyba wystarczy tych podobieństw i różnic, choć chętnie rozpiszę się jeszcze nieraz na ten temat. Na sam koniec napiszę jeszcze raz to samo, co pisałam w poprzednim wpisie – fajnie jest mieć dwa uzupełniające się charakterami zwierzaki.

Dodaj komentarz