Powinnam mieć ksywkę Eliminator. Autoeliminator. W tym roku udało mi się wyeliminować ze startu w zawodach m.in. przez ufundowanie sobie morderczego biegania w kolcach kilka dni przed triathlonem. Robiłam co mogłam, żeby przywrócić łydki do stanu używalności, ale bez pożądanego rezultatu – ledwo chodziłam. Z zawodów, które miały być najważniejszym punktem sezonu też musiałam zrezygnować, gdyż był to akurat ten czas, kiedy nawet maszerując dusiłam się od kolki. Warto w tym miejscu wspomnieć, że wszystkie triathlony, w których w tym sezonie startowałam, na dobrą sprawę kończyły się dla mnie w strefie zmian T2, lub w najlepszym wypadku po 2 kilometrach biegu, bo potem kolka pozwalała mi tylko dopełznąć do mety w żałosnym tempie.
W środę w nocy przyjechaliśmy do Katowic. Oprócz odwiedzin u Wojtkowej rodziny głównym celem wyjazdu był mój dwukrotny start w zawodach triathlonowych: Mistrzostwach Polski w Crosstriathlonie w Krakowie-Tyńcu i sprint w Katowicach. Jeśli nic dziwnego się nie stanie, w sprincie wystartuję z miłą chęcią. Crosstriathlon.. no cóż – po ptakach.
W piątkowe popołudnie przyjechaliśmy do Krakowa (jadąc tam dwa razy dłużej niż teoretycznie powinniśmy – korki do bramek na autostradzie..) na oficjalny objazd trasy rowerowej. Na początku przejazdu byłam przerażona, bo przez trzy strome podjazdy mogłam co najwyżej pchać rower do góry (na pocieszenie – jak prawie wszyscy). Wydolnościowo radziłam sobie bardzo dobrze, ale technicznie jestem w dalszym ciągu lebiodą – za każdym razem w którymś momencie musiałam zsiadać z roweru. Dalsza część trasy była równie ciekawa i urozmaicona, do tego otoczona pięknym krajobrazem. Gdybym miała jechać tę trasę sama, nie miałabym co do niej żadnych wątpliwości. Problem polegał na tym, że perspektywa ścigania się w tłumie ludzi, a zwłaszcza bycia wyprzedzaną przez rozpędzonych facetów, którzy wyjdą z wody później niż ja, była krótko mówiąc niezachęcająca. Singletracki między drzewami, śliskie zjazdy i wyrastające spod ziemi kamienie i korzenie – w samotności to pestka, w grupie ludzi już nie. Nigdy nie brałam udziału w zawodach mtb, 85% czasu na rowerze spędzam na szosówce, a więc ogólne wrażenie było niezbyt dobre. Do tamtego momentu nie miałam jednak ochoty rezygnować z tego powodu z zawodów. Po zakończonym objeździe trasy zobaczyliśmy, że większość osób zostawia rowery przy budowanej strefie zmian i udaje się biegiem w kierunku restauracji. Zanim zdążyłam się zorientować, że wybierają się na rekonesans pętli biegowej, dawno zniknęli z pola widzenia – a ja wciąż siedziałam na rowerze. Nie pozostało mi nic innego jak pędem udać się do samochodu, zostawić rower, zmienić buty i pomknąć w ich kierunku, z nadzieją że ich jeszcze dogonię. Na szczęście na początku trasy nie sposób byłoby się zgubić. Zobaczyłam wysokie drewniane schody, a za nimi błotnisty stromy podbieg, i pomyślałam sobie: szybkiego biegania tu nie będzie, ale dla mnie to nawet lepiej. Jeszcze przez chwilę miałam o tej trasie dobre zdanie, lecz szybko runęło ono w gruzach, kiedy przywitałam się z podłożem wyściełającym pozostałą część pętli biegowej. Pod wysoką, ubitą trawą kryło się pełno mniejszych i większych dziur, które przy każdym kroku wykręcały mi kostki w różne strony. Lewej nodze to nie przeszkadzało, jednak prawą już od jakiegoś czasu mam lekko kontuzjowaną – boli mnie ścięgno/mięsień, który najdotkliwiej czuję podczas podciągania spd – i jej przeszkadzało to znacznie. Wróciłam do samochodu, mając czarne myśli, bo kostka nie miała się dobrze. Nie miałam jednak czasu rozmyślać na ten temat zbyt wiele, bo z powrotem wsiedliśmy na rowery i postanowiliśmy jeszcze raz objechać trasę.
Morał z drugiego objazdu jest następujący: nie czujesz się pewnie na trasie w lesie? Pojedź na nią gdy będzie ciemno! Tak się złożyło, że końcówka sierpnia czerwcem już nie jest i po 20. jest już rzeczywiście ciemno, zwłaszcza w lesie. Trochę utrudniało mi to pewne poruszanie się po trasie, choć – paradoksalnie – nie naruszyło sprawności jazdy po niej. Czego nie widać, tego nie ma.
Kończąc drugą pętlę miałam tylko jedno marzenie: żeby znaleźć oświetlenie do roweru i móc pojechać tę trasę jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze – aż poczuję się na niej superdobrze i nie będę miała żadnych wątpliwości. Jednak rzeczywistość bywa okrutna i na drugim okrążeniu przyszło nam zakończyć eskapadę.
Miałam obawy, głównie do trasy biegowej. Wojtek też miał, ale bardziej do roweru. Przedstawił mi wizje prawdopodobnych wypadków na trasie z moim udziałem i stwierdził, że lepiej by było odpuścić start w tym roku.
Długo jeszcze nad tym rozmyślałam. Wróciliśmy do domu późno wieczorem, ale pierwsze co zrobiłam następnego poranka to wielkie poszukiwania biegu ulicznego, w którym mogłabym – fakultatywnie – wystartować w niedzielę. Całe przedpołudnie spędziłam na researchu. Wreszcie znalazłam interesujący bieg na 5 km w Świerklańcu. Organizatorem okazał się wirtualny znajomy z forum biegowego (pozdrawiam!) i udało mi się wcisnąć na wypełnioną już listę startową. No dobrze, więc miałam dość satysfakcjonującą alternatywę – przecież w zawodach typowo biegowych nie brałam udziału od lat. Moja forma obiektywnie nadal jest kiepska, ale najlepsza od – aż się dziwię, gdy to mówię – od dwóch lat. Całkiem nieźle mi się biega, o ile oczywiście akurat nie mam kolki, bo wtedy nie biega mi się w ogóle.
Żeby całkowicie nie zwariować od tego siedzenia przy kompie, wybraliśmy się na niezobowiązującą przejażdżkę rowerową na mtb, chcąc przy okazji poćwiczyć kilka elementów technicznych na górkach (a nuż się przydadzą, przecież jeszcze nie zrezygnowałam z Mistrzostw Polski). Nie zdążyliśmy nawet dojechać do rzeczonych górek, a już wyeliminowałam się nie tylko z crosstriathlonu, lecz także z niedzielnego biegu.
Wstyd się w ogóle przyznawać, ale doszło do tego na prostej drodze w parku miejskim. Tak. Jechałam sobie spokojnie po asfaltowej drodze, a że był weekend, w parku było sporo spacerowiczów. Chcąc wyminąć rodzinkę, spokojnie przechadzającą się po ścieżce, zjechałam na bok na trawnik. Wyprzedziłam, wracam na ścieżkę.. JEEEEBS! Jak na profesjonalistę i zawodnika godnego Mistrzostw Polski przystało, zaatakowałam krawężnik bokiem – więc zamiast go pokonać, zatrzymałam sobie na nim koło. Nie do wiary. Gdyby to się stało jedno przekraczanie krawężnika wcześniej, to nic wielkiego by się nie stało, bo wywaliłabym się na trawnik. Niestety rymsnęłam na beton i razem z rowerem pojechałam sobie po nim kawałek, zdzierając sobie spody dłoni, lewy łokieć, biodro, kolano i kostkę oraz obijając sobie prawe kolano o ramę. Tylko wstałam i już wiedziałam, że prawdopodobnie mam po zawodach, a utwierdził mnie w tym przekonaniu krótki popołudniowy spacer z psami, niezwykle rozpaczliwy w moim wykonaniu. Resztę dnia siedziałam więc ze spuchniętą nogą uniesioną do góry, z okładem lodowym na kolanie i modliłam się, żeby ten cały ambaras okazał się tylko mocnym stłuczeniem.
A więc: przez prawie dobę ciężko rozmyślałam nad tym, czy moje techniczne umiejętności są już wystarczające na MP w Crosstriathlonie, aż tu nagle życie wysłało mi jednoznaczną podpowiedź. Przeorane kolano jest niczym w porównaniu z przeoranym ego, no bo na miłość boską, jak można zrobić coś tak kretyńskiego? Mimo wszystko jednak, kierując się dewizą „always look on the bright side of life” próbuję wytłumaczyć sobie, że pewnie tak miało być. Może faktycznie rzeczywistość szykowała na mnie jakiś zmasowany atak i głupie wyrąbanie się tylko mnie przed tym uchroniło. A przede wszystkim podarowało mi jeszcze więcej pokory w stosunku do moich możliwości. O ile można jeszcze więcej mieć. I czy ta dokładka była mi potrzebna?

1 Comment »

Dodaj komentarz