Dzisiaj będzie mało treści, a dużo obrazków. Z dedykacją dla takich jak niewdzięcznik Wojtek, który dzisiaj rano przyznał się, że nie czyta moich wpisów, jeśli są za długie.
Wyobrażacie sobie?! I jeszcze liczył na to, że docenię jego szczerość. A figa!
Nic tylko ogłosić, że szukam chłopaka!!!
No ale nie o tym miało być..



Zawsze lubiłam robić fotki. Na początku gimnazjum kupiłam sobie „małpkę”, zwaną Sony DSC p7. Mały, prosty aparacik do robienia zdjęć z wycieczek i innych takich. Ja postanowiłam wykorzystać go jednak do zupełnie innych, wyższych celów. Oglądałam zdjęcia różnych autorów, czytałam książki o fotografii (ciekawe po co, skoro w Soniaczu nie dało się nawet ustawić przysłony, hłe hłe).. Podglądałam też, jak robi zdjęcia mój ojciec, zapalony fotograf-amator i grafik-zawodowiec w jednej osobie. Dzięki niemu dość sprawnie zapoznałam się z Photoshopem i to był ratunek dla moich twórczych zapędów.
Któregoś pięknego dnia zarejestrowałam się na portalu dla fotografów i zaczęłam wrzucać swoje zdjęcia, zrobione małpką. O dziwo zbierały całkiem niezłe opinie, choć – rzecz jasna – każdy widział ich niedoskonałości.
Bawiłam się jednak świetnie i na dobre połknęłam bakcyla! Godzinami naciskałam spust migawki, całe noce spędzałam przed komputerem, obrabiając zdjęcia.

Czasem udało mi się też pożyczyć Olympusa-c5000z od taty. Mój ojciec jest potwornym pedantem, jeśli chodzi o kwestie dbania o sprzęt. Tylko w jego samochodzie miałam chorobę lokomocyjną jeszcze jako nastolatka, bo tylko tam ciągle śmierdziało sterylną nowością. Dzielenie z nim komputera było koszmarne, bo każdy okruszek w klawiaturze pozostawiony przeze mnie był szczegółowo omawiany (i nie była to spokojna dyskusja). Nie wspomnę już o tym, że wszelkie sprzęty elektroniczne wybitnie mnie nie lubią i potrafią się popsuć jak tylko do nich podejdę. A więc, wracając do właściwego tematu, czasem pożyczałam ojcowego Olympusa, ale obchodziłam się z nim jak z jajkiem. Całkiem nieźle mi to wychodziło- kiedyś szłam polną drogą, trzymając w ręku ów aparat; wpadłam nogą w jakąś dziurę, potknęłam się, poleciałam prosto na ryj- Olympus pozostał uniesiony w górę. Wyglądało epicko.

Kilka lat później udało mi się uciułać trochę gotówki i namówić rodziciela, żeby zrzucił się ze mną na lustrzankę cyfrową. Nabyłam dzięki temu Olympusa e500. Dobrze mi się z nim pracowało, choć nigdy nie doczekałam się zakupu lepszego obiektywu niż kitowy 14-45mm.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zbieg różnych okoliczności sprawił jednak, że wraz z upływem lat coraz mniej interesowałam się fotografią. Nigdy nie potrafiłam wykorzystać możliwości lustrzanki i większość zdjęć zrobiłam na trybie Auto (ale wstyd!!!). O formacie RAW usłyszałam dopiero niedawno. Z przysłonami i czułością aparatu próbowałam się zabawiać, ale bez większych efektów. Jakoś zabrakło mi do tego serca i cierpliwości. Zawsze uwielbiałam uwieczniać na zdjęciach jakieś wyjątkowe momenty, wykazać się refleksem i złapać coś, co trwało niespełna sekundę- to mnie najbardziej kręciło w fotografii. Grzebanie w ustawieniach i rozgryzanie kolejnych funkcji aparatu było dla mnie za nudne…
Wygląda jednak na to, że ta przygoda może rozpocząć się na nowo. Potrzebuję kupić kamerę do kręcenia profesjonalnych filmów. Po co- to niebawem obwieszczę. Po chwili zastanawiania się doszliśmy z Wojtkiem do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie zakup lustrzanki z funkcją filmowania. I wpadłam jak śliwka w kompot. Już nie mogę się doczekać! Mam tylko nadzieję, że nie zacznę się tym fascynować tak, jak za starych, gimnazjalnych lat, bo zamiast kupić sobie koła czasowe, będę rozbijać skarbonkę na kolejne obiektywy..

Dodaj komentarz