Dzień rozpoczął się jak zwykle wcześnie i jak zwykle treningiem. Wszystko byłoby zwyczajnie i po bożemu, gdyby nie pewna osobliwość, która spotkała mnie nad jeziorem.

Miał być trening z zakładką, tak jak tydzień i dwa tygodnie temu: 5 km biegiem, pływanie i z powrotem. A więc dotarliśmy nad Białe – ja biegiem, Wojtek na rowerze, zaczęłam wyjmować piankę z plecaka.. aż tu nagle..

„Ty, widzisz ten samochód obok pomostu?”

Yyy, co?
„Jaki samochód, lol” pomyślałam sobie. Widziałam coś na jeziorze, ale to była zwykła łódka. Przebiegłam wzrokiem przez jezioro aż do brzegu, a tam.. Uhm, zaiste- samochód. Czerwony polonez zatopiony aż po dach w wodzie.

Dobra fura – tym razem to nie ja wykazałam się wyjątkowymi umiejętnościami

No cóż, zastanawiające. „Idę zadzwonić po policję, a ty sobie pływaj”. OK, kontynuuję więc zbieranie się do wejścia do wody. W końcu samochód mnie nie przejedzie, skoro już utonął. Ale z drugiej strony..
…hmm, płyn hamulcowy może być niesmaczny.
…hmmm, wyciek z silnika nie jest pewnie zdrowy.
…HMMMM, a jeśli w bagażniku jest trup?!



Dobra, nie pływam.
I tak z treningu zakładkowego zrobiło się samo bieganie. No trudno. Czekając na przyjazd policji (btw- nie doczekaliśmy się, chyba jechali przez Bydgoszcz) uskuteczniłam to, co i tak robiłabym po powrocie, czyli…

Zdjęcie z serii „znajdź niepasujący element”
 Niestety, epizod z popsutym jeziorem nie był jedyną awarią tego wyjścia. Po raz pierwszy w karierze zaciął mi się Garmin. Właściwie nie tylko zaciął, ale i zwariował- nie dał mi przestawić dyscypliny z pływania na bieg. Ewidentnie kazał mi pływać. Kompletnie zastrajkował i stwierdził, że skoro nie idę do wody, to on przestaje współpracować. No i przestał. Mam nadzieję, że to tylko chwilowy protest z jego strony. Tak czy inaczej, wracałam bez zegarka na nadgarstku- dziwnie tak..
Niedługo po powrocie do domu zaczęliśmy powoli ogarniać pakowanie rzeczy. Planowaliśmy wyjechać między 16 a 18, ale uwinęliśmy się tak sprawnie, że o 14 siedzieliśmy już w samochodzie. Zapakowanie auta jak zwykle było trudnym przedsięwzięciem, ale Wojtek dochodzi do wprawy i zajęło mu to mniej niż godzinę.
  
Dżajanty gotowe do drogi
„Ej, ja chciałem tu zostać!!!”
Koordynator podróży na posterunku
  Nie spałam całą drogę- przeczytałam też trochę Swim Smooth
Droga naprawdę nam dziś sprzyjała. Było pusto, ładnie i szybko. Tylko raz zatrzymaliśmy się na stacji i to był nasz jedyny postój. No dobra, jeden z dwóch, a drugi był naprawdę wybitny.
Otóż jechaliśmy sobie autostradą, wszystko jest w porządku, jedziemy sobie wesoło i nagle z ust Wojtka wypływa soczyste „OOO JA ******!!!!!”. Przeraziłam się co niemiara, przekonana, że właśnie odpadł nam z dachu rower albo zapomnieliśmy z Grzybna któregoś z psów. Zjechaliśmy na pobocze, zatrzymaliśmy się.. „ZOBACZ CO MAMY NA MASCE”. Okazało się, że Wojtek zostawił tam wszystkie cztery zaciski od kół z naszych rowerów. Każdy za ~120 zł. Nie wiemy, jakim cudem żaden z nich nie spadł przez te 100 km, zwłaszcza na wyboistym zjeździe przez wąwóz w Grzybnie..
Reszta podróży upłynęła bez dziwnych niespodzianek. Dzięki siostrze Wojtka (która niestety posłużyła nam niejako za królika doświadczalnego i wpadła w korek, który my mogliśmy sprytnie ominąć) wiedzieliśmy, jak nie należy jechać. Odbiliśmy z autostrady na Toruń i gładko dojechaliśmy do Warszawy przed 19. Potem tylko półtorej godziny wnoszenia gratów do domu, zakupy w kerfim, rozpakowanie rzeczy z walizek, kąpiel i.. można już cieszyć się szybkim Internetem.
Pora obejrzeć całego Pudelka, Demotywatory, nadrobić zaległości na Kwejku!!!

No to witaj Warszawo. Mimo wszystko miło cię widzieć, najdroższa!

Dodaj komentarz