Dziesięć dni temu narzekałam, że już tyle czasu jesteśmy w Grzybnie, a dzisiaj już mamy za sobą dwie trzecie pobytu. Czarna rozpacz mnie ogarnia, jakże by inaczej, ale staram się po prostu dobrze korzystać z każdego dnia spędzonego tutaj. Kiedy zostaną nam trzy dni do wyjazdu, zacznę obmyślać chytry plan, jak zatrzasnąć bramę wyjazdową na amen, żebyśmy musieli tu zostać.



Wygląda na to, że średnio raz w tygodniu mamy do przejścia jakąś dziwną przygodę związaną z mieszkaniem tutaj. Trochę jak w Jumanji. Najpierw autowłamanie do serwerowni, później gitarowy straszak, wczoraj zaś mieliśmy okazję pobawić się w polowanie.
A było to tak:
Leżeliśmy sobie wieczorem w łóżku, każde ze swoim laptopem (jakie to romantyczne, nieprawdaż?), psy spały, tylko Rasta kręciła się po pokoju i czegoś szukała. Kątem oka zauważyłam, że wytropiła coś pod szafą i ‚wystawiła’ to stójką godną pracującego wyżła (nie uświadamiam jej, że jest owczarkiem- skoro odnalazła swoją tożsamość gdzie indziej, no to trudno.. ;-)). W ten sam sposób ‚zastrasza’ żaby, które odnajdzie w ogródku, więc już zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. Chwilę później przeniosła się do kaloryfera i z tym samym zaangażowaniem przyglądała się czemuś, co siedziało między barierkami. Jako że już kilka razy słyszałam, że w ciągu dnia coś chrobocze w szafie w charakterystyczny sposób, nie musiałam się długo domyślać…
Wojtek akurat wyłaził spod kołdry, więc wykorzystałam go do tropienia: „Ej Wojtek, zobacz czy tam nie ma myszy”. Poszedł, zajrzał między szczeble kaloryfera.. „No mysz! Szara mysz!”. Dołączyłam więc do obławy. Co do istoty myszy Wojtek się nie pomylił, gryzoń był jednak brązowy. I potwornie przerażony. A do tego przypominał moją myszkę indyjską, którą hodowałam w dzieciństwie.

Tutaj muszę się zatrzymać, aby dodać drobną dygresję. Nie będę jej nawet próbowała dodawać w nawiasie, bo wiadomo jak wyglądają moje „krótkie wtrącenia”.
Kiedy miałam 6 lat, przeprowadziliśmy się z rodzicami do Gdańska. Wynajmowane mieszkanie było niezłe, ale miało jedną, bardzo poważną wadę- były w nim prusaki, karaluchy, czyli jedne z najobrzydliwszych stworzeń świata. Ktoś polecił moim rodzicom, żeby kupili jaszczurkę, która szybko je wytępi. Rzeczywiście, w pewnym momencie pojawił się u nas gekon tokke. Miły i robił fajne miny, jak się do niego zbliżyłam (nie wiem dlaczego gady uważają, że jak otworzą japę to wyglądają strasznie- faktycznie można umrzeć, ale ze śmiechu). Zuźka, bo tak go/ją nazwałam, poradził(a?) sobie z karaluchami tak szybko, że rodzice musieli wykombinować mu inne źródło pełnowartościowego białka. Akurat wyjechałam wtedy na wakacje, nie było mnie tydzień albo dwa, a kiedy wróciłam okazało się, że Zuźka nie żyje. Patrząc z perspektywy czasu nie było to wcale zaskakujące, że jaszczurka chodząca luzem po mieszkaniu złapała zapalenie płuc i szybko pożegnała się z tym łez padołem (gdybym miała dwa razy więcej lat niż miałam, to najprawdopodobniej natychmiast wybiłabym rodzicom z głowy pomysł kupowania gada w celu wypuszczenia go na ściany!!!). Jednak nie wróciłam do bezzwierzęcego mieszkania, bo na miejsce Zuzi przyszły.. myszki. Nie wiem, dlaczego uwierzyłam, że rodzice kupili mi je z dobrej woli i chęci, żebym miała jakieś miłe zwierzątka, skoro od pradawnych czasów był zawsze wielki problem nawet jak chciałam mieć rybki. Tak czy inaczej, nie rozkminiałam za wiele nad tym dziwnym zrządzeniem losu i przyjęłam myszunie z otwartym sercem.
A więc ta mysz, co nam się wczoraj zakwaterowała za kaloryferem, była łudząco podobna do jednego z moich ówczesnych gryzoni. Miał na imię Gucio i mieszkał razem z- jak łatwo się domyślić- Mają, która jednakowoż też była myszem-facetem, ale bardzo chciała mieć z Guciem dzieci. Ja w sumie też chciałam mieć małe myszeczki, więc do końca wierzyłam, że Maja to dziewczyna.
Dopiero po latach się dowiedziałam, że Gucio i Maja były obiadem dla gekona, który nie dożył ich skonsumowania.

Wracając jednak do grzybnowego intruza.. zrobiło mi się okropnie szkoda tej malusiej mysi, która wgniotła się pod kaloryfer, patrzyła na mnie przerażonymi oczami i przekraczała już swoje HRmax. Bardzo się starałam, żeby kulturalnie jej wytłumaczyć, że czas wynajmu się skończył i musi się od nas wyprowadzić, jednak po kilkunastu minutach próbowania na różne sposoby dałam sobie z tym spokój. Postanowiliśmy jednak zostawić otwarty balkon, żeby dać jej szansę na samodzielne opuszczenie naszego lokum.
Zawinęłam się więc w kołdrę niczym larwa w kokon, rozmyślając, ile par skarpetek powinnam założyć, żeby nie umrzeć tej nocy z zimna, oraz czy jestem w stanie zlokalizować jakieś rękawiczki. Aż tu nagle, po kilku minutach, ponad ekranem laptopa śmignęła mi ciemna smuga, a Rasta znowu zaprezentowała gamę zachowań idealnego wyżła. „Teraz cię mam” pomyślałam i tygrysim skokiem rzuciłam się w stronę szafy. Powoli podniosłam plecak i ujrzałam myszunię w całej okazałości. Pomocą miała okazać się plastikowa miska, ale nie zdążyłam jej użyć, bo gryzoń szybciutko, choć z pewnymi zawahaniami (prostowanymi przeze mnie) wybiegł wreszcie na taras. Moje nieprzyzwoicie drogie buty rowerowe odetchnęły z ulgą. Ja też bym nie chciała, żeby stały się częścią mysiego legowiska.

I na tym się kończy ta historia, a przynajmniej taką mam nadzieję. Z tarasu nie będzie jej tak łatwo zwiać, więc jest ryzyko, że znowu do nas wlezie. Pisałam, że w Grzybnie są głupie żaby, no ale myszy też nie za mądre. Mieszkać w pokoju z czterema psami? Mało rozsądne, choć śmiem przypuszczać, że żaden z psów nic by jej nie zrobił oprócz naszczekania na nią. Może to niestety znaczyć, że nasze czworonogi również doskonale wpisują się w ten schemat i dlatego jest im tutaj tak dobrze. No cóż, mają inne zalety.

Smoczek przez ostatnie dwa dni prawie wcale nie agilitował, pomijając ćwiczenia ze slalomem, a to z prostego powodu: moje obezwładniające zakwasy. Wczoraj zrobiłam z nim krótki set point, dzisiaj dość odważną krótką sekwencję. Odważną, bo nie wiedziałam czy nie rzucam go na zbyt głęboką wodę, prosząc o skręcanie na wysokich hopkach. Poradził sobie doskonale, a co najbardziej mnie zastanawia, z obrzydliwą perfekcją wykonywał komendy na ciasne skręty. I znowu mój pies przewyższył mnie ogarnięciem- chcę żeby zakręcił do mnie, niepewnie krzyczę mu przed hopką komendę na ‚ode mnie’ (niestety, bieganie, pokazywanie i wydawanie komend jednocześnie jest bardzo skomplikowane;-))… a on, skubaniec, pięknie się odwraca w drugą stronę, mimo że ten manewr jest dla niego ze wszech miar trudniejszy. Mam to nagrane, więc niedługo zmontuję i pokażę światu.

Jeśli chodzi o moje trenowanie, do tej chwili zrobiłam dziś jeden, a właściwie półtora treningu. Jako pół liczę core stability + rozciąganie plus inne wygibasy tego rodzaju. Oczywiście z psem Smokiem, który co chwilę okładał mnie swoją piłką.

Wcześniej zaliczyłam trening zakładkowy bieg->pływanie->bieg- po 5 km nad jezioro i z powrotem, a pomiędzy biegami kraulik w Jeziorze Białym. Postanowiłam tym razem pobiec dużo luźniej niż tydzień temu, żeby nie dostać znowu w łeb uświadomieniem sobie o swojej biegowej antyformie. Było naprawdę OK, znacznie lepiej niż poprzednio, a tempo obydwu odcinków wyniosło 5:40’/km. Przyznaję się do tego tylko dlatego, że:
1) nie wzięłam pulsometru, więc nie wiem, jak intensywny był ten bieg; miejscami rozmawiałam z Wojtkiem (moim rowerowym supportem z pianką w plecaku) w miarę swobodnie, chyba że akurat biegłam pod górę (wtedy raczej dysząco), więc podejrzewam, że leciałam tak jak na innych rozbieganiach tutaj;
2) bezpośrednio przed wyjazdem z Warszawy biegałam luźne rozbiegania w takim tempie jak tutaj po lasach, a pierwsze biegi w Grzybnie były przynajmniej o pół minuty na kilometr wolniejsze niż teraz. Takiego właśnie progresu w kwestii biegania oczekuję, zresztą to chyba przesada, żeby miesiącami wlec się jak żółw, skoro jakiś czas temu wybiegania po 4’50/km nie robiły na mnie najmniejszego wrażenia;
3) 5’40 to tempo, jakiego w najlepszej swojej biegowej formie sprzed dwóch lat wstydziłabym się tylko w umiarkowanym stopniu;
4) Wielki Wąwóz zbija mi tempo kilometra do około 6:30.
Jeśli chodzi o pływanie, to było również bardzo sympatycznie. Kiedy obudziłam się o szóstej rano, pogoda była naprawdę niezachęcająca, a dodatkowo przytłaczający był fakt, iż moja pianka była mokra od wewnątrz (morał z tego, człowiecze, następujący: zważ na to, gdy będzie padał deszcz, że pomiędzy twoim praniem wisi na balkonie również wywinięta na drugą stronę Orca, którą masz zamiar niedługo założyć). Na szczęście poprawiło się na tyle, że dobiegając nad jezioro nie miałam już wątpliwości, że uda mi się wejść do wody bez bólu i cierpienia.
Do tej pory pływałam w Białym po trasie w kształcie trójkąta, zawracając prawie w miejscu. Dziś postanowiłam przetestować pływanie po trochę większym kwadracie, żeby zobaczyć, w jakim tempie rzeczywiście płynę, kiedy plumkam sobie spokojnie w piance. Tak jak przypuszczałam, Garmin liczy zawrotki jako stanie w miejscu, bo dzisiaj, kiedy widział, że wcale się nie zatrzymuję, pokazał mi zupełnie inną prędkość: 1 minutę i 37 sekund na 100m. Ach ta moc pianki (nawet o dwa rozmiary za dużej)!
Starałam się dzisiaj skupić na ćwiczeniu oddychania. W jeziorze niestety mam tendencję do nabierania oddechu tylko na lewą stronę, co jak wiadomo bywa zgubne. Skoncentrowałam się na tym, żeby oddychać co trzeci ruch, a miejscami tylko na prawo. Wniosek z tego prosty: jak wrócę do Warszawy, to chyba codziennie będę jeździć na basen. Podczas samotnego pływania w otwartej wodzie jestem tak zaabsorbowana wypatrywaniem ewentualnych potworów, że nie potrafię długo utrzymać dobrej techniki. Dzisiaj zresztą jednego potwora spotkałam- na dnie leżał jakiś biały pojemnik, który podnosił mi ciśnienie za każdym razem, kiedy go mijałam. Takie obiekty zawsze powodują, że zaliczam krótki supersprint bez nabierania powietrza. Trochę można się uśmiać, ale ja naprawdę z całego serca nienawidzę widzieć tego co leży na dnie, kiedy już jestem na względnie głębokiej wodzie…
Złapałam się na tym, że na prawo oddycha mi się w jeziorze gorzej. Na pływalni nie mam z tym żadnego problemu, obydwie strony są dla mnie jednakowo komfortowe. A tutaj kiszka- lewa ręka prostuje mi się nadmiernie i zamiast napędu mam blokadę z zawiśnięciem na boku. Pływalni mi potrzeba!!! W Kartuzach jest niestety tylko jeden basen, otwarty w dziwnych godzinach (zaczynają o 12) i drogi jak cholera (jednorazowy wypad na godzinne pływanie dla dwóch osób = 40 złotych). W Warszawie będę płakać za Jeziorem Białym (będę miała Czerniakowskie, ale tam też wolałabym popływać z kimś), ale będę miała okazję szybko poprawić ‚dziwny bark’ w komfortowych warunkach basenu bez potworów.
A teraz oddalam się powoli od komputera, aby pośmigać na Gigan(t)cie po wczorajszej pętli, tym razem pokonując ją od trzech do pięciu razy. Zobaczymy jak bardzo da mi w kość.

Dodaj komentarz