Lubię ten stan
Rozkoszne sam na sam
Cisza i ja
Cisza, ja i czas
Udaję, że świat zamyka się
W tych czterech ścianach, a za nimi pustka
Lubię ten stan
Cisza, ja i czas




Nie żebym była jakoś szczególnie niesocjalna, ale rzeczywiście lubię pobyć w samotności. Mam tak od zawsze. Już w najmłodszych nastoletnich latach chętnie wyprawiałam rodziców na wycieczki, a im były dłuższe, tym lepiej. Rodzice nie mieli nic przeciwko mojej radości, nawet cieszyli się, że nie rozpaczam z powodu ich nieobecności. Trochę mniej pozytywnie zaskakuje to Wojtka, który jest akurat stworzeniem wybitnie socjalnym i najchętniej zabierałby mnie ze sobą do pracy, żeby się ze mną nie rozstawać.

Z pewnością moje obecne położenie (mój ukochany pojechał dziś na trening rowerowy, na który ja nawet nie próbowałam się wybierać, bo nie ujechałabym z ich grupą ani kilometra) przestałoby mi się podobać po zmroku. Tu jest naprawdę ciemno, ale tak naprawdę. Moje wieczorne wychodzenie z psami polega na tym, że otwieram drzwi i staję w progu (lub idę myć zęby, wszystko jedno), a bordery wybiegają naprzód. Chwilę ich nie ma i wracają do domu. Podczas tych kilku chwil nie mam bladego pojęcia gdzie się znajdują, bo widoczność kończy się niedaleko poza zasięgiem wyciągniętej ręki, więc cały czas zastanawiam się, czy coś ich nie zeżarło.
Dopóki nie jestem w tym domu sama, jest OK. Gdybym jednak miała zostać tu na noc zupełnie samiutka, to chyba postradałabym zmysły. Wielki dom z osobnymi wejściami (i kilkoma dodatkowymi, potencjalnymi wejściami), najbliższy sąsiad sto metrów dalej, a wokół tylko las- to nie dla mnie. Przez tydzień była u nas Kamowa, którą zakwaterowaliśmy trzy poziomy wyżej od nas- nie należy do strachliwych osób, a mimo to przez cały pobyt spała z… tyczką od hopki :-))

Bycie samą w Grzybnie nabiera nowego znaczenia. Tutaj naprawdę można poczuć się jak na krańcu świata. Najgłośniejszymi dźwiękami jakie słyszę są tupanie psa po podłodze i moje stukanie w klawisze. Poza tym nic: da się rozpoznać szum drzew zza okien, usłyszeć każdą ptasią kłótnię, a samochód parkujący pod domem jest tak głośny, jakby podjeżdżał pod sam nos.
Lubię tu być i lubię tę samotność, jakiej niekiedy dostępuję. Można naprawdę zebrać myśli i każdą z nich osobno przeanalizować. Wpaść na dziesięć głupich i mądrych pomysłów, kreatywnie się ponudzić, odpocząć.

A propos odpoczynku, to dzisiaj chyba mimo wszystko przegięłam.

Mój zegar biologiczny protestuje przeciwko końcu lata i uznaje, że jeśli o 21 jest już ciemno, to na pewno zegarek na ścianie jest popsuty i tak naprawdę jest godzina 23. Spać! Wczoraj uderzyłam w kimę przed 22, święcie przekonana, że jest środek nocy; przed położeniem się wyłączyłam budzik, bo na dzisiaj nie miałam zaplanowanego biegania. Obudziłam się o… 8:20!!! To mój absolutny rekord od baaaardzo długiego czasu. Pogoda sprzyjała spaniu, bo od nocy padał deszcz, było pochmurnie i nieprzyjemnie (i tak utrzymało się przez cały dzień). Nawet psy przyznały wyższość snu nad rozpaczliwymi próbami zachęcenia mnie do rozpoczęcia nowego, ekscytującego dnia.
Niestety – albo stety? (myśl perspektywicznie ŻESZ, carpe diem to dobra zasada, ale świat się nie kończy na dniu dzisiejszym, a brak odpoczynku na dłuższą metę też nie jest dobry!!!) nie natrenowałam się dzisiaj za mocno. Bynajmniej. Było spokojnie, a nawet ultra spokojnie- co nie zmienia faktu, że jutro będę miała zakwasy po dzisiejszym treningu siłowym. Większość dnia potwornie przepróżnowałam. No cóż, w końcu wakacje…

Pociesza mnie myśl, że często w trakcie takich wybitnie spokojnych dni mam tyle czasu na zastanawianie się i rozkminianie różnych rzeczy, że wpadam na jakieś genialne pomysły, które nierzadko z powodzeniem realizuje. Czy tak będzie i tym razem? To się okaże, ale zapowiada się nieźle.

Dodaj komentarz