W poprzedniej notce pisałam, że rower przeżył renesans, a ja oświecenie, bowiem po umyciu i nasmarowaniu zaczął śmigać jak nowy.
Tak mi się przez chwilę wydawało. Ale nadal zastanawiałam się, dlaczego wszyscy inni rowerzyści tak bezceremonialnie mnie wyprzedzają. Uznałam, że muszę się z tym pogodzić – w końcu już zostało ustalone, że kiedy Pan Bóg rozdawał Atuty, dwa razy stanęłam w kolejce po Wytrzymałość, i tym samym nie zdążyłam ustawić się po Siłę.
A jednak nie jest ze mną tak źle. W poniedziałek, gdy jechałam na zajęcia, przypomniałam sobie, że miałam wcześniej podjechać na stację dopompować koła. Choć oznaczało to spóźnienie się na (jakże interesujące…) ćwiczenia, zboczyłam z drogi i przy pomocy pana ze stacji benzynowej stuningowałam swój pojazd.
Zmiana była szokująca. Czułam się, jakbym przesiadła się z kucyka pony na wysokiego ogiera. Nie dość, że nagle stało się jakoś wyżej, to poziom komfortu jazdy podniósł się o kilka poziomów. Summa summarum nie spóźniłam się więc na zajęcia, ba – dojechałam na nie dużo szybciej, niż zakładałam. Od tej pory naprawdę dobrze mi się jeździ i dobrze się rozpędza, co sprawia, że jazda po mieście staje się ekstremalnym doświadczeniem. Ludzie nadal nie patrzą przed siebie, nadal usiłują wpaść pod koła, a rower jeździ coraz bardziej dziarsko.

A że wiosna wybuchła – rower się nie nudzi. Ach, jaka to satysfakcja, kiedy z wiatrem we włosach mijam kierowców stojących w korkach. I zatłoczone autobusy pełne biednych nieboraków, którzy z różnych powodów nie wsiedli na bicykle. Teraz to już nie ma opcji, komunikacja miejska precz!



Niedawno było moje ulubione święto – dzień przestawienia czasu. Mój autopilot zadziałał bez zarzutu i w ubiegłą niedzielę obudziłam się godzinę wcześniej – o ‚starej’ 6:30. Uwielbiam ten moment, kiedy można podejść do zegarków i zupełnie legalnie przedłużyć sobie jasną część dnia. Przestawiłam czas wszędzie oprócz samochodu, bo tam, w wyrazie buntu (albo lenistwa) zostawiliśmy czas letni, który przez całą zimę przypominał nam, że za jakiś czas znowu będzie pięknie. I w końcu JEST pięknie. Butów zimowych na razie nie chowam, bo już raz to zrobiłam i musiałam je wyciągnąć z powrotem. Tym razem wolę nie zapeszać. Ale teraz już wiem, że nawet jeśli będzie gorzej, to nadal będzie zarąbiaszczo. Prognoza pogody stała się moim ulubionym programem telewizyjnym, a to co słyszę z ust prezenterów, jest doprawdy rozczulające: ‚W weekend 20 stopni, w poniedziałek niestety ochłodzenie, zaledwie 15 stopni’. No w mordę – takie ochłodzenie to sobie może być cały rok, nie ma sprawy.
Zima ma jedną zaletę – kiedyś się kończy. Ubiegająca była mimo wszystko dużo przyjemniejsza (jeśli można to rozpatrywać w takich kategoriach), niż poprzednia – minęła jakoś szybciej. Już po koszmarze. Już nie muszę się zastanawiać, czy na spacer z psem powinnam wyjść w trzech, czy może w czterech warstwach swetrów pod kurtką; czy gdybym założyła dwa polary, to dałabym radę pojechać na uczelnię na rowerze; czy zamarznę, jak pójdę biegać w plenerze, czy znowu muszę cisnąć na bieżnię mechaniczną. Teraz zaczną się inne problemy – właściwie niektóre już się zaczynają – czy umrę z gorąca, jak wyjdę biegać w bluzie; czy wrócę z treningu z poparzeniem słonecznym; i tak dalej, i tak dalej. Mimo wszystko wolę jednak wychodzić na treningi o piątej rano (bo potem jest za gorąco), wszędzie zabierać ze sobą butelkę wody i nie martwić się o to, czy będzie za zimno, za ciemno, za szaro. Laaaato kochane, przybywaj, byle nie za szybko, bo za szybko się skończysz.
Swoją drogą to jest bardzo tajemnicza sprawa. Ostatnio zastanawiałam się nad tym, o ile więcej jest paskudnych niż ślicznych miesięcy. Dokonałam pewnych obliczeń i wyszło – o dziwo – na to, że przez pół roku jest przecudnie, a przeohydnie przez niecałe pół. Jak to się dzieje, że lato mija tak szybko, a zima tak się ciągnie?! Bez sensu. Myślę, że tu jest jakiś haczyk.

Całe szczęście, że w semestrze zimowym moja frekwencja na studiach była zadowalająca. Nie mówię, rzecz jasna, o wykładach, bo od początku roku jeszcze żadnego z takowych nie zaszczyciłam swoją obecnością, lecz o ćwiczeniach, na które starałam się pilnie uczęszczać. Obawiam się, że z powodu wiosny wzrośnie moja absencja na zajęciach. Właściwie to się nie obawiam – jestem tego pewna. Nie da się siedzieć na uczelni, kiedy za oknem jest taka pogoda. W liceum też się nie dało.
Na marginesie – zastanawiam się, czy na każdych studiach jest tak, że zajęcia – nawet jeśli ich tematyka jest porywająca – są beznadziejnie nudne i nic nie wnoszące do życia? Gdyby nie dobry bezprzewodowy Internet na Wydziale, czasopisma Runners’ World i Newsweek i inne tego typu atrakcje, to nie wiem, jak zdzierżyłabym półtorej godziny ćwiczeń. Aż wstyd, że w LO mogła się dłużyć trwająca zaledwie 45 minut godzina lekcyjna…
Przedmioty językoznawcze jeszcze w miarę dają radę, ale literatura.. O Jezu. Najgorsze (?) jest to, że jestem w stu procentach przekonana, że gdybym nie chodziła na żadne zajęcia, to zdałabym egzaminy dokładnie tak samo, jak gdybym była na wszystkich ćwiczeniach i wykładach. Na razie nie mogę zresztą narzekać, bo z sesji zimowej natrzaskałam w sumie średnią ocen 4.64. Dlatego rozśmieszyło mnie nieco, jak Koordynatorka programu Erasmus uznała, że nie puści mnie na wymianę na cały rok akademicki, żebym studiowała inny kierunek, bo przecież egzaminy na polonie! I licencjat! Cóż, mam dziwne przeczucie, że moja nieobecność na polonistyce niczego w tej kwestii nie zmieni – to, co mam zdać i tak zdam, a to, czego mam nie zdać -nnie zdam. Obawiam się jedynie, że studia w Belgii nie będą tak nieprzyzwoicie rozleniwiające i niewymagające, jak moje obecne.

No dobra. Rozpisałam się o różnych mniej lub bardziej istotnych rzeczach, a w gruncie rzeczy najistotniejsze miało być to, że..
Mam pierwszy biegowy medal! Jeee!
W zeszły weekend wybraliśmy się na stadion Skry, żeby zrobić mi w końcu test kontrolny na 5 km. Nabiegałam 21:23 i nie byłam zbyt zadowolona. Zaczęłam zbyt wolno i mimo pociśnięcia ostatniego okrążenia nie zmęczyłam się nadmiernie tym biegiem. Do mety doleciałam zdyszana, ale dwie minuty później czułam, że mogłabym biec dalej. Wróciłam do domu pełna goryczy, zrobiłam wielkie sprzątanie, poszłam z psem na spacer, a potem pojechałam na siłkę i do sauny. Czyli tak jakoś niezbyt.
W poniedziałek powróciłam do realizacji planu treningowego i nie zamierzałam startować w zawodach przez najbliższe dwa tygodnie – głównie z powodu trwającej nadal kontuzji biodra (ortopeda orzekł, że mam naciągnięty mięsień i jeśli przestałabym na trochę biegać, to powinno samo odpuścić. Pan był wyjątkowo sympatyczny i empatyczny, gdyż mówiąc to doskonale wiedział, że wcale nie przestanę biegać i dał mi do zrozumienia, że raczej od tego nie umrę. Żyję nadzieją, że ma rację.). W czwartek po południu dostałam jednak propozycję nie do odrzucenia – szansę wystartowania w sobotniej sztafecie 5×5. Nie wahałam się długo, choć byłam pełna wątpliwości (bo noga, bo brak strategii, bo to, bo tamto i siamto..). I nie żałuję, bo impreza była świetna.
Dzień był wyjątkowy już od samego rana. Obudziłam się i stwierdziłam, że świeci słońce. Idealny dzień na zawody. Wstałam, pełna radości i nadziei, przeciągnęłam się, spojrzałam za okno i.. Nie wierzyłam własnym oczom.
Na szczęście śnieg tylko żartował i szybko poszedł precz.
Później już było tylko lepiej. Sam start byłby całkiem miły, gdyby nie to, że w połowie, czyli przy drugim okrążeniu, złapała mnie obrzydliwa, potworna, mordercza kolka. Nie dość, że trzymała już do końca (dobiegając do mety miałam w wyobraźni obraz Wojtka niosącego mnie do samochodu), to nie odpuściła nawet po biegu. Ba, w sumie to nadal nie daje mi spokoju i wygląda na to, że moje uwielbienie do grzanek z cebulą i czosnkiem w końcu się na mnie zemściło… 
Niemniej jednak warto było. Na krossowej trasie (5.3 km) z podbiegami i ostrymi zakrętami wybiegałam 22:09, co dało mi trzeci czas wśród wszystkich startujących kobiet. Dwie pierwsze są zawodniczkami startującymi od lat, trenującymi pod okiem profesjonalnych trenerów. Do drugiej z nich straciłam tylko (i aż) sześć sekund.

Trochę mnie niepokoi ta tendencja. Z jedną kontuzją pobiegłam piątkę tempem 4:17, tydzień później z dwiema kontuzjami 4:11. Sądzę, że na nadchodzący weekend powinnam sobie skręcić rękę i wystartować w jakichś zawodach…
A tak serio – miło będzie, jak w końcu osiągnę pełną dyspozycję i nie będzie mi się urywała żadna kończyna i żaden narząd wewnętrzny. Am luking forłord.

5 Comments »

  1. hmmm, wszystko ładnie pieknie i cieszę się razem z Tobą, ale prosze nie narzekać na zajęcia trwające półtorej godziny, podczas gdy inni mają przedmioty w blokach i przeżywają zajęcia po 5 godzin lekcyjnych (czyli zegarowo 3.45 h ) 😛

  2. Haha! Zapraszam na Biologię, na laboratoria 5,5h zegarowej!!!
    A medalu gratuluje :)I oby te kończyny ci nie poodpadały!
    Kaś.

Dodaj komentarz