To oksymoron. Nie dostrzegam żadnych.

A propos oksymoronu, udało mi się nie pójść na ten egzamin z poetyki, który miałam dziś mieć. Egzaminator okazał się być ludzkim człowiekiem i nie robił z tego powodu afery. Ach, gdyby wszyscy prowadzący byli tacy, świat byłby piękniejszy. Teraz mam czas, żeby się nauczyć. Oznacza to, że zapewne nie zabiorę się do nauki, dopóki nie stwierdzę, że już czasu nie mam.



Jezu, nie ma nic gorszego, niż być zmuszonym do odpoczywania.
Jestem absolutnie sfrustrowana i nieszczęśliwa, że nie mogę biegać. I że czuję się tak, jak się czuję. Nie mogę się doczekać, kiedy wrócę do formy i będę mogła kontynuować plan treningowy. Istnieje tylko ryzyko, że na pierwszym biegu po przerwie złapie mnie jakiś fotoradar. Skoro po jednym dniu odpoczywania poniedziałkowy bieg (12.6 km, w tym 6 km z prędkością 15 km/h, średnie tempo biegu poniżej 5 min/km) wydawał mi się prosty i przyjemny mimo grypy żołądkowej (i prawdopodobnie już w towarzystwie gorączki), to cóż będzie po TYLU dniach przerwy?
Celowo piszę ‚tylu’, bo to obecnie drażliwy temat i wielka niewiadoma. Jak na razie opuściłam jeden trening. Łudziłam się, że może w piątek uda mi się już wrócić do planu, ale dziś rano czułam się tragicznie i jeszcze zaczęłam kaszleć jak stary menel, więc chyba raz w życiu pokieruję się rozumem zamiast sercem i jeszcze poczekam. Nie jest to łatwe. Nie umiem odpoczywać. Przymusowe odpoczywanie to dla mnie największa katorga; wiedzą to chyba wszyscy, którzy mnie znają. No i cóż, tak zupełnie szczerze to nie mogę powiedzieć, żebym stuprocentowo odpoczywała. Nie nadaję się do chorowania, po prostu, choć i tak dzisiaj jest naprawdę nieźle. Wczoraj wieczorem, gdy czułam się umierająco, odwołałam sobie dzisiejszą robotę, więc nie musiałam jechać do Centrum. Rano więc, gdy wstałam, wmówiłam sobie, że nie jest ze mną tak źle (co było niełatwe zwłaszcza wtedy, gdy przyszło do umycia zgniataczki do czosnku, która, jak łatwo się domyślić, wydzielała zapach czosnku), ogarnęłam siebie jak i mieszkanie, poszłam do apteki i do sklepu (co zajęło mi godzinę…), wybiegałam psa – w miarę rozsądnie, bo tylko doszłam do najbliższego boiska i rzucałam piłkę – i raczej nie zamierzam już nigdzie wychodzić. Daj Boże. Mam tylko nadzieję, że tego wszystkiego nie odpokutuję tak, jak miało to miejsce wczoraj. Jak to zazwyczaj ma miejsce przy grypie, rano i wieczorem czuję się kiepsko. Wczoraj jeszcze zostałam zdemotywowana przez lekarza (do którego bym raczej nie szła, gdyby nie to, że potrzebowałam zwolnienia na dzisiaj), który opierniczył mnie, że JEM przy grypie żołądkowej. Stwierdził, że do piątku wieczorem powinnam ‚żywić się’ herbatami, a wtedy mogę sobie ugotować na przykład ryż z marchewką. W reakcji na moją minę z serii ‚are you f.. kidding me?’ opisał mi obrazowo, dlaczego tak właśnie powinno się postępować w tej chorobie. Nie powstrzymało mnie to rzecz jasna przed dalszą konsumpcją; ostrożną, ale jednak. NO BO SORRY. Niestety, ów internista chyba zesłał na mnie swymi wyrokami jakąś klątwę, bo pożałowałam gorzko, że cokolwiek wzięłam do ust. Grypa jest potworem.
Suma summarum, trza być twartkim, a nie miętkim, i do tego samego próbuję przekonać mój zdrowiejący żołądek. Moje ostatnie zakupy wyglądają bardzo osobliwie. Niemal wszystko, co jadam normalnie, wywoływało u mnie w ostatnich dniach mdłości na samą myśl o tym, więc będąc w kerfurze kupowałam wszystko inne. Przy okazji szarpnęłam się na produkty, których normalnie raczej nie kupuję, bo są za drogie (takie jak parówki sojowe w cenie 7 zł za 4 sztuki) – one też swym widokiem nie pogarszały mojego stanu. Nie ma więc tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo i po grypie się przydadzą. No i muszę stwierdzić, że mój organizm ma dobrze wykształcony instynkt przetrwania, bo kierując się wyłącznie ochotą lub jej brakiem, a nie wskazówkami zdrowotnymi w przypadku grypska, wybierałam to, co okazywało się strzałem w dziesiątkę (tak jak np. produkty z jagodami – co prawda jak przeczytałam skład kisielu z owoców leśnych to trochę mi się go odechciało czy kasza manna z bananem). Na razie jest dobrze, odpukać. Może to znaczy, że czas biegania się zbliża?! No bo ileż można…?

2 Comments »

Dodaj komentarz