Dwa dni temu, idąc rano na uczelnię, udało mi się – zgodnie z dopiero wykluwającą się tradycją (czy to nie oksymoron?) – zajść do W Biegu Cafe, o której wspominałam w poprzednim wpisie i nabyć tam pyszną kawę. Zajść to dość niefortunne określenie, bo moja droga do szkoły mogłaby raczej zostać określona jako Tour de Varsovie. Uparłam się bowiem, że mimo dziesięciominutowego opóźnienia dorwę tę kawę. Po drodze musiałam jeszcze zaliczyć jakiś sklep spożywczy i zaopatrzyć się w prowiant na zajęcia. Na szczęście sukces został osiągnięty – udało się i z kawą, i ze sklepem i wcale nie spóźniłam się na ćwiczenia z gramatyki. Ba, zdążyłam się nawet uczesać, zanim zasiadłam w ławce 😉



Wszystko wskazuje jednak na to, że w nadchodzący wtorek nie będzie porannej kawy. Chyba że ktoś zamontuje mi trzecią rękę do trzymania kubka – bo wszystkie, którymi aktualnie dysponuję, będą zajęte kierownicą roweru. Taaakjest, w końcu udało mi się wytargać z kąta rower i znowu mam okazję zażywać niewątpliwej przyjemności, jakiej dostarcza trening cardio podczas wjeżdżania z Dolnego Mokotowa do góry przez ulicę Myśliwiecką lub Belwederską. Wczoraj pocisnęłam Belwederską, dziś Myśliwiecką i nie wiem, która jest gorsza – obie tak samo podnoszą tętno. Postradany klucz od zabezpieczenia do roweru okazał się więc przeszkodą do przeskoczenia. Dzięki Zdzisław! 😀 Twoja ‚sprężynka’ ma się u mnie dobrze i pozdrawia Cię serdecznie.

Raczej się nie łudzę, że przesiadka z autobusów na rower to zmiana na stałe. Zima pewnie jeszcze wróci, niemniej jednak cieszę się tym, co widzę obecnie. Cieplejsza z zimowych kurtek odpoczywa w szafie, a do akcji wkroczyła ta późnojesienno-wczesnowiosenna. To o czymś świadczy, zdecydowanie 🙂
Pięknie; naprawdę nie spodziewałam się, że w styczniu Wiosna tak zaatakuje. Kibicuję jej gorąco w tej batalii. Nie dajcie się zwieść złej Zimie, ona próbuje wziąć nas sposobem i pokazuje nam ciemną stronę Wiosny. Teraz wszystko jest grząskie, śliskie i mokre. Rasta po każdym spacerze wygląda jak po zabiegu w spa, i nie chodzi mi bynajmniej o manicure i pedicure, a raczej o leczniczą kąpiel w błocie. Znowu podczas spacerów zastanawiam się bezustannie, czy aby w haszczach nie kryją się kleszcze. Mimo to apeluję – nie osądzajcie Wiosny! Też byście wyglądali tak paskudnie po starciu z tym strasznym potworem, jakim jest Zima. Trzeba dać szansę Wiosence 😉

A propos manicure – Rastuszek-sierotka boża do tej pory nie zaliczyła więcej niż dwóch treningów agility pod rząd. Jak nie urok to sraczka, jak mówi ludowe porzekadło. Tym razem padło na łapę. Dwa dni temu na porannym spacerze biegała za piłką i najwyraźniej zahaczyła o coś pazurem. Cóż, cieszyłam się, że brak śniegu oznacza możliwość rzucania psu piłki, ale nie pomyślałam o tym, że pod śniegiem kryją się różne paskudztwa. Nie wiem nawet, kiedy i co właściwie się stało, bo było jeszcze ciemno, a to, że pies broczy krwią zauważyłam dopiero, jak weszłyśmy do bloku. Biedny border do wczoraj chodziła, jakby jej oderwało łapę; dzisiaj już na szczęście jest lepiej, bo tylko lekko kuleje. Nie zmienia to faktu, że znowu udało jej się wykluczyć z treningu ;))
Ale nie ma się czemu dziwić. Jeśli wierzyć powiedzeniu, że pies upodabnia się do właściciela, to.. no właśnie. I tak – odpukać – świetnie się trzyma, bo w porównaniu do mnie jest i tak mniejszą ofiarą losu.
Ja na przykład jestem specjalistką w dostarczaniu ubawu stojącym na światłach samochodom, kiedy w czasie treningu biegowego jestem zmuszona do poczekania na zielone światło na przejściu. Zatrzymanie się oczywiście nie wchodzi w grę, więc zazwyczaj krążę wokół pasów jak satelita po orbicie, ewentualnie podskakuję i skipuję w miejscu. Wczoraj, podczas dwunastokilometrowego rozbiegu, utknęłam w taki sposób na dobrych kilka minut. Nie obyło się bez cyrku, rzecz jasna – resztki zamarzniętego śniegu bywają zdradliwe. Kierowcy tym razem mieli wyjątkowo ciekawy spektakl; zakręcając, wpadłam na lodowisko i rozpaczliwie starałam się nie stracić pionu, prawie zamiatając dłońmi podłoże.
Przejścia dla pieszych są generalnie złem. Na ostatnich metrach jedno takie unieruchomiło mnie naprawdę na długo. Zazwyczaj udaje mi się przejść (tudzież przebiec) te światła sprawnie, niezależnie od sygnalizacji, ale tym razem musiałam czekać, gdyż obok stała policja. Panowie władza oczywiście doskonale zdawali sobie sprawę, że ich obecność uniemożliwia mi kontynuowanie treningu i kiepsko udawali, że ich to nie bawi 😛

Jeśli chodzi o bieganie, to tym bardziej mam nadzieję, że wiosna już nie pójdzie precz. Nie wyobrażam sobie dyrdania piętnastu kilometrów na bieżni i ufam, że nie będę zmuszona do wprowadzenia tego w życie. Na razie – odpukać – biega się doskonale; nie jest za zimno ani za ciepło. Jedyne co mnie drażni, to deszcz, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zaatakuje. Jeśli stanie się to pod domem, to sprawi jedynie, że moja średnia prędkość tego treningu skoczy gwałtownie w górę, ale jeżeli ulewa napotka mnie w środku miasta, to będzie mi wyjątkowo przykro. Zwłaszcza, że musiałoby być naprawdę fatalnie, żebym poczuła się zobligowana do przerwania bieżku. Ech, co za życie ;))
Bieganie na bieżni ma jeszcze jedną wadę. Ostatnio czuję płynącą zewsząd nienawiść. Pani Babcia, która stawia się na siłowni parę minut po ósmej, nie wygląda na zachwyconą, że ktoś wciąż okupuje bieżnię. Zdarza się, że nie jest to jedyna osoba, która ma chrapkę na ten sprzęt, a wtedy już czuję się jak pod ostrzałem. Ostatnio front przeciwko mnie liczył trzy persony: dwie, które chciałyby pobiegać i jedna, która wolałaby raczej, żeby bieżnia się popsuła. Kilka razy wydawało mi się, że tylko mi się wydaje i że dziewczyna, która pracuje na siłowni wcale nie jest zdenerwowana tym, że działanie bieżni jest związane z charakterystycznym, buczącym dźwiękiem i zagłusza jej brazylijską telenowelę. Jednak kiedy ostatnio po odpaleniu przeze mnie sprzętu spojrzała w moim kierunku z nienawiścią i ostentacyjnie podgłośniła telewizor – stwierdziłam, że jednak mi się nie wydaje. No cóż, ma pecha.

Podobno właśnie zaczyna mi się sesja. Na razie miałam zaliczenie wykładu (na którym byłam dwa razy), w najbliższym czasie szykuje się jeszcze parę zaliczeń, a na początku lutego egzamin. Drugi egzamin w tej sesji będę miała.. w marcu. Lol. Kocham te studia! I łudzę się, że one też mnie kochają i przepuszczą mnie na kolejny semestr i rok.

Mam bowiem w związku z tym plan. Już jakiś czas temu wpadliśmy z Wojtkiem na pewien szatański pomysł i obecnie ów pomysł konkretyzujemy. Staram się na razie zbytnio nie jarać, ale nie ukrywam, że perspektywa realizacji planu jest bardzo, bardzo atrakcyjna. A nuż się uda.. W ciągu dwunastu miesięcy dwukrotnie zmieniłam czy przeorganizowałam niemalże całe życie. Może więc warto utrzymać statystykę?

1 Comment »

Dodaj komentarz