Już nie pamiętam, jak to jest żyć bez psa.
W wieku 16 lat stałam się właścicielką pierwszego, wybłaganego PSA. PIES ma dziś ponad jedenaście lat i jest przedstawicielem, a raczej przedstawicielką jedynej słusznej rasy: border collie.
Psy są obecnie aż dwa i mają nawet swój fanpage, na którym relacjonuję czasem ich zmagania z rzeczywistością.

Rasta, Rastuszka, Rastianna, Chodź Jeść – Never Never Land LIGHT MY FIRE – to moja nauczycielka wszystkiego; najlepsza, jaką mogłam sobie wymarzyć na początek tej psiej przygody. Bez reszty zaangażowana, oddana towarzyszka dnia codziennego. Jako Pierwszy Pies miała okazję spróbować wszystkiego: psich wystaw, frisbee, obedience, agility. Ta ostatnia dyscyplina wciągnęła nas na dłużej i mamy na koncie kilka satysfakcjonujących startów, takich jak bieg w Łomiankach i w Warszawie. Dzięki naszej wspólnej przygodzie poznałam wielu wspaniałych ludzi, z którymi utrzymuję kontakt aż do teraz. Na przykład takiego jednego Wojtka…

Smok – Mawlch WOOLIE – pojawił się u nas w domu w połowie 2012 roku jako zamiennik przeprowadzki do Belgii. To był bardzo korzystny barter! Ze Smokiem jest taki kłopot, że cokolwiek bym o nim nie napisała, to i tak będzie za mało. Pies mojego życia; istota, w której jestem niepoprawnie zakochana. Niestety ze względu na brak czasu nie trenujemy już agility – ryby i Smoki głosu nie mają, więc w konfrontacji triathlonu z psim sportem niezmiennie wygrywa ten pierwszy. Na szczęście łaciaty nie wie, że ma zadatki na mistrza świata we wszystkim, czego się dotknie (no, może poza IPO :-)) i zadowala się wesołym hasaniem za piłkami, dyskami i/lub biegnącą mną.