Przez wiele lat niemal każdego dnia kształciłam w sobie umiejętność ignorowania sygnałów z mojego organizmu. Trening interwałowy z ciężką grypą, która „doszła do mnie” gdy tylko wróciłam do domu. Pół sezonu przetrenowane i prześcigane ze złamaniem zmęczeniowym. Bieganie z naderwanym przyczepem mięśnia. Długie interwały w basenie zrobione z półpaścem, który położył mnie potem na ponad tydzień. Przeraża Cię to? A może temu przyklaskujesz?

Przez wiele lat słyszałam, że „prawdziwy trening” to jest wtedy, gdy się na koniec zwymiotuje, ale jeszcze się potem pobiegnie ostatni odcinek. Ja nigdy nie potrafiłam doprowadzić się do aż takiego wycieńczenia, bo nawet gdy dawałam z siebie sto procent, zakwaszałam się do 5, maksymalnie 6 milimoli. To tyle, ile ci „prawdziwi” mają w połowie treningu. Nie było u mnie nigdy opcji na porzyganie się i zemdlenie z wysiłku. Za to w stopniowym, powolnym mordowaniu się byłam zawsze świetna. Czułam, że powinnam to robić; że to jakiegoś rodzaju rekompensata za to, czego nie jestem w stanie zrobić.

Nie do końca rozumiem, dlaczego środowisko sportowe, zwłaszcza w sporcie amatorskim, beatyfikuje tych, którzy nie zeszli z trasy zawodów mimo pękniętej kości czy zerwanego mięśnia. Kiedyś jednak rozumiałam to doskonale, bo byłam jedną z tych, którzy uważają to za przejaw niezwykłych możliwości wolicjonalnych, determinacji i hartu ducha. Oczywiście, nie da się tego odmówić tym, którzy w imię ważniejszego dla nich celu potrafią wykorzystać takie środki.
Celowo mówię jednak o „ważniejszym”, a nie o „wyższym” celu. Bo priorytety życiowe każdy ustala sobie sam. Ale „wyższość” to już bardziej obiektywny wskaźnik, przynajmniej w moim odczuciu. Nie mogę się zgodzić, jakoby wynik na mecie zawodów o mało znaczącej randze był ważniejszy niż zdrowie. Zawodów jest wiele, a zdrowie jest tylko jedno. Niebezpiecznie łatwo je stracić.

Kiedy sięgam pamięcią kilka lat wstecz, widzę siebie wychodzącą z domu o takiej porze, żeby pojawić się na pływalni na 20-25 minut przed treningiem z grupą. Robię 2000-2500m długiej rozgrzewki, żeby później tylko zmienić tor i rozpocząć właściwą jednostkę. Potem szybko się przebieram i z całkiem mokrymi włosami lecę od razu do siłowni, gdzie robię zakładkę biegową na bieżni mechanicznej, a potem krótki trening siłowy. Wracając do domu, robię jeszcze po drodze zakupy. Ze zmęczenia kręci mi się w głowie, jestem już rozdrażniona i zła, bo oczywiście podczas i po treningu nie było nawet czasu ani możliwości, żeby cokolwiek zjeść. I tak kilka razy w tygodniu, przez ileś tam sezonów. Wieczorem o 20:00 miałam kolejny trening.
Nie miałam wtedy wrażenia, że robię coś specjalnego. Miałam poczucie, że po prostu robię swoje; robię to, co powinnam. I zawsze jest to niewystarczająco, żeby być z siebie zadowoloną. Wielkie cele wymagają przecież wielkich środków, a ja cały czas nie robiłam tego, co uznałabym za „OK”.

W autobiografii Graeme’a Obree, byłego rekordzisty świata w godzinnej jeździe na czas, pojawia się historia, która robi na mnie ogromne wrażenie. Ten zawodnik, po nieudanej próbie pobicia w/w rekordu, zamiast zejść z welodromu, wsiada na rower jeszcze raz, żeby podjąć kolejną próbę. Nie robi tego tylko dlatego, że kocha kolarstwo i jest wściekle zdeterminowany, żeby jego nazwisko pojawiło się w galerii sław. Jak sam pisze, robi to głównie dlatego, że pobicie tego rekordu jest dla niego jak obietnica ciągłej dostawy powietrza po wyjściu z hali sportowej; czymś, nad czym inni się nie zastanawiają, bo po prostu to mają. Obree wie, że bez tego nie przeżyje, bo to konstytuuje jego jestestwo.

Dzięki historiom takim jak ta, mamy sobie o czym poopowiadać w gronie znajomych. To fajnie wygląda w filmach, dobrze się o tym czyta w książkach. Jeśli szczęśliwy, zrównoważony człowiek zainspiruje się opowieścią taką jak ta, raczej nic złego się nie stanie. Ale jeżeli trafi na osobę o podobnej konstrukcji osobowości co Obree, może powstać scenariusz na kolejną opowieść tego typu. Owszem, w nieco mniejszej skali, bez tej widowni wokół i tych medali na szyi, ale dla tej konkretnej osoby to zawsze będzie skala największa jaka się da, bo to będzie jego życie, jego dramaty, jego pozrywane mięśnie i jego prywatne, stworzone przez siebie samego, jednoosobowe więzienie.
Rozważania o tym, czy taka konstrukcja jest błogosławieństwem czy przekleństwem, zawsze będą wyłącznie akademickie, podobnie jak rozważania, czy umiejętność latania u ptaków jest fajna czy raczej słaba. Do jakichkolwiek wniosków byśmy nie doszli, ptak pozostanie ptakiem.

Sport jest bardzo społecznie aprobowanym sposobem na straszliwe wpierdolenie sobie. Uzależnia na podobnej zasadzie, co walenie sobie w żyłę brown sugar, ale jeszcze nie widziałam, żeby w tym drugim organizowano oficjalne zawody. Do pewnego momentu – którego jedni nie przekroczą nigdy, a inni są personifikacją takiego przekroczenia – bieganie i inne triathlony są prozdrowotne, pożyteczne i wspomagające produktywność. Mogą być też cudownym bodźcem do układania sobie w głowie myśli, nawet do medytacji. Tylko że nie sposób stwierdzić, czy i kiedy ta granica zostaje przekroczona i stajemy się Azorkiem prowadzonym na krótkiej smyczy, na kolczatce i w kagańcu – przez samych siebie, oczywiście. Nie ma okrutniejszego przewodnika i strażnika, niż my sami dla siebie bywamy.

Piszę o tym wszystkim dość ostro, mimo że kocham ten sport jak mało co. Jestem niemal pewna, że kiedyś uratował mi on życie. Mam z nim jedne z najfajniejszych, najcenniejszych wspomnień w życiu. Choć w tegorocznym sezonie nie zamierzam startować (ale daję sobie prawo do zmiany zdania w każdym momencie – bo mogę), nie jest dla mnie tylko zbiorem wspomnień, lecz także miłą codziennością.
Obserwuję jednak to „swoje” środowisko z perspektywy daleko różnej od tej, która była moim udziałem kilka lat temu. Jestem tym samym człowiekiem co wtedy, z tą samą skłonnością do potwornej autodestrukcji i tą samą umiejętnością wchodzenia w ogień tym głębiej, im bardziej on pali. Na szczęście zmienia się we mnie przynajmniej świadomość. Klapki na oczach są coraz szerzej ustawione (wychodzę z założenia, że człowiek nie jest w stanie się ich całkiem pozbyć) – widzę coraz więcej i coraz więcej wiem.

I niech tak będzie dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.