Zaczyna się najpiękniejszy miesiąc roku. Ten, który daje mi radość i spokój. Nie jest mi wreszcie zimno, nie jest mi ciągle ciemno, szaro i brudno. Niekończące się dni zapraszają do działania od samego rana do późnego wieczora. Świat znowu budzi się do życia.

Jestem autentycznie wdzięczna za to, że to, co pierwsze zobaczyłam dziś po wyjściu z domu o piątej nad ranem, to klucz łabędzi nad moją głową. Że niespełna 10 minut później spacerowałam już ścieżką prowadzącą nad morze. Pustą, słoneczną, pachnącą bzem, w akompaniamencie cudownego śpiewu ptaków. Że orzeźwiające, nieco niespokojne morze najpierw przeszyło moje stopy i łydki chłodem, a potem dało im utęskniony komfort. Wiem, że jestem tam, gdzie chcę być i że nie zamieniłabym tego miejsca na żadne inne. Patrzę wtedy Światu głęboko w oczy i przybijam sobie z nim piątkę.
Za to, że mam przy sobie Smoka, psa mojego życia, najwspanialszego towarzysza, który jest gotowy do działania choćby i o trzeciej w nocy i nigdy nie pyta, czy to spacer wieczorny, czy już poranny. Za to, że po kąpieli w morzu tak przyjemnie pachnie czystym i nieco zapiaszczonym psem. Kocham go nad życie, w nim jest część mojej duszy.
I że wracając z tego spaceru, mogę zatrzymać się przy piekarni i być pierwszą klientką, która kupuje chleb. Przyjść do domu i zaparzyć sobie kawę; bezlitośnie mocną, celebrowaną każdego poranka i tylko wtedy. Powoli zabrać się do pracy i wypatrywać, czy słońce już zawitało na moim balkonie, żeby czym prędzej przenieść biuro na pufę z widokiem na osiedle.

Ale te niekończące się dni próbują mnie też rozliczać, albo może to ja czuję się w obowiązku rozliczać przed nimi. Tak trudno jest mi choć trochę poluzować tę smycz, na której tak krótko się trzymam przez całe życie. Wewnętrznie się przytulić i powiedzieć do samej siebie: odpierdol się wreszcie od tej Joanny. Przestań się jej o wszystko czepiać. Stawiać krzyżyki w kalendarzu przy udanych i nieudanych dniach i przedsięwzięciach.

Już teraz, gdybym miała opisać swoje życie, byłaby to niemalże historia kilku żyć i to mimo, że nie wyjechałam nigdy poza Europę, nie urodziłam dzieci, nie zdobyłam mistrzostwa świata w żadnej dyscyplinie sportu, nie przeżyłam wojny, powstania ani trzęsienia ziemi. To byłaby opowieść, która nie chce tracić rozpędu.

Czerwiec. To byłby miesiąc, w którym jak zwykle rozpoczynałabym sezon startów, gdyby nie to, że w tym roku startów nie będzie. Dziś świętowałabym dziesiątą rocznicę związku z Człowiekiem, z którym miałam się przecież zestarzeć, ale żadnej rocznicy nie będzie, bo nie dobiliśmy nawet do dziewiątej. To bywał ten miesiąc, w którym jedyne, o czym marzyłam, to żeby porwać rower i wyruszyć w trasę, im dalej, tym lepiej i wrócić na ostatnich nogach, zakurzona, głodna i najszczęśliwsza na świecie. Dzisiaj nie wiem, czy marzę o czymkolwiek.

Cały zeszły rok był jak na gigancie. Poznałam siebie z zaskakująco wielu stron. Dokonały się we mnie wielkie zmiany. Ale oprócz dzikich tańców, niezwykłych uniesień, motyli w brzuchu, wina na plaży, samodzielnych, a jakże dzielnych przeprowadzek, brania spraw w swoje ręce, to były też rozpacze, zagubienie, niepokój i walka o byt. Ogromna mobilizacja, ogromne obciążenie. Więc gdy wreszcie poczułam, że łapię oddech, że mam wokół siebie choć trochę przestrzeni, mój układ nerwowy razem z immunologicznym powiedział: ok to pa.

I wtedy zgasło światło, gwałtowniej i boleśniej niż kiedykolwiek, bo z tego rozpędu wbiłam się prosto w ścianę.

Cóż, zapowiadałam przecież, że to nie będzie historia z happy endem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.