Wiele się wydarzyło w ciągu ostatniego miesiąca.
Musiałam podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w życiu i pożegnać się z moim Pierwszym Psem. Myślałam, że będę trochę bardziej gotowa na ten moment niż byłam w rzeczywistości. Spędziłam ponad dwa tygodnie ze swoimi Ulubionymi Ludźmi, którzy po raz kolejny uratowali mnie od umarcia z rozpaczy, tym razem już rozbijając bank swoją dobrocią. Nie wiem co bym bez nich zrobiła i chyba nigdy nie będę w stanie się im za to odwdzięczyć. Odetchnęłam. Zrobiłam kilka treningów, które nawet chciało mi się zrobić. Kupiłam samochód, z którym polubiłam się od pierwszego wejrzenia i który już szykuje się na wycieczki małe i duże. Rozchorowałam się ze trzy razy. Dostałam dwa zakazy trenowania od lekarzy dwóch różnych specjalności oraz propozycję zwolnienia lekarskiego na miesiąc.
What the fuck.

Mogłabym powiedzieć, że jestem w ciemnej dupie, ale to przecież nieprawda. Jestem w zupełnie standardowym miejscu swojego życia. Nie pierwszy i nie ostatni raz, choć okej, przyznaję, tym razem wyprzedziłam samą siebie i udało mi się osiągnąć jakąś rozpaczocepcję. Tego jeszcze nie grali.

Nie do końca nawet zauważam, że jest już prawie wiosna, że coraz cieplej i że dzień coraz dłuższy. Wszystko co mam i miałam, zmienia się bezpowrotnie. Zamykają się kolejne rozdziały, poprzednie plany tracą na aktualności, a ja kompletnie nie wiem co dalej.

Miesięcznego L4 nie wzięłam, bo moja szefowa jest mną i nie da mi odpocząć. Zresztą za bardzo lubię swoją pracę, żeby tak po prostu ją odpuścić. Mogę jedynie – wspinając się na wyżyny samozaopiekowania – opierać się pokusie zarzucania się wielką ilością nowej roboty, co idzie mi – uśredniając – tak sobie.

Przez wiele lat udawało mi się uciekać od wszystkiego w sport, a teraz nawet ten myk nie zadziałał. Mam wrażenie, że ten statek odcumował niepostrzeżenie. Już nawet nie liczę godzin i dni, nie patrzę, nie czytam, nie oglądam, żeby się nie dobijać. Nie od wczoraj wiem, że co najmniej od dwóch sezonów ubijam się sportem zdrowotnie, ale widocznie musiałam poczekać i przekonać się o tym sama, doprowadzając się do momentu, w którym nie jestem w stanie zrobić zadania treningowego. Żadnego.

Trochę słabo, trochę to może jakiś punkt zwrotny, z którego będę kiedyś zadowolona. Nie mam pojęcia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.