Minęło mi właśnie pół roku, odkąd jestem sopocianką. Znowu przeprowadziłam się w miejsce, które wydaje mi się najlepszym z możliwych. Najlepszym z dotychczasowych. Od ponad dwóch lat przeprowadzam się w wyłącznie takie miejsca.

Od ponad dwóch lat… to moja piąta przeprowadzka.

Tu jest pięknie, tu jest dobrze, a jednocześnie cały czas tymczasowo. Właściwie to wciąż nie mam domu. Miałam przez chwilę, parę lat temu, myślałam że to już to. Wyprowadzałam się stamtąd żwawiej niż się urządzałam. Życie chyba trochę lubi mnie kopać w dupę.

Waham się za każdym razem, gdy mam kupić do mieszkania coś, czego nie spakuję do samochodu osobowego. Bo tyle pozwalam sobie mieć: nie więcej niż to, co mogę wrzucić na tylne siedzenia. Bo nie wiem co będzie. Przyzwyczajam się do życia z tym wielkim znakiem zapytania.

Czeka mnie jeszcze tyle życiowych zakrętów, decyzji, zwrotów akcji. Musi, a ja się na to otwieram, bo cóż mi pozostało. Myślałam że już dobiłam do swojej przystani, ale to, podobnie jak dziesiątki moich przekonań, runęło w zgliszczach i do tej pory nie przestało dymić, mimo że już przeszła przez to i nawałnica, i gradobicie.

Jeszcze nie tak dawno czułam, że jestem tu gdzie mam być. Że już niczego więcej nie muszę osiągać, że się dokonało to, co się miało dokonać. Że dotarłam do bezpiecznej przystani. To również nie była prawda. Więc gonię dalej przed siebie, szukając sensu. Ale ten jeden przebłysk, to jedno drgnienie serca wystarczyło mi, żeby wiedzieć, że to we mnie jest, że można inaczej, że być może tego właśnie szukam.

Nie zrobiłam ani kroku wstecz, ale to nie znaczy, że nie oglądam się za siebie. Trudno mi zaakceptować, że pewne rozdziały w moim życiu skończyły się bezpowrotnie. Jak do tej pory żadnego etapu w swoim życiu nie żałuję, jednak żałuję tego, że to naprawdę nie ma żadnego znaczenia.

Po wielu trudnych życiowych zakrętach, stoczonych bitwach i emocjonalnym rollercoasterze, pojawiła się we mnie prosta, jakże zaczepna myśl: „Po co mi to wszystko?”. Dość zaskakujące, że przyszła do mnie ni stąd, ni zowąd, akurat na trasie zawodów w Bydgoszczy – mojego najlepszego wyścigu nie tylko w tym roku, lecz także jednym z najlepszych w całej mojej sportowej przygodzie. Bardzo nie chciałam wtedy szukać dla niej odpowiedzi. Tylko że ona cały czas się dopytuje, a ja naprawdę nie potrafię jej rzeczowo odpowiedzieć.

Bo abstrahując od tego, jak bardzo nierealne były moje cele w zeszłych latach – były niekwestionowalne i silnie zakorzenione, a to dawało mi niezbywalną, samonapędzającą się siłę. Nie mam tego teraz i nie mam w zamian nic, w co mogłabym uwierzyć równie mocno.

Nie szukam już szczęścia. Wystarczyłby mi spokój ducha. Coraz mądrzejsza, coraz odważniejsza, ale nadal z sercem na dłoni.

1 Comment »

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.