No tak. Mogłam się domyślić, że jeśli nie napiszę relacji z Cyklo Kartuzy od razu po powrocie z zawodów, to już przepadło. Niewiele się pomyliłam, bo siadam do niej po dwóch tygodniach (!) i siłą rzeczy nie jest to najżywsze wspomnienie w mojej głowie.

Tradycyjnie powinnam poświęcić oddzielny wpis na relację z zawodów, w których wzięłam udział. Ale nie oszukujmy się, po takim czasie od startu patrzę już na to wszystko zupełnie inaczej. Ten ostatni start sezonu był jednak dla mnie tak niebywale symboliczny, że pozwolę sobie z jego perspektywy zajrzeć w szerszy kontekst.

Tydzień przed startem w Kartuzach był dla mnie bardzo trudny fizycznie. W poniedziałek trenowałam (stosunkowo) wypoczęta i zadowolona, ale widocznie tego dnia wykorzystałam całą fajność przeznaczoną dla mnie na cały tydzień. We wtorek nie trenowałam w ogóle, bo doba skróciła mi się do jakiejś niebywale małej liczby godzin. Dzień wcześniej skończyłam pracę przed północą, przed szóstą rano zaczęłam znowu. Potem nieco przedłużone sprawy na mieście, które w połączeniu z niewyspaniem i okropną pogodą sprawiły, że gdy wróciłam do domu, kołdra wessała mnie do swojego świata i nie chciała już wypuścić.

Uczę się, żeby w takich okolicznościach sobie odpuszczać. Bardzo możliwe, że gdybym wsiadła na ten zaplanowany rower, poczułabym się rześka i wypoczęta. Tylko że nie byłam ani rześka, ani wypoczęta, więc w ten sposób zaciągnęłabym sobie niezły dług. Nie jest mi to potrzebne. Powoli dociera do mnie świadomość, że ani filozofia „trening musi zostać odbyty” ani samoumęczanie się tym, że coś miałam zrobić, a czegoś nie zrobiłam, to nie jest to, czym chcę się kierować w życiu. Pokornie uznałam swoją ludzką słabość i upiorne zmęczenie i pozostałam pod kołderką.

Zdarzało mi się już próbować forsować bardzo złe samopoczucie, na przykład wtedy, gdy ruszyłam na trening z półpaścem (nie polecam). Bardzo dużo nauczyła mnie ta sytuacja i również teraz okazała się adekwatnym odniesieniem. W środę wstałam zakatarzona, kaszląca i w ogólnej rozsypce. A więc nie trenowałam znowu…
W czwartek i w piątek pojechałam na rower – w czwartek na delikatny akcent, w piątek na luźny rozjazd. Obydwa treningi poszły mi koszmarnie. Nie miałam ani siły, ani ochoty, ani nawet krzty determinacji, żeby docisnąć albo choćby pocieszyć się jazdą. Jechało mi się naprawdę źle, a to u mnie wcale nie takie częste. W sobotę po basenie ratowałam się sauną, po której poczułam się odrobinę lepiej, ale wyraźnie zaczęły boleć mnie zatoki. Niedzielny start stanął bardzo mocno pod znakiem zapytania. Decyzję miałam podjąć rano.

A więc w niedzielny poranek spędziłam bite 2,5 godziny nie zajmując się niczym innym poza ROZKMINĄ. Serio. Podskakiwałam w miejscu, żeby sprawdzić, czy dalej bolą mnie zatoki. Wizualizowałam sobie jechanie i niejechanie – obydwie opcje wydawały mi się słabe. Chodziłam z psami i zastanawiałam się, czy wolę zostać w domu i zastanawiać się, co by było gdybym pojechała czy pojechać i… właśnie. Bramka numer jeden: przecierpieć tę godzinę z kawałkiem, dotrzeć do mety na słabej pozycji i mieć to z głowy; bramka numer dwa: zaliczyć super wyścig i cieszyć się, że podjęłam decyzję na „tak”. Obie bramki wydawały mi się atrakcyjniejsze niż pozostanie przed ekranem kompa i stukaniem w klawisze. Zatem gdy już wszyscy zainteresowani zostali powiadomieni, że Joanny w Kartuzach nie będzie, Joanna rzuciła się pakować plecak. Ahoj, przygodo!

Zdjęcia ze startu w Kartuzach są od HbyM – serdecznie dziękuję!

Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazało się, że tym razem los przygotował dla mnie bramkę numer dwa. Ale jaja! O tym wyścigu mogłabym opowiadać bardzo długo. Ujmując rzecz w skrócie, na samym początku zaciągnęłam grupę jak wariatka, a potem gdy schowałam się na koniec peletonu, mogłam sobie pooglądać, jak z grupy odjeżdżają dwie zawodniczki, he he, w tym Ola, z którą miałam nadzieję nieco dłużej powspółpracować. Chwilę pojechałam z dziewczynami, a potem – ku zdziwieniu i swoim, i ichniejszym – oderwałam się od nich i ponad 30 km cisnęłam sama do mety. Zrobiłam sobie 40 sekund przewagi i tyle samo zabrakło mi do dogonienia Oli i Magdy. Metę przekroczyłam jako trzecia.

To był dla mnie bardzo udany start, bo nie spodziewałam się po sobie takiej siły i woli walki akurat tego dnia. Jechałam do Kartuz raczej jako zdechłe zombie, a tam przez godzinę cisnęłam na rowerze jak wścieklizna ze średnim tętnem 180. Trochę to było dla mnie nierzeczywiste, to się przecież nie mogło wydarzyć. Po raz kolejny przekonałam się, że moje wyobrażenia i samoocena swoich sił to jedno, a rzeczywistość… cóż. Tylko się cieszyć.


Z kolei ta fotka jest od Kariny i Tomka Marszałków. Z nimi i z Martą Napieracz – wszyscy z Endure Team – jechałam na te zawody. Mam super drużynę!

Mam sobie za co przybić pionę. Traktuję te ostatnie zawody w sezonie bardzo symbolicznie, bo było blisko do tego, żeby w ogóle mnie tam nie było. Ba – przecież ja w tym roku miałam w ogóle nigdzie nie startować, a nawet jeśli, to tak, żeby przyzwyczajać się do porażek i obstawiania niższych lokat. Jestem naprawdę… no chyba muszę to nazwać po imieniu: jestem dumna z tego, że ludzie, którzy nie znają szerszego kontekstu, mogli wcale nie zauważyć, że tak dużo się u mnie zmieniło w kontekście sportu. Obiektywnie patrząc: na gorsze=trudniejsze. Subiektywnie…

Mało kto wie o tym, że poprzedni sezon kończyłam z dojmującym przekonaniem, że kolejnego nie będę w stanie tak pociągnąć. Nie nazwę tego przetrenowaniem, wypaleniem czy zniechęceniem, bo to nie w tym rzecz. Również w ubiegłym roku sport dawał mi ogromnie dużo radości, spełnienia i dobrego samopoczucia – najwięcej ze wszystkiego na świecie. Z jakiegoś powodu miałam jednak bardzo silne poczucie, że nie dam rady dłużej funkcjonować w sposób taki, jaki sobie wtedy obrałam.
Po sezonie 2019 mam kompletnie inne podejście i mówię to z absolutnym, stuprocentowym przekonaniem. Wiem, ile zainwestowałam w sport w tym roku (mało!), ile trenowałam (relatywnie mało) i jak do tego wszystkiego podchodzę (chyba o wiele zdrowiej niż wcześniej). Mam spokojną głowę i przekonanie, że będzie dobrze, a zabawa może dopiero się zacząć. Bardzo mnie to jara, bo wiem, ile fajnego przede mną.

Nie mogę jednak powiedzieć, że jest mi tak totalnie beztrosko i łatwo. Jest mi bardzo daleko od beztrosko i równie daleko od łatwo. Mam poczucie, że ten rok mnie kształtuje – trochę za pomocą przeorania twarzą po betonie, but still. Mój organizm to jest jednak mądre zwierzątko i potrafi sam się uratować. Nie tak dawno udało mi się odkryć bardzo konstruktywny mechanizm mózgownicy. Rozkminy tak strasznie mnie wymęczyły i zmasakrowały, że w pewnym momencie zadałam sobie sama pytanie: „Czy to jest jeszcze w jakikolwiek sposób konstruktywne? Czy rozkminiam po to, żeby dojść do jakiegoś światłego wniosku, czy tylko po to, żeby sobie dojebać?”. No i szybko doszłam do wniosku, że opcja ostatnia jest prawdziwa, więc nie ma sensu robić sobie myślodsiewni 125 razy dziennie. Ja pierdzielę, sama się spsychoterapeutyzowałam, czy to nie doskonałe? Uważam że doskonałe, ale wolałabym nie za często mieć ku temu aż tak palącą potrzebę.

Tymczasem życzę sobie i Wam wszystkim takiego słoneczka we wrześniowe dni jak w ostatni czwartek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.