Jako że już od ponad tygodnia nie mogę biegać, mam w planie treningowym nieco więcej pływania niż zwykle. Trzy dni z rzędu – nie pamiętam, kiedy ostatnio tak często byłam na pływalni! Kończąc piątkowy trening czułam, że moje barki, ramiona i szyja proszą mnie bardzo o to, abym już w tym tygodniu nie pływała. Wracając jednak z basenu do domu znalazłam jednak informację o pływackim wyścigu dookoła molo w Sopocie, który miał się odbyć… następnego dnia.

Upewniłam się u Emilii, czy zawody na pewno są nazajutrz, bo była to akurat edycja przekładana, która w regulaminie widniała pod inną datą. No i faktycznie. Niewiele myśląc, spytałam Coacha Tomasza o opinię na ten temat i po otrzymaniu aprobaty, czym prędzej się zapisałam. Następnie wróciłam do swoich obowiązków.

W tym roku wyjątkowo udaje mi się znajdywać balans pomiędzy życiem prywatnym, służbowym a sportowym, choć czasem przybiera to formy survivalu, a nie balansu. W piątek z kolei ten „work-life balance” gibnął się zdecydowanie w stronę „life”. Wróciłam do domu z kwadrans po północy, bo wraz z ekipą siedzieliśmy do późna na plaży, podziwiając Aerobaltic Show… i takie takie. Wypoczęłam mentalnie, ale budzik po pięciu godzinach snu musiał mnie mocno przekonywać do tego, ażebym zostawiła dla niego kołdrę i poduszkę.

Wstawanie bardzo rano jest moim najskuteczniejszym sposobem na efektywność. Mój chronotyp to skowronek i nawet jeśli deadline’y gonią mnie z siekierą, nie jestem w stanie pracować do późnej nocy. Po prostu nie i już. Wielokrotnie próbowałam się z tym na przykład podczas sesji egzaminacyjnej na studiach i nigdy, choćbym była skrajnie nieprzygotowana, nie umiałam wysiedzieć nad notatkami do nocy. Za to wstać o wpół do czwartej nad ranem – proszę bardzo. Teraz działa to u mnie dokładnie tak samo. Jako że jestem w trakcie redagowania ostatnich stron książki – o tym też będzie odrębny wpis, a dla tych którzy nie wiedzą: piszę książkę z Wiktorem Jodłowskim, założycielem marki Talkersi i agencji marketingowej LONG GAME – muszę zerwać się jak najwcześniej, bo wtedy mam najlepsze flow i robota idzie mi trzy razy szybciej niż potem w ciągu dnia.

A zatem zrobiłam od rana ile się dało – niewyspana, obolała i z bolącym czerepem – potem wyszłam jeszcze raz z psami, spakowałam się, wzięłam rower i… za kilka minut byłam pod sopockim molo. Ach, jak ja uwielbiam miejsce, w którym mieszkam!

Przed wyścigiem postanowiłam wejść na rozgrzewkę. Zapytałam organizatorów, czy można, potwierdzili. Popłynęłam więc sobie gdzieś-tam, zaskoczona wyśmienitym samopoczuciem w wodzie. W pewnym momencie podpłynął do mnie ratownik na kajaku i kazał zawracać na ląd. W połowie drogi czekał już na mnie wściekły sędzia, który opierniczył mnie za to, że wypłynęłam daleko w morze. Nie miałam pojęcia o tym, że rozgrzewać się owszem, można, ale tylko na obszarze kąpieliska, gdzie – he, he – wody jest po kolana. Cóż, niewiedza prawie kosztowała mnie dyskwalifikację, ale yolo, niczego nie żałuję, bo pływało mi się świetnie.

Byłam święcie przekonana, że na tym starcie będzie mnóstwo wyczynowych pływaków, więc przepłynę się i mogę spadać do domu. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że byłam 6. kobietą OPEN i pierwszą w kategorii wiekowej 27-32! Fakt, na dystansie czułam się naprawdę wybornie. Rzadko czuję się AŻ TAK dobrze. Ramiona miały ewidentnie dzień konia, bo sięgałam po wodę, a ona pięknie układała mi się pod ręką i dawała dużo napędu. Wyprzedzałam tak, jak wyprzedzam niekiedy na rowerze. Wkurzał mnie tylko chip na kostce, który postanowił wybrać wolność i ciągle mi się odrywał. Raz nawet zatrzymałam się, żeby go poprawić, ale na niewiele mi się to zdało, bo na finiszowej prostej byłam już przekonana, że mi on odpadnie. Znowu widmo dyskwalifikacji?!

Zapis z mojego pulsometru twierdzi, że moje średnie tętno na dystansie wyniosło 170. To bardzo wysoko, a kompletnie tego nie czułam. Płynęło mi się tak dobrze i komfortowo, że aż mi było z tego powodu głupio. Mogłabym po wyjściu z wody biec po rower i lecieć dalej triathlon. Tylko że to przecież nie był triathlon, więc chciałam wykrzesać z siebie jak najwięcej intensywności. Złapałam tak dobry rytm, że chciałoby się tak płynąć i płynąć. Kurka wodna! Chciałabym kiedyś tak czuć się na zawodach biegowych.

Bardzo się cieszę, że nie za dużo rozkminiałam nad sensem startu w tych zawodach, tylko po prostu zapisałam się i poszłam. Strasznie doceniam te chwile oderwania się od rzeczywistości. Łapię te chwile i wyciskam je jak cytryny, bo bardzo ich ostatnio potrzebuję. Jakaś straszna sinusoida się u mnie ostatnio odbywa. Albo jest super, tak jak ostatnio na zawodach, albo źle i smutno na tyle, że nie mogę znaleźć sobie miejsca i wyrzucić z głowy myśli, które wbrew pozorom nic konstruktywnego mi nie przynoszą (choć chyba za każdym razem wydaje mi się, że owszem). To minie, poukłada się, bo jakoś musi. Ale to lato nie jest dla mnie specjalnie łaskawe – ani fizycznie, ani mentalnie. Choć szczęśliwie piszę to akurat z perspektywy bardzo dobrego samopoczucia po udanych zawodach i przesympatycznym wieczorze na gdyńskiej plaży. Nie jest łaskawe, a jednocześnie jest wyjątkowe, piękne i niezwykle dla mnie wartościowe. No sami widzicie, jak bardzo niejednoznaczne mam na ten temat zdanie.

Podobną zagadką jest dla mnie samo pływanie. A może sport w ogóle. Fajnie mi się układa ta moja pływacka historia. Zdecydowanie jest to temat na osobny wpis. Po tych kilku latach treningu w wodzie czuję, że jestem w miejscu, które mnie satysfakcjonuje – zarówno w tabeli wyników, jak i na co dzień. Bardzo się z tego cieszę i nie tracę nadziei, że kiedykolwiek stanie się podobnie z bieganiem. W sumie to wiem co robić…

Jak na razie jednak chyba muszę uzbroić się w cierpliwość. Moja stopa wciąż nie chce biegać, nawet chodzenie nie za bardzo jej się podoba. Na obydwa terminy pozostałych tegorocznych triathlonów znalazłam sobie już zawody alternatywne, ale wiadomo jak to jest – chciałoby się wystartować w swojej ulubionej dyscyplinie. Pożyjemy, zobaczymy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.