Kolarstwo szosowe to coś zupełnie innego niż triathlon. Ten bez draftingu – to oczywiste, ale w dużej mierze różni się też od triathlonu, w którym jedzie się w grupie. Od całkiem długiego czasu planowałam wystartować w zawodach szosowych serii Cyklo, jednak dopiero wczoraj udało mi się zrealizować ten plan. I było warto!

Można by się spodziewać, że jazda w grupie w triathlonie to coś bardzo podobnego do jazdy w peletonie szosowym. Jednak nie do końca. Rzeczywiście jest sporo cech wspólnych: trzeba być cały czas czujnym, komunikować się z resztą grupy, współpracować i myśleć. Z mojej perspektywy na tym podobieństwa się kończą. Gdybym była lepszą pływaczką, wyglądałoby to trochę inaczej, jednak do tej pory większość moich startów w triathlonie bez draftingu wyglądała tak, że wychodziłam z wody hen za najmocniejszymi dziewczynami i próbowałam je dogonić. Oznaczało to zazwyczaj samotną jazdę albo jazdę w niedużej grupie, w której nie było miejsca na kombinowanie i czarowanie, bo po prostu trzeba było gonić.

W kolarstwie wygląda to inaczej. Nie zaczynamy od pływania, więc grupy nie formują się na podstawie prędkości w zupełnie innej dyscyplinie. Nie schodzimy potem na bieg; dojeżdżamy na rowerze do mety, więc to, kto znajdzie się pierwszy na finiszu ma ogromne znaczenie. W kolarstwie jest więcej przestrzeni na kombinowanie, próbowanie różnych strategii… no i na supermocny sprint do mety.

W tym ostatnim jestem nieszczególnie dobra!

Ale zacznijmy od początku.
W tym roku organizator serii Cyklo wprowadził osobny start kobiet na krótszym dystansie. W poprzednich sezonach bardzo kusiło mnie, żeby wystartować w tych wyścigach, ale zdawałam sobie sprawę, że to nie jest najlepszy pomysł. Środek sezonu triathlonowego, moje nieobycie na rowerze w dużej grupie (typowy człowiek-trenażer) i wokół mnóstwo gości napalonych na jak najlepszy wynik na mecie – to nie brzmiało jak dobre połączenie. Z bólem serca odpuszczałam więc kolejne wyścigi, wiedząc że zwyczajnie gra nie jest warta świeczki. Jednak w tym roku, dzięki osobnemu sektorowi kobiet, zrobiło się naprawdę bezpiecznie.

Jako że w tym roku startowałam jedynie w triathlonach bez draftingu, a szosowa Emondzia stała smutna w kącie, postanowiłam dać jej chwilę radości. Strasznie lubię ten rower. Czasowego stwora też uwielbiam, jednak gdy po startach na nim chwytam szoskę, jej lekkość, zwrotność i zwinność mnie totalnie urzekają. Zatem jako że trener Tomasz nie miał nic przeciwko zabawie w kolarkę, znalazłam weekend wolny od triathlonów i zapisałam się na Cyklo Pelplin. Dwa dni przed zawodami Emondzia wyszła z serwisu dre rowery wypicowana jak nówka sztuka. Mniam mniam mniam.

Startowałam wczoraj po raz pierwszy od trzech tygodni. Tydzień temu miałam ścigać się w Elblągu, ale miałam jeszcze „zwolnienie z wuefu” przez zdrowotny kombos, o którym pewnie wielu z Was już czytało, a jeśli nie, to zapraszam tutaj. W Pelplinie miałam więc mieć świetną okazję do przepalenia płuc po tej przerwie…

O, ten plan zdecydowanie się powiódł.

Nie brałam nigdy udziału w typowym wyścigu szosowym. Miałam jakiś tam ogląd, bo ścigałam się w triathlonach bez draftingu, w Eliminatorze w Żarnowcu dwa lata temu (krótki, 3-kilometrowy wyścig pod górę) i w Bydgoszcz Cycling Challenge. Ta ostatnia impreza była najbardziej podobna do Cyklo, bo było to dwuetapowe ściganie (eliminacje i finał) w formie kryterium po 3 km pętli (a potem jeszcze czasówka na dobicie, he he). Niemniej nie miałam żadnego doświadczenia w ściganiu się na szosie w bezpośredniej rywalizacji z dziewczynami. Po starcie miałam więc niezły mindfuck. Dziewczyny ruszyły tak mocno, że zaświeciły mi się wszystkie kontrolki na kokpicie. Tętno wywaliło mi w kosmos, flaki zwinęły się w supeł, wątroba stanęła w ogniu. Dawno, BARDZO DAWNO nie doświadczyłam takiej intensywności. Przez chwilę byłam naprawdę nieźle wystraszona, bo nie miałam pojęcia, czy one przypadkiem nie zamierzają przytrzymać „tego” przez cały dystans. Wtedy absolutnie miałam ochotę iść do domu. Był jednak we mnie cień nadziei, że „to” nie będzie trwało aż tak długo, więc zęby w kierę i byle się nie porzygać. Miałam rację! Odjechałyśmy od reszty dziewczyn na bezpieczną odległość i szyki zostały sensownie rozluźnione. Kilka razy na dystansie zobaczyłam nawet tętno poniżej 160, a potem nawet poniżej 150. Czyli już wiedziałam, że będzie dobrze.

Zostało nas pięć zawodniczek i wszystkie pracowałyśmy bardzo dobrze i bardzo uczciwie. Cały czas byłam bardzo czujna, spodziewając się strzałów i zwrotów akcji. Nic takiego jednak nie następowało, jechałyśmy w stronę mety dość grzecznie. Dziewczyny były na tyle czujne i mocne, że jedyną akcją, na jaką mogłam sobie pozwolić, była akcja równie uczciwej pracy w peletonie 😉

Wiedziałam, że jeśli dojedziemy do finiszu wszystkie razem, to moją jedyną szansą na podium może być zwycięstwo w kategorii „człowiek który się najbardziej zmęczył”, ale z tego co mi wiadomo, za to jeszcze nikogo nigdy nie nagrodzono. Rzeczywiście jeszcze 1,5 kilometra przed metą byłyśmy w pięć osób. Po moim zaciągnięciu Magda została lekko w tyle (soraski), następnie po ostrym zakręcie Agata i Monika wystrzeliły do przodu. Zaraz za nimi była Agnieszka, a ja niestety wpadłam w lekki kocioł, mieszając się z grupą facetów rozstrzeloną po całej szerokości jezdni. Chwilę mi zajęło, aby slalomem przejechać między nimi, a dziewczyny coraz bardziej się oddalały. Oj niedobrze… Na 500 metrów do mety dogoniłam Agnieszkę i uciekając jej, zrobiłam chyba najodważniejszy manewr dnia, to znaczy wjazd w zakręt między krawężnik a zawodnika zmierzającego do zakrętu, yolo. Potem już dzida do mety. Przekroczyłam ją jako trzecia, a podium zmieściło nam się w czterech sekundach. Monika dwie sekundy przed Agatą, za dwie sekundy ja, a co więcej – Agnieszka tyle samo za mną. Piąta Magda.

Za metą wszystkie przybijałyśmy sobie piony, dziękowałyśmy za dobrą współpracę. To jest ściganie, w którym chcę brać udział! Niestety… tak samo narzekałyśmy na facetów, którzy niestety nie do końca respektują to, że jedziemy własny wyścig. Na trasie przez ponad 20 kilometrów ciągnęłyśmy za sobą dużą grupę mężczyzn, którzy miejscami zupełnie się z nami mieszali albo – co gorsza – łapali koło ostatniej dziewczyny podczas naszych zmian, przez co schodząca ze zmiany mogła albo się z nimi kłócić, albo mieszać się do grupy mężczyzn (czego nam nie wolno!). Bardzo niefajne zachowanie, mocno utrudniające pracę. Sama kilka razy spotkałam się z tym problemem, gdy na węższych odcinkach trasy po prostu „zajmowali moje miejsce”, a ja musiałam kombinować, jak się spomiędzy nich wykaraskać i dospawać do dziewczyn. Mam nadzieję, że w kolejnych wyścigach serii chłopaki będą coraz bardziej świadomi tego, że my naprawdę chcemy jechać swoje.

Poza tym drobnym mankamentem zawody oceniam super pozytywnie. Dobra, bezpieczna trasa, wspaniała pogoda, przejrzysta organizacja. Mam niecny plan, żeby pościgać się jeszcze we wrześniu w Kartuzach. Naprawdę strasznie lubię te harce na rowerze, nawet gdy intensywność wbija mi żołądek w nerki. No coś się w końcu należy tej Emondzi w piątym już sezonie jej dzielnej posługi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.