A więc zupełnie niespodziewanie, w środku sezonu startowego zaliczyłam półtora tygodnia bez treningu. I to wciąż mało powiedziane, bo właściwie to leżałam trupem, zwlekając się z wyra tylko wtedy, gdy było to konieczne. Co nie oznacza, że nie obleciałam Trójmiasta ze trzy razy wzdłuż i wszerz.

Przyznaję, to był epicki okres. Epicko nieproduktywny, bo przez kilka dni, mimo dużej ilości czasu do zagospodarowania, nie byłam w stanie zrobić nic. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek tak fatalnie się czuła przez tak długi czas. Szczerze mówiąc, to chorowanie mnie zmieliło, pogryzło i wypluło. Jestem naprawdę pod wrażeniem, że tak gładko wróciłam do normalnego trybu funkcjonowania i trenowania. Ale o tym ostatnim zaraz.

Wracając jeszcze na chwilę do stóp – gdyby ktoś mi powiedział, że można się tak załatwić głupim sprayem z ketoprofenem, nie uwierzyłabym w to. Naprawdę nie wydaje mi się to w żaden sposób logiczne. I jeśli myślicie że przesadzam, to zapraszam, obejrzyjcie sobie sweet foteczki. Ostrzegam – nie przy jedzeniu, nie w zbyt dobrym humorze i nie w nazbyt złym, tylko dla dorosłych i tak dalej.
A więc dwa tygodnie temu w poniedziałek moje stopy wyglądały tak – klik. Zakładanie butów już bardzo bolało, a próby wyjścia na rower zaniechałam. Wtorek – apogeum masakry – klik, drugi klik, trzeci klik. Tego poziomu cierpienia nie życzę nikomu. Tak, jakbym wsadziła nogi do ogniska i tam je przytrzymała. W środę co półtorej godziny przebijałam pęcherze, zmieniałam opatrunki i okładałam stopy maściami. Czwartek i piątek – klik – to już stopy rodem z mięsnego.

Na początku bieżącego tygodnia stopy wyglądały już nieźle, po prostu złaziła z nich skóra. Ogólnoustrojowo czułam się natomiast nadal bardzo źle. Na tyle źle, że we wtorek od samego rana porównywałam swoje objawy do znalezionej w internecie listy objawów boreliozy. Oczywiście wszystko się zgadzało. Ledwo zipiałam, a musiałam załatwić kilka spraw na mieście.

Jednak tego dziesiątego już dnia chorowania byłam już tak zblazowana, że idąc ulicą we Wrzeszczu, postanowiłam zrealizować pomysł rejestracji swojej firmy, z którym nosiłam się od jakiegoś czasu. Miałam 800 metrów pieszo na to, aby wymyślić nazwę i jak na copywritera przystało, dokonałam tego. I z wrodzoną sobie złą aurą użytkownika, zablokowałam okienko w Urzędzie Miasta Gdańska na godzinę, bo wszelkie komputery i systemy nagle zaczęły się zawieszać. Przypadek nie sądzę.

Zatem – podsumowując ten piękny letni miesiąc – najpierw w Bydgoszczy na trasie rowerowej próbował skasować mnie samochód, potem przywaliłam w coś palcem u stopy i latałam po lekarzach z podejrzeniem złamania, następnie odezwało się zapalenie rozcięgna, potem spaliłam sobie stopy (i nie tylko) ketoprofenem, dołożyłam do tego anginę, a gdy wyzdrowiałam, to byłam zupełnie naprawiona przez jakieś trzy dni, po czym obudziłam się z okrutnie zapuchniętymi oczami, oznaczającymi zapalenie spojówek lub kolejny hardkorowy atak alergii na nie-wiadomo-co. Mojej liczby wizyt u lekarzy z samego lipca nie powstydziłaby się moja babcia. Ani obie babcie razem wzięte.

Założenie soczewek na oczy graniczyło dziś z cudem, ale trening rowerowy wszedł tak jak miał wejść. I wreszcie, po dwóch tygodniach przerwy, poszłam na basen! To wątpliwy pomysł przy ocznej niedyspozycji, ale jak się okazało, wyszłam z pływalni w lepszej formie niż na nią wchodziłam. Oby tym razem obyło się bez przerw w planie treningowym. Ja naprawdę przecież nie proszę o wiele…

Mimo wszystko naprawdę (jeszcze?) nie czuję się największym pechowcem świata. Ten lipiec jest dziwny. Trudny ze wszech miar, fizycznie i emocjonalnie. Ale niektóre sprawy układają się tak, jakby ktoś nade mną czuwał.
Weźmy choćby tę firmę. Choć wcześniej odbyłam kilka cennych rozmów z osobami, które w tej materii uważam za ekspertów, ostateczna decyzja została przeze mnie podjęta na zasadzie „a teraz prędko, zanim się zorientuję, że to bez sensu”. Życiowo jestem raczej pesymistką, w porywach do pesymistycznej realistki. Zwykle boję się, że sobie z czymś nie poradzę. Czegoś pewnie nie wzięłam pod uwagę, coś pominęłam w rozważaniach, a to na pewno okaże się krytycznie ważne i mnie „dojedzie”. No więc niecałą dobę po zarejestrowaniu firmy zaczęła dziać się magia, bo – bez najmniejszego ruchu z mojej strony – przyszła do mnie propozycja stałej współpracy – „Joanna, chcielibyśmy ci złożyć ofertę” – która miałaby wypełnić lukę, której wypełnienia potrzebowałam. Pozostało mi zdecydować, w jak dużym wymiarze czasowym chcę się w to zaangażować. Gdy byłam już o krok od podjęcia decyzji, że wszystko albo nic i sen jest przecież dla słabych, przyszła do mnie – bang! – propozycja napisania kolejnej książki. Chcąc rozeznać się w sytuacji i wstępnie poznać osobę, z którą być może będę współpracować, posłuchałam kilku jej wystąpień, w tym przemówienia na Tedx, podcastów i filmów na YouTube’ie. I usłyszałam dokładnie to, co potrzebowałam usłyszeć, aby poczuć się absolutnie zainspirowana. Oraz wiedzieć już co robić.

Ileż to razy w tym roku kalendarzowym sama sobie podstawiałam nogę, żeby zlecieć wreszcie na ryj z pomostu do głębokiej wody. I co z tego wszystko wyszło. I co mi powiedział mój poprzedni trener pływania, gdy zagadnął mnie w styczniu na basenie, a ja byłam akurat na etapie, kiedy wychodziłam z domu o 4:12, płakałam na przystanku SKM-ki, potem o 5:10 czekając na tramwaj w Gdańsku znowu płakałam, a potem dopiero w szatni po treningu, żeby w międzyczasie nie robić wsi. No chyba że akurat zagadnął mnie trener. A powiedział mi wtedy tak: „Aśka, gdybyś ty nagle dostała zadanie, że za tydzień masz otworzyć wulkanizację, to byś to zrobiła”. Wtedy tak nie uważałam, bynajmniej. Wtedy byłam malutką dziewczynką, która wyszła z cieplutkiego domu wprost w ciemny las i złapała ją zajebista śnieżyca. Teraz widzę, jak mnie to zbudowało. To naprawdę nie jest czcze gadanie, że trudne doświadczenia wzmacniają człowieka. Nigdy nie byłam życiowo mocniejsza niż jestem teraz. I to wcale nie oznacza, że obudowałam się kuloodporną ścianą i znieczuliłam. Wręcz przeciwnie, otworzyłam się na wszystko, bo wiem, że jestem w stanie to wszystko znieść.

Już kilka razy słyszałam od różnych osób, że ten sezon sportowy mam chyba spektakularnie dobry. Przez pierwsze dwa-trzy razy uznawałam, że chyba nauczyłam się robić wokół siebie dobry marketing, skoro to tak wygląda. A potem zaczęłam się nad tym zastanawiać. Bo chyba wciąż nie do końca dociera do mnie, że pomimo ogromnych zawirowań życiowych, nietrenowania do połowy lutego, kompletnej zmiany priorytetów, zejścia z objętości treningowej i ucięciu znacznej ilości środków na wszystko co związane ze sportem – wciąż jest dobrze.
Rozpatrując tę kwestię bezwzględnymi wartościami – nie jest aż tak super. Patrząc po treningach, we wcześniejszych sezonach zdarzało mi się pływać szybciej, biegać mocniej, kręcić… Okej, tutaj nie mam przekonania, zwłaszcza po ostatnich dziwnych rzeczach typu powtórzenia minutowe z minutową przerwą po 360-370 watów. Takie rzeczy mnie zaskakują, przyznaję. Podobnie jak to, że – choć to kompletnie nieogiczne – pływam na zawodach lepiej niż kiedykolwiek, a biegam tak, jakbym na treningach robiła o wiele więcej. I to też jest dla mnie magia, której chcę więcej i więcej. Dlatego bardzo mocno wierzę, że ten sezon się dla mnie jeszcze nie skończył. I że kolejne będą równie pozytywnie zaskakujące.

4 Comments »

  1. Parafrazując.
    Asia S Beta wersja Fenix 6.
    Ma wszystko o czym pomyślałeś lub mogłeś pomyśleć.
    Ma też wszystko to co nawet poecie i inżynierom Garmina nie przyszło do głowy.

    Pięknie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.