Udzielając krótkiego wywiadu dla dziennikarza Triathlonlife.pl powiedziałam, że podczas trzeciego startu w gdańskim triathlonie wreszcie nie miałam żadnych komplikacji. Trzy lata temu biegłam z niebywałą kolką, dwa lata temu jechałam z pękniętą szytką. Może w porównaniu do tamtych startów, ten rzeczywiście był mniej skomplikowany, jednak stwierdzam, że gdy udzielałam tej odpowiedzi, chyba na chwilę opuścił mnie mój wrodzony pesymizm i trochę przesadziłam!

Zacznę może od tego, że po superudanym zeszłotygodniowym starcie w Bydgoszczy miałam supertrudną niedzielę. Od kilku tygodni borykam się z zapaleniem rozcięgna podeszwowego, które na zmianę boli tylko trochę albo bardzo mocno. Po startach lubi przyjąć ten drugi wariant, ale o dziwo, podczas samych zawodów niemal w ogóle tego nie odczuwam. W nocy pomiędzy triathlonem a swimrunem w Stężycy ledwo stawałam na stopę, o czym później w ogóle nie pamiętałam podczas wyścigu. Jednak po Bydgoszczy rozcięgno dało o sobie znać wyjątkowo mocno, przez co chodzenie było mocno utrudnione.
Na końcówce dystansu biegowego w Bydgoszczy poczułam też, że „chyba otarłam sobie palec stopy”. Wyjęłam nogę z buta i zobaczyłam siny palec, ewidentnie nie jedynie otarty. Tak się złożyło, że wrzuciłam fotkę na InstaStory i dostałam chyba z dziesięć wiadomości, że wygląda jak złamany. Niestety dwie spośród tych wiadomości były od lekarzy, w tym jedna od lekarza ortopedy, więc postanowiłam w to uwierzyć. Dzięki temu zarówno poniedziałkowe, jak i wtorkowe przedpołudnie spędziłam w przychodniach.

Long story short, palec na prześwietleniu nie wyglądał na złamany, więc przyjęłam, że jest tylko mocno potłuczony lub podkręcony. I teraz sprawy przyjmują nieoczekiwany obrót, ponieważ krótko później moim głównym problemem przestały być rozcięgno czy palec (co nie znaczy, że przestały boleć). Dostałam receptę na Ketospray, który – o czym zostałam poinformowana zarówno przez lekarza, jak i przez wielki napis na opakowaniu – jest silnie fototoksyczny. Oznacza to, że po aplikacji nie wolno wychodzić na słońce. Z racji tego, że aplikowałam go na spód stopy, byłam przekonana, że to nie będzie żaden kłopot. Niestety okazało się, że wszystkie miejsca, na które dostało się choćby trochę sprayu, dostały silnej – ekstremalnie silnej – reakcji alergicznej. Nawet dłonie, które dokładnie myłam po używaniu Ketosprayu. Jeśli zastanawiacie się, co to znaczy „ekstremalnie silna” i czy hiperbolizuję czy nie, to możecie sobie zobaczyć fotki, ale ostrzegam, nie przy jedzeniu: 1, 2, 3.
Jeśli zastanawiacie się, jak z czymś takim ukończyć triathlon, to odpowiadam: najpierw płynąc, potem jadąc na rowerze, a następnie biegnąc. Niestety, dzisiaj jest jeszcze gorzej niż było wczoraj, a ja niedługo wykupię pół apteki, żeby jakkolwiek sobie ulżyć.

Wpis o zawodach triathlonowych w Gdańsku zaczyna się więc opowieścią o tym, jak to nie mogłam spać do drugiej w nocy w sobotę. Przez cały dzień wstrzymywałam się od brania ibupromu i przeciwalergicznego xyzalu z racji nadchodzącego wyścigu. Jednak gdy o wpół do drugiej w nocy nadal siedziałam na krześle w kuchni, trzymając butelkę z wodą wyjętą z lodówki i przykładając ją do kolejnych oparzonych miejsc, stało się dla mnie jasne, że albo prawdopodobnie nie zasnę w ogóle, albo muszę wziąć lekarstwa i ryzykować, że nie wstanę albo będę się czuć słabo.

Wzięłam (tylko xyzal, bo przecież ból jest tylko opinią), wstałam, czułam się akceptowalnie. Przed siódmą rano wyprowadziłam psy, wpakowałam graty do plecaka i ruszyłam na stację Mevo. Rower czasowy zawiozłam dzień wcześniej do strefy zmian, również na kołach i również biorąc Mevo na drogę powrotną. Pierwszy raz jechałam tym miejskim rowerem jakikolwiek dłuższy odcinek i muszę przyznać, że bawiłam się świetnie. Nie przeszkadzał mi nawet plecak zapakowany w dwie pary butów, piankę, strój, butelkę z wodą i wszelkie akcesoria potrzebne do zawodów. Przemierzając jeszcze pustą drogę rowerową wzdłuż pasa nadmorskiego, czułam się bardzo wakacyjnie i fajnie.

W strefie zmian przywitał mnie rower pod kołdrą. Śmieszki-heheszki, ale rzeczywiście Concept w folii bąbelkowej robił furorę wśród zawodników. W piątek zorientowałam się, że nie mam folii ochronnej na rower, a jeśli chcę jechać nim w sobotę do strefy zmian, to siłą rzeczy nie zatrzymam się po drodze w obi, żeby kupić coś na jej podobieństwo. Miałam jednak w szafie wielki rulon folii bąbelkowej, której właściciele mieszkania nie zdążyli wyrzucić – i całe szczęście, bo okazała się idealna, aby owinąć nią rower. Jakimś cudem zmieściłam ją do plecaka i wesoło pojechałam do strefy. Wszystko byłoby spoko, gdyby nie to, że brakowało mi jeszcze taśmy klejącej. I tak oto zaczęło się żebranie o naklejki pamiątkowe z pakietów innych zawodników wchodzących do strefy zmian. Operacja się powiodła, a owinięty trek był najpilniej strzeżonym jednośladem w strefie.

Do właściwego ścigania docieramy standardowo dopiero po sześciu akapitach.

Fala zero – chłopaków z życiówkami poniżej 2:10 i dziewczyn poniżej 2:30 – wystartowała wspólnie przed resztą zawodników. Miałam przyjemność znaleźć się w tej fali, dzięki czemu na chwilę przypomniałam sobie, co oznacza pralka w triathlonie. Jak zwykle wystartowałam jak ostatnia pierdoła – w momencie nadawania sygnału startera stałam w drugiej linii zawodników, sekundę później byłam w piątej. Klasyka gatunku. Dopiero po około dwustu metrach dogoniłam i wyprzedziłam Olę, która na brzegu stała obok mnie.
Dawno nie wypiłam tyle wody z akwenu na zawodach. Fala była większa niż się spodziewałam. W tym roku wody otwarte odwiedzam tylko podczas zawodów, więc tym bardziej byłam zaskoczona. Niemniej w takich warunkach radzę sobie stosunkowo dobrze, to znaczy nie wymiękam, a po chwili bezsensownego siłowania się z falą łapię rytm i zaczynam wykorzystywać warunki jak tylko się da. Nawigacja na fali, mocne pociągnięcia przy schodzeniu z niej… i jakoś szło. Odległości między bojami były jednak tak duże, że nawigowałam głównie na zawodników przed sobą, a nie na bojki.
Na ostatniej prostej, jakieś 300 metrów do wyjścia, znowu zobaczyłam Olę przed sobą. Zwykle w trakcie pływania nie rozpoznaję ludzi, ale ona miała piankę bez rękawów i zielony strój, więc łatwo było ją zidentyfikować. Pomyślałam sobie: no nie, jakim cudem? Przecież wyprzedzałam ją na pierwszej prostej i później nie widziałam jej ani w swoich nogach, ani nigdzie obok. Zaskoczyło mnie to bardzo, ale również zmotywowało do tego, żeby docisnąć końcówkę i wyjść równo z nią. Dopłynęliśmy do brzegu, Ola wstała… i okazała się Maćkiem, mężem Oli. No tak, przecież mają takie same pianki i stroje! A zatem po raz kolejny moje pływanie w triathlonie zaskoczyło mnie pozytywnie. Nigdy wcześniej nie byłam w stanie popłynąć tak szybko jak Maciej. Wciąż tego nie rozumiem, ale niezmiennie bardzo się cieszę z tego progresu.

W strefie zmian zobaczyłam Martę dobiegającą do swojego roweru. Spodziewałam się, że popłynie szybciej ode mnie, ale spodziewałam się też, że wyjdzie przede mną na rower. Okazuje się jednak, że gdzieś w międzyczasie poprawiłam także swoje ogarnięcie w strefie zmian i udało mi się to zrobić całkiem sprawnie, dzięki czemu od wyjścia z T1 byłam już prowadzącą wśród kobiet.

Rower, jeśli chodzi o moc, pojechałam identycznie jak w Bydgoszczy. Bardzo mnie to cieszy, bo tydzień temu byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona. Niestety znowu na ostatnich kilometrach straciłam swoje równiutkie NP 230W i zakończyłam rower na wartości 226. Nie wiem, czy więcej w tym opadnięcia z sił czy strachu przed częścią biegową. Niemniej – uważam że to i tak magia, że udaje mi się jeździć w tym roku tak mocno. Zgadza się, zdarzało mi się w zeszłych sezonach cisnąć mocniej – weźmy chociaż NP 237W na dystansie olimpijskim podczas MP w Kraśniku czy NP 242W rok wcześniej na mistrzostwach Polski w Chodzieży, gdzie postanowiłam umrzeć uciekając przed dublem. Niemniej jestem zadowolona, bo wiem, że idzie ku dobremu i to bardzo. W poprzednich sezonach robiłam dużo bardzo ciężkich treningów na rowerze i gdybym miała subiektywnie oceniać różnicę, uznałabym, że w tym roku robię 35-40% tego. W 2019 roku do połowy lutego siedziałam na rowerze może dwa razy i ani razu trening nie przekroczył godziny. Wciąż ani razu nie zrobiłam na trenażerze treningu dłuższego niż 1h45min, a co więcej, każdy z nich przeżyłam bez wiatraka (którym wciąż nie dysponuję). Na „ustawkę” w grupie pojechałam raz, w lutym, jeszcze przed rozpoczęciem współpracy z Tomkiem. Podsumowując – środki, którymi teraz podążam do celu, są wyraźnie łagodniejsze niż wcześniej i dzięki temu wiem, że jest we mnie jeszcze bardzo duża rezerwa. Co ważne: zdaję sobie także sprawę z tego, że sięgnięcie po tę rezerwę nie będzie mnie kosztowało więcej, niż mogę z siebie dać.


fot. Triathlon Gdańsk

No i bieg, ten wstrętny bieg. Wychodząc na tę część miałam kilka wniosków, z których najważniejszymi były, że (1) hmm, pięta na razie mnie nie boli oraz (2) goni mnie zgraja rozpędzonych dziewczyn. Mając już jakiś ogląd swoich możliwości po Bydgoszczy, miałam także oczekiwania, a co za tym idzie… narastającą presję prowadzącej. Bardzo chciałam pobiec tak jak tydzień temu, jednak tym razem nie było mi to dane. Trochę się tego spodziewałam, bo przez cały tydzień – biegając bardzo mało ze względu na kombos kontuzji – czułam, że nie biega mi się aż tak dobrze jak przed Bydgoszczą. Byłam więc nieco zawiedziona tempem o 7 sekund na kilometr niższym niż tydzień temu, ale był to wyłącznie zawód wynikający z doświadczenia z Bydgoszczy, a nie rozsądnej kalkulacji. Bo naprawdę, biorąc pod uwagę moje ostatnie ileś-tam czasu treningów biegowych, to wciąż było dobre tempo. Pisałam już o tym wcześniej i nie ma w tym krzty przesady.

Na drugiej pętli biegowej walczyły we mnie dwie Aśki. Jedna mówiła: wciąż prowadzisz! wygrasz! masz to! rany, jak super, przekroczysz tę metę jako pierwsza! Druga ją strofowała: wyścig wciąż trwa, a laski za tobą z pewnością biegną szybciej, więc skup się i napieraj. Całe szczęście, że druga nie pozwoliła tej pierwszej ułożyć jeszcze zwycięskiej mowy do wygłoszenia na mecie, bo na ostatnim kilometrze biegu nagle przemknął obok mnie rozpędzony, zielony obiekt, który okazał się Olą. Szybko się zorientowałam, że to nie jest przebieżka, a ona to tempo zamierza trzymać do samej mety, więc chyba raczej beze mnie. Na metę wpadłam niespełna pół minuty za Olą, którą zmotywowałam do tego, aby zasadzić ostatni kilometr wyścigu w spektakularnym tempie. No kuuuuurde, myślałam że się kolegujemy! 😉

Nie mogę być niezadowolona z tych zawodów. Ogromną siłą tego wyścigu byli kibice. Mnóstwo znajomych twarzy (i nieznajomych, którzy z jakiegoś powodu jednak mnie znają!), niebywały doping i zagrzewanie do walki. To było naprawdę niesamowite, rzadko spotykane i niezwykle dodające sił. Bardzo Wam wszystkim dziękuję!

Organizatorom triathlonu w Gdańsku mogę nisko się ukłonić i pogratulować świetnej imprezy. Po starcie w 2017 roku zapowiadałam, że więcej tu nie wystartuję, jednak do trzech razy sztuka i nie żałuję. Podczas gdy dwa lata temu organizacja miała sporo mankamentów – od błahych do bardzo poważnych – tak teraz wszystko było na tip-top. Jestem naprawdę pod wrażeniem, jaki progres zrobili organizatorzy tego wyścigu. Wyjątkowo się z tego powodu cieszę, bo to wyścig, który odbywa się w przepięknym miejscu – pływanie w mojej ukochanej Zatoce Gdańskiej, doskonały asfalt, bieganie wzdłuż morza i meta na molo. Zawody, które odbywają się praktycznie pod domem – czego chcieć więcej? Do tego wszystkiego dosłownie przytłoczyła mnie liczba zdobytych nagród – ledwo zabrałam się z nimi z powrotem do domu, a kompletnie nie czegoś takiego nie spodziewałam. Ogólnie wielkie łał, a mnóstwo dobrych emocji związanych z tym startem pozwala mi dzielnie przetrwać dzień jeszcze większego cierpienia od poparzeń. Serio nie polecam ketoprofenu latem.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.