W Bydgoszczy byłam już rok i dwa lata temu. W 2017 roku wystartowałam tam na dystansie 1/8, rok temu debiutowałam na 1/2 Ironmana.   Obydwa starty wspominam bardzo dobrze, a tegoroczny będę wspominać jeszcze lepiej. Ale od początku… Od wyjątkowo wczesnego początku…

Tym razem, żeby przedstawić kontekst mojego startu w Bydgoszczy, muszę zacząć od wyjątkowo „dawnych czasów”. Prawda jest taka, że ten sezon w ogóle miał się dla mnie nie rozpoczynać. Zimą tego roku okazało się, że są w życiu sprawy ważniejsze niż sport. Fakt, nie ma ich wiele, ale te które są, nie dają się pominąć. Tak jak wspominałam w wywiadzie live w relacji z Bydgoszczy (od -1:15), w moim życiu zdążyło zmienić się niemalże wszystko.

Nie trenowałam prawie przez półtora miesiąca, aż do połowy lutego. Wychodziłam na basen, na rower, biegałam, ale to wszystko było realizowane według mojego własnego uznania. Zdążyłam pogodzić się z tym, że w 2019 roku nigdzie nie wystartuję, może co najwyżej w jakimś lokalnym biegu. Nawet za dużo nad tym nie rozmyślałam, bo zdawałam sobie sprawę, że zapewnienie sobie warunków do startów w triathlonie jest obecnie na którymś tam -entym miejscu na liście priorytetów. To był dla mnie ciężki i ważny czas, który w pewnych kontekstach całkowicie mnie przebudował, pozwolił mi poznać siebie. Przyszło mi się mierzyć z decyzjami, których się nigdy nie spodziewałam. To był niebywale intensywny okres, podczas którego odkryłam w sobie całkiem nowe oktawy skrajnych emocji. Z obydwu stron osi. Przede wszystkim jednak musiałam wziąć wyłączną odpowiedzialność za swoje decyzje i działania.

Jak się okazało, ten czas okazał się także niesamowicie piękny pod względem zawierania nowych relacji, zacieśniania więzi i ogólnego zaufania do ludzi. Jako że moja najbliższa rodzina mieszka ponad trzy tysiące kilometrów ode mnie, w sprawach w których nie byłam w stanie poradzić sobie sama, musiałam polegać na innych. Takich, którzy w żaden sposób nie musieli czuć się zobowiązani, żeby w jakikolwiek sposób mi pomóc. Wyniosłam z tego same pozytywne lekcje, które wciąż nadbudowują moje spojrzenie na świat i otaczających mnie ludzi. Jest to coś, co autentycznie mnie wzrusza.

Zanim jednak całkiem się rozkleję – zrobię to dopiero pod koniec wpisu – pozwólcie że przeskoczę teraz na osi czasu do ostatnich tygodni. Nigdy jeszcze nie miałam tak długo trwającego dołka treningowego, o czym wspominałam już w relacji ze Stężycy. To nie było tak, że moje codzienne osiągi były trochę poniżej wygórowanych oczekiwań. One były po prostu bardzo kiepskie. Ostatnie treningi biegów okołoprogowych uświadomiły mi, że jestem w dupie; dosłownie cofnęłam się w rozwoju o kilka lat. Gdybym miała kilkutygodniową przerwę, jakieś chorowanie po drodze – byłabym to jeszcze w stanie zrozumieć, choć czułabym się tak samo niegotowa do startów. Ale ja cały czas realizowałam plan, tylko że szło mi to źle.

Możecie się domyślić, że nie czułam się z tym najlepiej. Na szczęście daleko mi było do panikowania, co na pewno miałoby miejsce jeszcze parę sezonów temu. Oczywiście, nic się nie dzieje bez przyczyny. Wiele treningów robiłam po pięciu godzinach snu. Niektóre wciskałam między różne inne obowiązki. Niekiedy wychodziłam na zaplanowany trening na zasadzie: im szybciej zaczniesz, tym szybciej skończysz i nie zastanawiaj się nad tym zbyt długo, bo od tego lepiej nie będzie. Do tego tydzień temu we wtorek zrobiłam badanie krwi, z którego wynikło, że moja krew zapomniała już o tym, że istnieje coś takiego jak żelazo i ferrytyna.
Funkcjonowanie w takim trybie czasem siada na banię. Mnie kumulacja niedoboru snu, poczucia wzięcia na siebie zbyt dużej odpowiedzialności i liczby obowiązków oraz przedłużającej się bomby treningowej siadła na tyle, że zdarzyło mi się między innymi wyjść na rower i od połowy trasy wyć i szlochać rzewnymi łzami tak, że ledwo widziałam drogę przed sobą. Kipiało mi w głowie.

Fakt jest jednak taki, że ani przez moment nie zwątpiłam w to, że realizuję najlepszy z możliwych planów treningowych pod okiem najlepszego możliwego trenera. Jeśli z tego co napisałam wyżej może wynikać cokolwiek innego, to mówię to teraz wprost. Swoje działania okołosportowe powierzyłam całkowicie w ręce Tomka, bez najmniejszej dyskusji robiąc to co mi zalecał. Ci z Was, którzy czytają mnie od lat, wiedzą jak bardzo jest to u mnie nieoczywiste i niestardardowe.

Tomek stawał na głowie i obchodził się ze mną jak z jajkiem, żeby wyprowadzić mnie na prostą do moich pierwszych startów w tym sezonie. Plan, który miałam wpisany w Training Peaks, na pewno by mnie przeraził, gdybym tak bardzo mu nie ufała. Lekko, mało, raczej wypoczynkowo. Tak, żeby nabrać sił i poprawić parametry krwi. Zadziałało jak złoto. Po kilku dniach, na moment przed Stężycą, czułam się już lepiej. To znaczy i tak przespałam niemal cały dzień przed zawodami i miałam wrażenie że jestem chora, ale to i tak było już wyraźną poprawą w stosunku do poprzednich kilku dni. Jak poszło w Stężycy – to już wiecie z relacji z triathlonu. Coach zresztą ocenił ten start dużo lepiej niż ja sama, co bardzo mnie podbudowało.

Zobacz też: relacja ze swimrunu w Stężycy

Po zawodach zaczęło się wreszcie dziać. Już od poniedziałku każdy mój feedback z treningu zawierał określenia takie jak „miło”, „sympatycznie”, „naprawdę dobrze”. Gdy pojechałam na rower, po raz pierwszy od długiego czasu czułam się tak, jak wyobrażam sobie, że chciałabym się czuć w trakcie sezonu. Widząc po drodze nowy podjazd, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie wjechać na niego przynajmniej „na zaliczenie”. Co więcej, bieganie przestało być koszmarne, a zaczęło być całkiem przyjemne, a nogi wprost rwały się do szybszego tempa, co było dla mnie kompletnie nowym, niezrozumiałym uczuciem. Przy tym samym tętnie, tempo skoczyło mi o jakieś 40 sekund na kilometr do góry. Bang bang bang.

Miałam jechać do Bydgoszczy w sobotę z samego rana, zabrana przez Darka Drapellę. Wyszło jednak na to, że w takiej konfiguracji mogłoby być z tego dużo zamieszania. Jeden korek na trasie, jakakolwiek komplikacja z zamontowaniem roweru na bagażniku i moglibyśmy mieć po zawodach. Byłoby szkoda. Moja ostatnia podróż do Lublina sprzed dwóch tygodni zaserwowała mi gigantyczny pakiet stresu i nie chciałam znowu wpakować się na minę – w tym zakresie wykorzystałam swoje zasoby na kolejne pół roku. Komplikacje z logistyką Gdańsk-Lublin były zresztą tak epickie, że zasługują na oddzielny wpis, więc nie nastrajajcie odbiorników. Wracając jednak do ostatniego weekendu, wyobraziłam sobie kilka pesymistycznych scenariuszy i w czwartkowy poranek w 40 minut zorganizowałam nocleg, dojazd i opiekę dla piesełów z piątku na sobotę. Z tym ostatnim też zresztą nie obyło się bez przygód, a raczej przygody, która była jednocześnie śmieszna i straszna (mnie ostatecznie rozbawiła do łez, choć aż mi z tego powodu głupio).

Zgodnie z planem w piątek po południu ruszyliśmy z Darkiem do Bydgoszczy. Jedna czasówka treka pojechała luksusowo w bagażniku, druga równie luksusowo na haku, a my przez blisko dwie godziny rozprawialiśmy o astronawigacji i pozycjonowaniu dynamicznym na statkach. To znaczy Darek mówił, a ja słuchałam. Z fizyki jestem nogą, a do inżyniera mi daleko (choć jak to Darek skwitował, „chyba jednak nie tak daleko, ha ha!”), ale byłam zafascynowana tym, ile ciekawych rzeczy jest na świecie.

W Bydgoszczy udało mi się znaleźć nocleg w miejscu, które miało niemożliwy stosunek jakości do ceny. Miejsce w hostelu w samym centrum miasta kosztowało 50 zł za osobodobę. Co prawda nie było luksusów, ale niczego mi nie brakowało. Inna sprawa, że trzeci raz przed zawodami w Bydgoszczy nie było dane mi się wyspać z powodu hałasu. To staje się już tradycją. Dwa lata temu w przeddzień zawodów sąsiedzi w Gdyni robili imprezę, na którą chyba specjalnie selekcjonowali najgłośniejszych gości i najbardziej obijającą mózg muzykę. Nie spałam do drugiej w nocy, wyjeżdżałam przed szóstą, elo. W zeszłym roku, przed startem o 7 rano spałam w wykwintnym hotelu w centrum Bydgoszczy, tylko cóż z tego, skoro moje okno wychodziło na totalną menelnię z całym dobrodziejstwem inwentarza, tj. marianami i zenkami drącymi gęby do późnych godzin nocnych. Polecam zatyczki do uszu zrobione z papieru toaletowego. Zapytacie, cóż się działo ubiegłego piątku? Tym razem deprywację snu zafundowali – niestety – triathloniści, którzy zajechali do hostelu około 23 i niesieni zapewne przedstartową ekscytacją, najwyraźniej zapomnieli, że nie są w budynku sami. Goście w pokojach, usiłując spać, musieli wysłuchać dyskusji o wyższości szytek nad oponami, o wyzwaniu związanym ze zdążeniem po pakiet startowy i o dyskusji na temat samopoczucia przed startem (dzięki za info). Tym razem żadne zatyczki nie wchodziły w grę, bo przecież wypadałoby usłyszeć budzik…

W sobotni poranek wszystko poszło sprawnie i gładko. Pobudka chwilę przed rzeczonym budzikiem, szybkie śniadanie, pakowanie, hyc w tramwaj i zaraz byłam na miejscu. Przywitałam się z rowerem w strefie zmian, dorzuciłam do koszyka co trzeba było dorzucić, zostawiłam graty w depozycie i… byłam pierwszą osobą ubraną w piankę na miejscu startu. No co, przezorny zawsze ubezpieczony.

I tu w końcu po tysiącu akapitów docieramy do właściwego ścigania, hohohoho.

Płynęło mi się bardzo, bardzo dobrze. Tydzień wcześniej w Stężycy popłynęłam nadspodziewanie szybko – na tyle szybko, że nie do końca wiedziałam, czy to taki pojedynczy strzał czy coś, co z jakiegoś powodu będzie się powtarzać. Po wyjściu z wody zobaczyłam obok siebie Kubę Rucińskiego, który wystartował 10 sekund przede mną i… totalnie zrobiło mi to dzień. Po zawodach jeszcze powiedział mi, że na dystansie dogoniłam go i przez połowę dystansu płynął mi w nogach – say what?! Jeśli wziąć pod uwagę same liczby i suche fakty, to nie za bardzo jest przecież powód do tego, żebym pływała szybciej niż w zeszłych sezonach, a wygląda na to, że tak właśnie jest i to bardzo. Od kwietnia 2016 roku przez prawie dwa lata pływałam z pływakami 7 razy w tygodniu, po 30 kilometrów tygodniowo. Poprawiłam się wtedy sporo, ale wówczas byłoby dziwne, gdyby było inaczej. Do stycznia tego roku robiłam po 17-20 km w tygodniu. Pod okiem Tomka zmniejszyłam kilometraż jeszcze o połowę. Chodzę na basen 3 razy w tygodniu i robię po 3-4 kilometry. Trening jest jednak typowo triathlonowy – kraul, boja, łapy. Jako że do tej pory byłam zawodniczką, której ósemka między nogami głównie przeszkadzała, a zakaz pianek na zawodach witałam triumfalnym ‚hurra’, na początku pływania tym nowym systemem miałam wrażenie, że stoję w miejscu i tylko młócę ramionami. Jednak tak jak wspomniałam, robiłam wszystko bez gadania i z głęboką wiarą, że to w końcu zaskoczy. I tak właśnie się stało. Nie dość że na treningach „ta cholerna ósemka” przestała mi przeszkadzać, to – co najważniejsze – pianka zaczęła dawać mi dodatkowy handicap. I o to właśnie chodziło!

To naprawdę zabawne, bo rozpoczynając współpracę z Tomkiem ustaliliśmy, że wychodzimy z pracy nad pływaniem i „co ma być to będzie”. Stwierdziliśmy zgodnie, że w tym sezonie trzeba obrać inny priorytet niż poprawa w wodzie, a wygląda na to, że poprawiłam się znacznie. Bardzo miły skutek uboczny, zwłaszcza biorąc pod uwagę koszt energetyczny tej zmiany. „Wtedy” moje życie niemal kręciło się wokół pływania, a ja bywałam tak zmęczona, że wywleczenie się po południu na drugi trening graniczyło z cudem i wymagało stoczenia poważnej walki z samą sobą. Teraz trenuję sama, bez grupy, na najbliższym basenie publicznym, pomiędzy ludźmi, w zależności od tego kto tam się napatoczy i o takiej godzinie, jaka akurat pasuje mi danego dnia i nie rozwala całego harmonogramu. Ogólnie: na luzie.

Gdy ruszyłam na trasę rowerową, byłam bardzo zmotywowana, ale niespecjalnie zachwycona chwilowym samopoczuciem. Tydzień temu w Stężycy na początku roweru czułam się tak, jakbym mogła wykręcić wszystkie waty świata, a teraz jakbym podejrzanie się zagotowała. Okazało się, że jedziemy pod dość mocny wiatr, a ja odruchowo cisnę w korbę na niskiej kadencji. Przypomniałam sobie o tym, co na ten temat powiedział mi ostatnio Tomek i… moc magicznie wróciła na miejsce. Złapałam swój rytm, wyprzedzałam i dziwiłam się, że kręcę tak wysokie waty z takim spokojem ducha. Odpuszczałam na chwilę, gdy wyprzedzali mnie inni zawodnicy, a potem wracałam do swojej roboty. Kilometry mijały wściekle szybko.

Modyfikacja trasy rowerowej według mnie wypadła in plus tegorocznej. Jechaliśmy dosłownie głównymi drogami. Jeden pas był dla triathlonistów, drugi dla samochodów, co oceniam jako bardzo dobre rozwiązanie. Niewiele jednak brakowało, żebym miała na ten temat całkowicie odmienne zdanie. Mówiąc wprost, ktoś na górze chyba nade mną czuwał, bo gdybym pojawiła się w danym miejscu o dwie sekundy szybciej, miałabym po zawodach i po sprzęcie. Na kilka kilometrów przed strefą zmian, na długiej prostej lekko w dół, gdy „na budziku” miałam około 40 km/h, kierowca czarnego vw golfa postanowił nagle przejechać między pachołkami na nasz pas i zatrzymać się wprost przede mną. Wyhamowałam z piskiem opon bezpośrednio przed nim i zanim ruszyłam dalej, minęło parę chwil, bo ocena sytuacji i bezpiecznego manewru wyprzedzenia (z lewej? z prawej? co zrobi kierowca?) też nie były takie oczywiste. Szczęście, że zawodnik jadący niedaleko za mną zachował na tyle trzeźwości umysłu, że nie wpadł prosto we mnie, tylko odbił na sąsiedni pas. Drugie szczęście, że akurat nie jechało żadne auto…

Do tego feralnego momentu miałam na liczniku piękne NP 230W. Chyba najmocniej ever na dystansie 1/4 Ironmana, choć głowy nie dam, bo przyznaję, że szkoda mi ostatnio życia na dogłębną analizę dotychczasowych osiągnięć – tamto już było, a teraz jest teraz. Po tej dziwnej sytuacji, która pewnie wbiła mi nowy HR max i przypomniała wszystkie modlitwy, do dojazdu do strefy z tego oszołomienia straciłam trzy czy cztery wacioszki. Nigdy wcześniej nie miałam podobnej sytuacji na zawodach i jakoś nie do końca byłam w stanie od razu ponownie spuścić głowę w kierunku asfaltu i napierać ile sił.

Bieg miałam rozpocząć zachowawczo. Plan natychmiast spalił na panewce. Bezpośrednio przede mną ze strefy wybiegł Bartek Zych, a mnie przywitał rowerowy pilot Krzysztof, który miał torować mi drogę do samej mety. Hurra, znowu ten luksus! Czułam się bardzo, bardzo dobrze, wciąż mocna i pełna sił. Zobaczyłam na zegarku tempo rzędu 4:15-20/km i zdałam sobie sprawę, że jakikolwiek dłuższy odcinek w tym tempie przebiegłam w – uwaga – styczniu. Nie żartuję, mówię całkowicie poważnie. Powiedziałam sobie jednak w myślach: No nic. Okej, tak naprawdę powiedziałam to sobie zupełnie inaczej, też z początkiem na „no”, ale nie wypada mi publicznie tego werbalizować. Co ma być, to będzie – kiedy próbować, jak nie teraz? Wiedziałam że forma naprawdę poszła do góry, nie wiedziałam tylko jak bardzo. Biegłam więc, a dystans mijał w zaskakującym tempie. Pierwsze okrążenie za mną, a ja biegnę dalej swoje, tylko że to „swoje” przestrzela nie tylko racjonalne kalkulacje, ale w ogóle wszelkie logiczne założenia.

Pierwsze dwie dziewczyny na mecie pobiegły ten dystans o 5 minut szybciej niż ja. Szacun i pokłony. Jednak gdyby ktokolwiek mi powiedział, że w Bydgoszczy pobiegnę prawie 11 kilometrów po 4:27 z niesłabnąco świetnym samopoczuciem, wyśmiałabym go (a potem się rozpłakała, hehe). Szansa na to, że popłynę na tych zawodach po 1:25/100m, pojadę prawie 230W i pobiegnę w takim tempie była bliska zeru. Nawet gdyby wziąć do analizy mój najlepszy trening biegowy wykonany w ostatnich miesiącach, wciąż można by powiedzieć: nic tego nie zapowiadało.

Wpadłam na metę i pierwszy raz w życiu poryczałam się jak bóbr.

Stanęło mi przed oczami wiele obrazów, o których w większości nie chcę opowiadać. To smutne, ale przez większość życia funkcjonuję w przeświadczeniu, że jestem not enough. Wiem że nie mam ku temu powodów dających się racjonalnie uzasadnić, ale taka jest prawda – w konfrontacji swoich oczekiwań z rzeczywistością wypadam zawsze słabo. Bałam się tego sezonu. Byłoby łatwiej, gdyby satysfakcjonowało mnie samo przebywanie na trasie i cieszenie się ze sportowej atmosfery. Niestety, „zaliczenie” startu mnie nie interesuje – co by się nie działo, chcę walczyć o jak najwyższe cele. Biorąc więc pod uwagę okoliczności, miałam się czego obawiać.

Przekroczyłam więc tę metę i pomyślałam sobie:
Zobacz, babo. Trenujesz o połowę mniej niż w zeszłych sezonach. Masz ze dwa razy więcej roboty i obowiązków pozasportowych. Wszystko ogarnęłaś sobie całkiem sama i spośród stu siedemdziesięciu dziewczyn startujących podczas tej największej „ćwiartki” w Polsce, jesteś dalej w czołówce. Babo, przebrnęłaś przez różne życiowe zakręty i jesteś wciąż dobra.

A Bartek na to:
Booooooże, znowu po starcie ryczysz?

Ej, ej, ryczałam pierwszy raz, słowo.

Wreszcie będę mogła powiedzieć trenerowi, że zrobiłam coś lepiej niż przypuszczał.

Pierwszy raz na zawodach nie próbowałam dogonić założeń. Pierwszy raz nie było tak, żeby z treningów wynikało, że podczas wyścigu powinno być lepiej niż było w rzeczywistości. Było kompletnie odwrotnie – to właśnie na zawodach zadziała się magia i to taka, że przez te ponad dwie godziny byłam zaskoczona, że jest tak dobrze. Ani przez chwilę nie cierpiałam mentalnie, nie walczyłam ponad siły, niczego nie wymuszałam. Mimo wysokiej intensywności w każdej sekundzie cieszyłam się tym co robię. I jestem tym absolutnie wzruszona.

Tomek pokazał mi całkowicie inną drogę w sporcie. Ta droga bardzo mi się podoba i wiążę z nią duże nadzieje. Wcześniej angażowałam nieporównywalnie więcej zasobów i środków do tego, żeby być w bardzo podobnym miejscu jak teraz. Widzę jaką mam rezerwę, wiem już jak to może wyglądać i cieszę się tym. Sport jest moim wspaniałym, ukochanym i najlepszym dodatkiem do życia, który mnie kształtuje i spełnia. Jest jednak – właśnie – dodatkiem. Takim, bez którego moje życie byłoby niepełne, jednocześnie jednak dającym mi duże pole do manewru na wielu innych polach.

Jestem szczęśliwa i wdzięczna, że po raz kolejny mogłam być częścią triathlonu w Bydgoszczy. Jestem bardzo poruszona tym, ile osób mnie rozpoznawało, podchodziło do mnie i mówiło nawet, że moja relacja czy vlog z zeszłego roku zainspirowały ich do debiutu w tym roku. Mam nadzieję, że poszło Wam świetnie!
Moje zdanie na temat Bydgoszczy się nie zmienia – to najlepsze, najsprawniej zorganizowane zawody w Polsce o najpiękniejszej oprawie i infrastrukturze. To zaszczyt i przyjemność uczestniczyć w tym wydarzeniu. Jako Project Manager in spe jestem pod ogromnym wrażeniem organizacji tego przedsięwzięcia – ogromna liczba ludzi pracuje z niezwykłym zaangażowaniem na to, aby wszystko było nie tyle w porządku, co po prostu najlepsze. Dla nas, triathlonistów. Szkoda było wyjeżdżać i żałuję bardzo, że trzeba czekać znowu rok. I wiem, że wspomnieniem piątej edycji bydgoskiego triathlonu będę żyć przez te trzysta kilkadziesiąt kolejnych dni. Bo to było jak najpiękniejsza bajka.

2 Comments »

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.