Z tym swimrunem to było tak, że w ogóle, totalnie, absolutnie nie rozważałam nawet startu w tej dyscyplinie. Zawody multisportowe bez roweru – już samo to brzmi źle. Pływanie w butach i bieganie w piance neoprenowej? To naprawdę niestandardowy sposób na spędzanie niedzieli.

Jakkolwiek bieganie, jeżdżenie na rowerze i pływanie, podejmowane w odwrotnej kolejności, jest już powszechnie uznanym sposobem na weekendową aktywność, tak haratanie po krzaczorach w czepku pływackim na głowie z koleżanką przyczepioną na linie jest dosyć dziwne nawet dla mnie, osoby o wysokiej tolerancji na dziwoty. Sami zresztą widzicie, jakie długie zdanie mi wyszło z tego zdziwienia.

Wybierałam się do Stężycy na triathlon, który – tak się złożyło – już po raz drugi miał imprezę towarzyszącą w postaci swimrunu. Tym razem, zapewne z uwagi na niedzielę handlową i fakt, że nikt normalny nie pójdzie do biedronki przez krzaki, zorganizowano te dwie imprezki w odwrotnej kolejności – triathlon w sobotę, swimrun w niedzielę. Zatem gdy pewnego dnia napisała do mnie Ola z zapytaniem, czy bym sobie z nią nie wystartowała w tym tam dziwnym właśnie, zamiast iść do biedronki na zakupy, pomyślałam sobie: a czemu by się nie dobić, skoro już będę na miejscu?

Zobacz relację z triathlonu: GIT Stężyca czyli szósty sezon dzień dobry 

Mniej więcej ze cztery dni przed wyjazdem zaczęłam się orientować w temacie. Zaczęłam od zapoznania się z regulaminem zawodów. I wtedy do mnie dotarło – brawo ja – że jesteśmy zapisane na najdłuższy dystans, tj. na 25 km, z czego 21 będzie do przebiegnięcia po lesie, a 4 do przepłynięcia. ŻE CO PROSZĘ SŁUCHAM.
Gdy tylko to sobie uświadomiłam, postanowiłam o tym za dużo nie myśleć. W ogóle nie myśleć o tym, że kurde, ostatnio boli mnie wszystko na samą myśl o bieganiu w ogóle, a dystans typu dwie dychy przebiegłam ostatnio jakoś na początku roku. Oraz że nie cierpię biegać po krzakach i jeśli już mnie takie skaranie boskie dopadnie, to poruszam się wtedy w tempie sto minut na kilometr.

Okej, nie myśleć, przecież obiecałam sobie o tym nie myśleć.


Fot. swimrunseries.pl

Mimo wszystko byłam naprawdę podekscytowana myślą o spróbowaniu zupełnie nowej dyscypliny. Nie bałam się, że nie dam rady ukończyć albo że zgubię się na trasie – przecież miałam Olę – a jedynie tego, żebym nie zamarudziła jej na śmierć, to jest na tyle, żeby nie przywiązała mnie tym trzymetrowym holem do najbliższego drzewa i nie zostawiła na pastwę losu, a konkretnie słońca. Problem niesfornej partnerki zostałby szybko rozwiązany, gdyż na tę niedzielę zapowiadano 33 stopnie ciepła. W Poznaniu na mistrzostwach Polski skrócono dystans, gdzieś indziej zabroniono startu w piankach, a my jako jedne z naprawdę nielicznych zamierzałyśmy startować w neoprenie. A co – jak próbować, to „prawilnie”!

W butach nie wchodzę!
Dzień przed startem, czyli ze trzy godziny po moim ukończeniu sobotniego triathlonu, Ola przyjechała na miejsce i planowo wyciągnęła mnie na trening wdrożeniowo-zapoznawczo-synchronizujący. Opowiadała mi o tym, w jaki sposób będziemy zdejmować sobie wzajemnie pianki na trasie, gdzie umieścić okularki i czepek na odcinkach biegowych, jakie hasło będzie obowiązywać przed rozpoczęciem pływania. Ale zabawa! Cała ta logistyczna otoczka pozwoliła mi uwierzyć, że dystans minie naprawdę szybko. Przećwiczyłyśmy wspólne bieganie i pływanie. Choć pierwsze odczucie po wejściu do wody w butach biegowych było przedziwne i niejako kłócące się z całym moim 28-letnim doświadczeniem życiowym, to cały nasz „trening” oceniam superpozytywnie. Całe zmęczenie po triathlonie przeszło mi z tej ekscytacji.

Start w piankach wbrew pozorom nie był z naszej strony jedynie wyrazem masochizmu. Ola zwyczajnie nie zabrała ze sobą żadnych spodenek biegowych, więc i ja solidarnie chciałam wystartować w neoprenie, zwłaszcza że kręciło mnie spróbowanie tej całej logistyki związanej z zakładaniem i zdejmowaniem pianki, chowaniem pod nią softflaska z wodą i tym podobnych. Przed startem dostałyśmy mniej więcej dwanaście pytań o to, czy naprawdę zamierzamy startować w piankach i czy się w nich nie usmażymy. Stwierdziłyśmy zgodnie, że upał jest tylko opinią i że będzie spoko.

Skoro już wiedziałam, że mam do przebiegnięcia ponad dwadzieścia kilometrów i cztery do przepłynięcia, nic już nie mogło mnie zaskoczyć bardziej. Tak przynajmniej myślałam aż do jakichś dwudziestu minut przed startem. Przeglądając wyniki z zeszłego roku, zupełnie nie wiem, dlaczego wryłam sobie w pamięć, że „standardowy” czas pokonania tej trasy to około 2 godziny i 40 minut. I tak oto podczas rozgrzewki, w rozmowie z innym zawodnikiem Ola uświadomiła mnie, że będziemy na trasie „tak od 3 do 4 godzin”. Po otrząśnięciu się z pierwszego szoku, pognałam do depozytu po hajs, a z hajsem po dodatkowy żel energetyczny na trasę, bo jak stwierdziłam, jeden to mogłoby być za mało „na te pół dnia”. Ostatecznie jeden pożarłam krótko przed startem, a drugi na początku najdłuższego odcinka biegowego.

Szybko, szybciej, do wody!
Ostatnie minuty przed startem były – delikatnie mówiąc – umiarkowanie komfortowe. Stanie w pełnym słońcu, w tłumie ludzi, z czepkiem na głowie i w neoprenowej piance… Chyba wszyscy mieliśmy jedno marzenie: ruszyć w stronę wody. I tak po wystrzale startera dwieście osób pobiegło stężyckimi zawijasami w stronę jeziora. Po 1600 metrach po raz pierwszy wskoczyłyśmy do wody. Boże, co za ulga! Co za wspaniałość! Trudno opisać to uczucie, ale pamiętam je do dziś i dla niego warto było się usmażyć. Cudownie chłodna (choć przecież bardzo ciepła) woda oplatała głowę i resztę ciała, wpadała za kołnierz, między palce stóp. Aż chciałoby się w niej zostać dłużej. To jednak był wyścig, a my w wodzie radziłyśmy sobie całkiem nieźle. Po raz pierwszy pływałam w jeziorze w łapach, a zawsze chciałam to zrobić! Wyprzedzałyśmy kolejne pary i zyskiwałyśmy przewagę… którą potem traciłyśmy podczas biegu.

O taaaak, bieg krossowy to nie jest mój konik. Trasa zaskoczyła asfaltowych triathlonistów. Kilka razy Ola musiała mnie przekonywać, że to naprawdę jest trasa i tędy naprawdę można biec, a nawet byłoby to wskazane. Krzaki, błota, korzenie, bezdroża. Na pierwszym dłuższym, 4-kilometrowym odcinku biegowym postanowiłam nic z siebie nie zdejmować – biegłam w zapiętej piance i w czepku. Stwierdziłam że przebieranie się i jednoczesne obczajanie trasy pod nogami może mi nie wyjść, a co więcej – bardziej boję się kleszczy niż udaru. Gdy wreszcie wskoczyłyśmy do wody, czułam jak paruje mi mózg. Wejście pod wodę nigdy, absolutnie nigdy nie było bardziej przyjemne i wyczekiwane. Potrzeba schłodzenia czerepu była tak silna, że od razu wykombinowałam, że podczas wychodzenia na ląd zdejmę z głowy czepek, napełnię go wodą i wyleję sobie zawartość na głowę – do powtórzenia tyle razy, ile tylko zdążę. Z tego patentu chętnie korzystałyśmy później przy każdej zmianie woda-bieg.

To już jest osiem?
Po dwóch odcinkach 4-kilometrowych miało nadejść to, czego się obawiałam: 8 km biegu. Nastawiałam się na ten etap na tyle bojowo, że już na dwóch poprzednich upewniałam się u Oli: teraz osiem? Trafiłam dopiero za trzecim razem. Biorąc pod uwagę to, jak długie, mozolne, gorące i wymagające były odcinki krótsze o połowę, pomyślałam sobie, że jak dobiegniemy do wody po tym najdłuższym biegu, to już jesteśmy zwyciężczyniami. Jeśli uda mi się nie marudzić na tej trasie – podwójne zwycięstwo.

Szczęśliwie największym wyrazem marudzenia z mojej strony było dyplomatyczne zapytanie Oli: „Jak myślisz, daleko jeszcze do punktu odżywczego?”. Rzeczywiście pierwsza połowa tego odcinka, zwieńczona postojem na punkcie z wodą, była najtrudniejsza do przetrwania. Zamiast po lesie, tym razem biegłyśmy po ścieżkach między polami. Długa prosta przed nami, pełne słońce i od czasu do czasu wyprzedzający nas ludzie. Uch och. Trafiło się też kilkoro kibiców, którzy patrzyli na nas z bardzo wyraźną mieszanką podziwu i rozbawienia, z przewagą tego drugiego. Gdy wreszcie dopadłyśmy do punktu odżywczego, poszłam na całość. Zawartość pięciu albo sześciu kubków z wodą wylądowała u mnie na głowie i pod pianką, kolejnych dwóch w moim dziobie. Do tego dołożyłam porcję izotoniku i dwa kubki z coca-colą. Ryzykowałam kolkami i podskakującymi wnętrznościami, ale to i tak jawiło się jako lepsze niż umarcie z wyschnięcia. Złapałam jeszcze dwie garście kostek lodu… i w drogę.

Starałam się, aby nie myśleć o tym, że zupełnie niedawno, pewnego pięknego trójmiejskiego dnia poszłam sobie na 40-minutowe bieganko około południa przy podobnej temperaturze i prawie umarłam. Przez pierwszy kwadrans wydawało mi się, że w sumie to jest przyjemnie, słońce mi nie przeszkadza, tralalala, a następnie zatrzymałam się na światłach i… zonk. Upał dosłownie mnie pożerał, a ja miałam ochotę uciekać albo paść trupem, żeby się już nie męczyć. Tak było, słowo, a tutaj nie dość, że temperatura była jeszcze wyższa, to ja biegłam w tym cholernym neoprenie, z łapami do pływania, boją, butelką z wodą…

Niemniej, druga połowa tych ośmiu kilometrów minęła zdecydowanie szybciej. Myślałam, że mamy przed sobą jeszcze z półtora kilometra, a tu padł sygnał do ubierania się w piankę! Nie zdążyłyśmy nawet się do końca przygotować, a już stałyśmy przy wejściu do wody. A więc udało się! Teraz można już mknąć do mety na pełnej prędkości! Jeszcze tylko dłuższy odcinek w wodzie i…

Okej, jednak z tą prędkością to przesadziłam. Po wyjściu z wody moje nogi powiedziały: to my byśmy już chciały skończyć. Nie tak prędko, nogi! A raczej: nie tak wolno, nogi, no weźcie się zbierzcie. Zadania nie ułatwiła im trasa, która zaproponowała nam właśnie wspinaczkę po piasku pionowo w górę. Tak czy inaczej, byłam naprawdę zadowolona, że najtrudniejsze już za nami.


Fot. Swimrun Series

Czekały nas jeszcze po dwa krótkie odcinki pływackie i biegowe, zwieńczone kilometrowym biegiem do mety. To była niesamowicie wyczekiwana meta, na której czułam wielką ulgę i radochę. Jakby nie patrzeć, wszystko poukładało nam się świetnie. Niczego nie zgubiłyśmy, nie miałyśmy na trasie żadnych problemów technicznych, a współpraca układała się fantastycznie. Nigdy wcześniej nie zrobiłyśmy razem nawet jednego treningu, nie licząc tego, że pływałyśmy na sąsiednich torach w grupie Warsaw Masters Team w 2014 roku. Pod względem współpracy nie mogło być lepiej! Pewnie taka kooperacja byłaby trudniejszym wyzwaniem, gdybyśmy miały na sobie większą presję, bezpośrednią rywalizację, wyższą rangę zawodów albo gdyby dystans wymagał od nas spędzenia na trasie jeszcze dwa albo trzy razy tyle. Kto wie, może kiedyś?

Fajne to było doświadczenie. Choć dyscyplina, która nie obejmuje roweru, nie ma raczej szans stać się moją ulubioną, to bardzo się cieszę, że dałam się namówić na ten start. Namówienie nie było zresztą jakoś specjalnie trudne, ale chyba głównie dlatego, że nie zdawałam sobie sprawy, ile czasu zajmie nam to haratanie po krzaczorach! To było ciekawe, atrakcyjne, zabawne, a przez to, jak bardzo było chwilami trudne, było także piękne i wzmacniające.

4 Comments »

  1. He he, tylko my wiedzieliśmy na co się piszemy, bo to już drugi raz w tym samym składzie. Za rok jak się tylko uda to znowu będziemy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.