Kompletnie nie wiem kiedy z lutego zrobił się lipiec. Zanim zdążyłam się zorientować, okazało się, że trzeba zapisywać się na zawody, a co gorsza – stawać na starcie i lecieć przed siebie. Start w sztafecie w Charzykowych pozwolił mi się upewnić, że uwielbiam tę zabawę. W ubiegły weekend w Stężycy rozpoczęłam więc już szósty sezon swoich startów w triathlonie.

Jest już po zawodach, więc mogę podzielić się „disclaimerami”, o których wspominałam na fejsbuku. Otóż jeszcze nigdy, przenigdy w świecie nie zdarzyło się tak, żeby tak źle biegało mi się przez tak długi czas. Jeden nieudany trening, dwa czy trzy – bywało, zwłaszcza przy nakładającym się zmęczeniu albo po chorobie. Ale teraz ta klapa trwa(ła?) tak długo, że zaczęłam to przyjmować jako nową zasadę. Przestałam liczyć na to, że coś mi zacznie wychodzić. Czułam się tak, jakbym ważyła 120 kg i biegła z kotwicą zacumowaną gdzieś za sobą. Parę tygodni temu zrobiłam trening, który miał być w założeniu biegiem podprogowym. Tętno się zgadzało, a tempo było takie, w jakim kiedyś biegałam rozbiegania. A to tylko jeden z przykładów. Przez to mam o sobie bardzo kiepskie zdanie w kontekście sportowym. Nigdy nie byłam tak mocna, jakbym tego chciała, a teraz z jakichś powodów jest słabiej niż było.

Pozostałe dyscypliny oscylowały wokół akceptowalnego poziomu, niekiedy z odchyleniami mocno na plus albo mocno na minus. Bardzo to było wszystko nieprzewidywalne. Wychodziłam na rower i nie wiedziałam, czy ledwo dojadę do założonych watów, umęczając się przy tym jak koń ciągnący bryczkę na Morskie Oko czy z uśmiechem walnę jeden z treningów życia, czując się przy tym jak młoda bogini. Zarówno na rowerze, jak i w basenie zdarzały mi się takie skrajności, jakby dowolnie się między sobą przeplatające.

Z samopoczuciem ogólnożyciowym było dokładnie tak samo. Raz trening kompletnie mi nie wychodził, a ja wciąż czułam się OK; innym razem czułam się jak dętka, a trening szedł jak złoto. Dość oczywiste stało się, że coś jest bardzo nie tak. W końcu we wtorek zrobiłam sobie badanie krwi i cóż, odkryłam co najmniej jedną przyczynę tego stanu. Pobiłam swój antyrekord poziomu żelaza, hemoglobiny i ferrytyny, czyli zafundowałam sobie piękną anemię. Nie pomogłam sobie z pewnością małą ilością snu, praktycznie żadną regeneracją i mnóstwem pracy.

Ja naprawdę nie wiem, kiedy się zrobił ten lipiec. Dopiero co był luty, a ja byłam w dupie. Wtedy byłam pogodzona ze świadomością, że raczej w tym sezonie nigdzie nie wystartuję, bo nie będę miała ku temu warunków. Zimą, teoretycznie już po wejściu w „przygotowania”, nie trenowałam jeszcze przez niemal półtora miesiąca. Poukładało się lepiej niż sądziłam. Zrobiłam kawał pracy treningowej pod czujnym nadzorem Tomka, który cierpliwie i niezwykle rozsądnie wyprowadzał mnie z naprawdę niefajnego stanu po czymś w rodzaju potrójnego roztrenowania.  Wiem, że to co się teraz dzieje, to stan przejściowy, na który złożyło się kilka czynników.  Jestem pewna, że będzie dobrze. Z tej drugiej strony, trenerskiej, nie mogło być lepiej – czuję że jestem w superdobrych rękach; z mojej – mogło być wielokrotnie lepiej. I będzie, bo przekonałam się dobitnie, jak bardzo mnie kręci ten sport. Że cokolwiek by się nie działo, to dla mnie superważne jest, żeby znaleźć czas i siłę na treningi, że „to” we mnie nie umarło. Że po prostu chcę to robić i będę szukać możliwości, żeby móc. Z jednej strony wiem, że ten sezon jest przejściowy – musi być, nie ma na to innej rady – a z drugiej trudno mi się tak do końca pogodzić z tym, że jestem obecnie słabsza niż byłam rok temu o tej porze, choć doskonale wiem, dlaczego tak jest.

Dzień przed zawodami w Stężycy niepokoiłam się swoim samopoczuciem jeszcze wielokrotnie bardziej. Spałam w nocy 10 godzin, dołożyłam jeszcze godzinę w ciągu dnia, nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Już myślałam, że moje ulubione zatoki zaczynają swoją pieśń, która tak się właśnie zaczyna: ogólnym zamuleniem i wejściem w „tryb awaryjny Windowsa”. Co ciekawe, okazało się że to tylko… stres. No ludzie kochani! Dzień przed pierwszym startem szóstego sezonu stresowałam się tak jak przed pierwszym startem w ogóle. Myślałam że to już za mną. Piątek był więc naprawdę dziwnym dniem. Pogodziłam się ze świadomością, że zarówno w sobotę, jak i w niedzielę będę startować w trybie „wolałabym być teraz w wyrze i spać” i miałam nadzieję, że chociaż na tyle starczy mi silnej woli.
Okazało się jednak, że nie było się czego bać.

Chyba po raz pierwszy przed startem zrobiłam tylko rozgrzewkę pływacką, bez biegowej. Wiedziałam, że jak zacznę biegać, ubiczuję się sama bez sensu jeszcze przed startem – a po co mi to. Dzięki temu nie spieszyłam się z zakładaniem pianki, żeby zdążyć wejść do wody przed końcem wyznaczonego czasu, ale… wbijałam się w nią na dobrą godzinę przed wystrzałem startera. Damn it, zwłaszcza że było już blisko 30 stopni. Manewr był jednak dobry i rozsądny. Popływałam sobie na spokojnie i miałam jeszcze dużo czasu… okej, trochę za dużo czasu… żeby trzymać rękę na pulsie.

Po rozpoczęciu wyścigu szybko stwierdziłam, że wyprzedza mnie znaczna liczba osób zza mnie, a ja niespecjalnie mogę się rozpędzić. Płynęłam jakoś tak… niesprecyzowalnie, nijako. Co prawda dość szybko znalazłam fajny rytm, ale to było płynięcie takie, jakie mogłabym uskuteczniać równie dobrze na dystansie dwa razy dłuższym. Zdziwiłam się później bardzo, gdy zobaczyłam wyniki, bo okazało się, że popłynęłam… nie wiem czy najlepiej ever na takim dystansie, ale byłoby coś około tego.
W tym roku, jak pewnie wielu z Was wie, trenuję pływanie zupełnie inaczej niż wcześniej. Po dwóch i pół roku spędzonych w basenie z pływakami – 7 razy w tygodniu po 1,5 godziny – przeszłam najpierw do grupy „starszych pływaków”, tj. średnio na przełomie gimnazjum i liceum, zmniejszając kilometraż tygodniowy z 30 na 20, a następnie schodząc z tego jeszcze o połowę. Odkąd trenuję według założeń Tomka, nie robię już treningów typowo pływackich, a triathlonowe. Pływam głównie kraulem, dużo z pullbuoyem, sporo w łapach. I całkiem możliwe, że to powoli zaczyna już oddawać.

Wsiadłam na rower – po przebiegnięciu do strefy zmian, a dobieg w Stężycy jest taki, że zawsze mam wrażenie, że po drodze wykituję, a jak jestem w piance, to nawet jestem tego prawie pewna – i przez pierwszych kilka kilometrów miałam wrażenie, że jestem nie do zniszczenia. Oto kolejny dzień konia na czasówce! Mogłabym założyć sobie dowolne waty i bez problemu je dokręcić. Hamowała mnie jedynie świadomość, że trzeba będzie potem jeszcze zejść z tego roweru i poprzebierać nogami po podłożu. I całe szczęście że nie szarżowałam, bo nie dojechałam jeszcze do połowy trasy, a już nie było mi najweselej na świecie. Nie wiem, czy bomba wybrała, czy zabijała mnie świadomość nieuniknionego, które miało nastąpić później 😉

Bieganie – oczywiście – na zaliczenie. Totalnie na zaliczenie, na szczęście z błogosławieństwem trenera, który musiał przecież oglądać w Training Peaksie te moje nierówne zmagania z rzeczywistością. W zeszłym roku byłam bardzo pozytywnie zaskoczona swoim tempem na tej trasie i mogę śmiało powiedzieć, że to były jedne z moich najlepszych zawodów w tamtym sezonie. Jednak rok temu to był mój czwarty start w triathlonie po solidnie przepracowanej zimie i wiośnie. Teraz jestem w zupełnie innym miejscu.

Ostatecznie uplasowałam się na szóstym miejscu open kobiet, co pozwoliło mi się załapać na ostatnie z nagradzanych hajsem miejsc. Miła niespodzianka. A po zawodach trzeba było szybko się regenerować, bo parę godzin później zostałam wyciągnięta na wdrożeniowy trening swimrunowy przed niedzielnym debiutem w tej dziwnej i uroczej dyscyplinie. Ale o tym już w kolejnej części relacji.

2 Comments »

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.