You’ve just reached the point with no return, powiedział mi nie tak dawno człowiek, który zrobił dla mnie znacznie więcej niż sądzi. Wtedy mi się tak nie wydawało i głośno protestowałam. Dzisiaj widzę, że miał sto procent racji, zresztą nie tylko ten jeden raz. Zrobiłam sobie samopranie mózgu, przewartościowałam wiele rzeczy, wpuściłam w swoje życie mnóstwo wartościowych ludzi. Zamknęłam wiele rozdziałów i otworzyłam jeszcze więcej nowych.

Jak Boga kocham, o tym dwa tysiące dziewiętnastym to ja kiedyś książkę napiszę.

Ostatnio zdarzają się rzeczy bajeczne. Już kilka razy musiałam spojrzeć sobie samej głęboko w oczy i powiedzieć sobie: hej, nazywaj sobie to jak chcesz, broń się rękami i nogami, ale nic z tego – to jest właśnie szczęście i od tego nie uciekniesz. Święty Boże, jak się wali, to wszystko, a jak się układa, to też jakby wszystko naraz.

Wszystko opiera się na drobnych spostrzeżeniach i gigantycznych emocjach, które przychodzą znienacka. I zmieniają wszystko bezpowrotnie, o ile tylko za nimi pójdziesz. Nie spodziewałam się nigdy, że dojdę do takich wniosków, do jakich doszłam niedawno. Że w mojej głowie pojawią się myśli, które do tej pory odrzucałam z najwyższą pewnością – ale tak wielką, że choćby mnie kroili, to bym nie powiedziała, że może być inaczej. Że będę miała w sobie taką gamę emocji. Że rozpłaczę się ze szczęścia. Więcej niż raz. Że obiecam sobie, że nigdy już z nikim nie będę się porównywać, że biorę życie takie jakim jest. Że nie będę chciała zmienić absolutnie nic w tym czego doświadczam.

Że sama sobie podziękuję za to, że przetrwałam.

Życie jest najnadzwyczajniejsze na świecie, najdziwniejsze na całej kuli ziemskiej, najpiękniejsze.
Wszystko ma swój czas i wszystko się po swojemu układa. Mogę szczerze powiedzieć, że do tej pory niczego w życiu nie żałuję. Niczego nie uważam za stracony czas, złą decyzję, niesłusznie podjęte kroki. Wszystkie rozdziały, których do tej pory byłam częścią, były wspaniałe i wyniosłam z nich dla siebie ogromnie wiele.

Zrzuciłam z głowy całą życiową presję. Odpoczęłam. Zresetowałam łeb, który w ostatnim czasie leciał przed siebie jak na speedzie, z przystankiem tylko na sen i tylko wtedy, kiedy naprawdę już nie mogłam inaczej. W tym roku pierwszy raz w życiu poczułam tak fizycznie wyrażony strach. Nie zliczę, ile razy czułam, że jestem na skraju wytrzymałości, że jak tylko zawieje jakikolwiek wiatr, to ten cały mur, za którym próbuję się skryć, rozpitoli się w proch i w pył. Tylko ja wiem, ile mnie to wszystko kosztowało i wiem, że to co jest teraz, jest powodem do najwyższego świętowania. Celebruję każdy dobry dzień i wciąż mam apetyt na więcej. Czerpię z tego siłę, aby się tą radością dzielić.

Sport kiedyś uratował mi życie i resztki równowagi. Dzisiaj jest moim sacrum, najosobistszym, najwspanialszym, najlepszym. Chyba nigdy wcześniej nie podchodziłam do treningu tak jak teraz. Cokolwiek z tego dalej będzie, nie będę żałować tego czasu. Tak nadzwyczajnie cieszę się z tego, co mogę i czuję, że mogę wiele. Tyle radości z tego czerpię. Czyżbym wreszcie dorosła?

Coach Tomek powiedział jasno, że na czas świąt treningowo mam nie spinać pośladów. Lepszego prezentu „na zająca” nie mogłam dostać (Nie wiem jak on to robi, ale jak coś powie, to ja składam broń. Tylu ludziom przed Tomkiem nie udało się mnie spacyfikować!) Wsiadłam w samolot i poleciałam do rodziny, z którą – w takim zestawie jak tu – nie widziałam się od lat. Do ludzi, z którymi kiedyś spędzałam każde święta, z którymi mam masę cudownych wspomnień, którzy są ogromną częścią mojego życia i którzy w ogromnym stopniu mnie ukształtowali. Na chwilę poczułam się jak dziecko, które nie musi martwić się żadnymi dorosłymi sprawami.

Tęsknię do swojego roweru, jakże by inaczej, ale wiem, że właśnie przehandlowałam trzy waty za +300 do naoliwienia tego centrum sterowania, co się banią nazywa.

To co widzicie na tym filmie, to tylko krótkie ujęcia, zwykłe obrazy, a dla mnie – bezcenny kontekst. Wiem, dlaczego i dzięki komu tu jestem i dlaczego nie płaczę na myśl o powrocie.

Przede mną zajebiście dużo super rzeczy.

1 Comment »

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.