Przez te dwa miesiące kiedy mnie tu nie było, więcej się zmieniło niż pozostało takie samo. Ogólnie to jestem, od stóp do głów, wszerz i wzdłuż jestem ponad wszelką wątpliwość.

Działo się tyle, że gdybym miała napisać książkę o swoim życiu, to ostatnie kilka tygodni zajęłoby mi parę rozdziałów. A jeden z nich byłby zatytułowany: Jeden Styczniowy Dzień. Jeszcze nigdy nie przeżywałam tylu skrajnie odmiennych stanów tak płynnie się ze sobą przeplatających. Wciąż próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie, czego ja w ogóle chcę w życiu, ale już wiem czego nie chcę, a to już jest jakiś krok do przodu.

Plany na sezon sportowy 2019 uległy nie tyle zmianie, co całkowitemu zawieszeniu w czasoprzestrzeni. Jedno jest pewne: nie mogę żyć bez sportu i cieszę się nim jak głupia. Ten rok będzie zupełnie inny niż poprzednie, ale w którą stronę to pójdzie, to się jeszcze okaże. Otwieram się na to wszystko i mam nadzieję, że będę podejmować same właściwe decyzje.

Ostatnio moje tempo życia jest na tyle wysokie, że gdy napiszę, że w tym tygodniu rozpoczęłam współpracę z nowym trenerem, przetrwałam pierwszy zjazd studiów podyplomowych i zaczęłam regularne bywanie po pięć razy w tygodniu w boxie crossfitowym, to wciąż nie będzie to sprawozdaniem z najbardziej przełomowego tygodnia tego roku.

O tym wszystkim chciałabym Wam szeroko opowiedzieć, więc dziś podjęłam kolejną próbę nagrania pierwszego odcinka vloga. Szybko sobie przypomniałam, dlaczego do Was piszę, a nie mówię. Interakcja z drugim człowiekiem wychodzi mi zdecydowanie lepiej niż z kamerą za którą nikogo nie ma. Pół godziny próbowałam ustawić światło i tło. Kolejne pół godziny męczyłam się ze skleceniem kilku zdań i poszukiwaniem w nich spójności i sensu. Potem to odtworzyłam i doszłam do wniosku, że to nie był najlepszy dzień na nagrywanie. Nie znaczy to jednak że się poddaję. Kiedyś w końcu coś zmontuję, wypuszczę i będę mogła spokojnie umrzeć ze wstydu.

Ostatnio pozwoliłam sobie na wyspanie się do oporu. Leniwie otworzyłam oko chwilę po dziewiątej i byłam bardzo zadowolona z faktu, że pierwszy raz w tym tygodniu wyjdę z łóżka bez żalu że to już. Radość jednak nie trwała długo, bo ledwo wstałam na nogi, już narzuciłam na siebie wielkie żale i pretensje. Mam przecież tyle do zrobienia, a sobie śpię w najlepsze. Podręczyłam się tak chwilę, a potem pomyślałam: kurde, stop. Wzięłam kartkę i długopis i zaczęłam notować sobie, co zrobiłam w mijającym tygodniu. Ponad 12 godzin treningów, 11 własnoręcznie napisanych artykułów, sześć spotkań towarzyskich i parę służbowych, rozpoczęcie treningów zupełnie nowej dyscypliny… i jeszcze udało mi się wyspać. A, i zregenerować w saunie. Słabo?

No nie słabo. Zrobiło to na mnie wrażenie. Od tamtej pory każdej niedzieli poświęcam te dwie minuty na to, żeby w ten sposób podsumować ostatnie sześć dni i nabrać energii do siódmego. Takich i innych przełomów sobie i wszystkim Wam życzę.

Nigdy nie widzę tego co robię w czasie rzeczywistym. Dopiero jak staje się to utraconą przeszłością, widzę co miałam, a raczej: na co zapracowałam. Lokaty, waty, tempa, życiówki. Zawsze jest za mało i nigdy nie trzyma mnie dłużej poczucie, że mogę być z siebie zadowolona. I tak już najprawdopodobniej zawsze będzie.

To gorzka refleksja, ale to nie szkodzi. Co najmniej kilka razy w życiu zdarzały mi się rzeczy, które – choć nie dosłownie – zatrzymywały mnie tak gwałtownie, jakbym nagle wpadła w szklaną ścianę. Wtedy myślałam sobie: życie to właściwie jest piękne. Chętnie bym z niego korzystała, gdybym w ogóle mogła oddychać. Niech się cofnie czas i wtedy to wszystko na nowo zauważę.

I wtedy zawsze ratował mnie ten bieg, ten dosłowny, niezależnie od wyników. Ja już dostałam swoją wypłatę od sportu – napisałam to kilka lat temu i podtrzymuję to do dziś, choć chcę jeszcze i jeszcze. I sto pięćdziesiąt innych rzeczy też, bo najgorzej to mieć możliwości i z nich nie korzystać. Więc dziś chcę złapać te wszystkie które są mi dane, a po inne jeszcze sięgnąć.

Ostatnio spotykam sporo ludzi, którzy na którąś z dziedzin którą się zajmuję mówią „wow”. Wypytują mnie o to, a ja zawsze chętnie opowiadam. Wtedy za każdym razem mam przez chwilę tę dogłębną świadomość, że tak, to jest naprawdę fajne. Jestem jedną z tych szczęśliwców, którzy rzeczywiście zajmują się wyłącznie tym, co naprawdę uwielbiają. Ale gdy to jest codziennością, tego się w ten sposób nie odbiera. Dla osoby, która nie pływa, pójście na basen i przewalenie pięciu kilometrów od ściany do ściany jest czymś nadzwyczajnym, z kolei dla wyczynowego pływaka to pestka. Na mnie już dawno nie robi to wrażenia, choć tak samo blisko mi do wyczynowego pływaka, jak i do osoby która nie pływa. To nie jest najszczęśliwsze położenie. Jestem zła, kiedy budzik mnie nie przekona o tej 4:15, kiedy zbieram się na trening na basenie, ale czy kiedykolwiek przyjdzie mi do głowy, żeby przybić sobie mentalną pionę za to, że po raz kolejny wstałam i poszłam? No jasne że nie, bo robię to niemal co dnia. I tak już prawdopodobnie będzie…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.