Przygotowania do tych zawodów to był jeden wielki rollercoaster – logistyczny, techniczny, zdrowotny i emocjonalny. Decyzja co do wyjazdu zmieniała się kilka razy aż do ostatnich dni. Zupełnie nie tak miało być, ale rzeczywistość napisała swoje scenariusze i sporo się skomplikowało. W efekcie na pięć dni przed wyjazdem byłam już na sto procent pewna, że w tym roku MP na dystansie olimpijskim odbędą się beze mnie; następnego dnia tak samo przekonana o tym, że pojadę, a kolejnego – że nie ma szans. I tak aż do ostatniej chwili.

Nie wiem, może to już starość, ale jeszcze w tygodniu poprzedzającym start byłam umordowana. W ciągu trzech dni zrobiłam dwa treningi, na których dosłownie się wyzerowałam, i to chyba było za dużo jak na ten okres. Słono za to zapłaciłam – między innymi treningiem biegowym przerwanym w 1/3 zadania i niemożnością jazdy na rowerze z tętnem wyższym niż 118, hehe. Gdy tylko solidnie wypoczęłam i poznałam moc porządnej regeneracji, sprawy zaczęły się odwracać, ale okazało się, że nie pojadę do Kraśnika z powodu logistyczno-technicznego. Potem nagle przyszedł dzień, w którym ni z tego, ni z owego zrobiłam bardzo dobry, chyba najlepszy w tym roku trening biegowy. Co więcej, świetnie się na nim bawiłam. I zaczęłam czuć się podejrzanie dobrze.

W końcu stwierdziłam, że naprawdę trudno mi pogodzić się z myślą o tym, że nie będzie mnie na zawodach tej rangi. To dla mnie dość ważne, ale… nic więcej już o tym nie napiszę, bo za bardzo mi wstyd! Im więcej czasu mija od tego startu, tym bardziej krytycznie go oceniam, więc już dłużej z tą relacją nie mogę zwlekać.

Po kolei.

Kraśnik… gdzie to w ogóle jest?
Chyba wszyscy mieli tam daleko – niektórzy tak bardzo, że postanowili rozłożyć tę podróż na raty – w tym my. Nie ma jednak tego złego, bo dzięki temu mogłam zahaczyć o Warszawę, wpaść do babci na szybkie odwiedziny i przegadać pół nocy z Agą i Mateuszem (tak, tak, pójście spać o 1 w nocy to dla mnie już półmetek spania). Aga to moja mentalna bliźniaczka więc zawsze, niezmiennie od ponad dziesięciu lat obcowanie z nią to dla mnie wielka radocha i cieszę się, jak możemy poplotkować chociaż parę godzin. A to od mojej wyprowadzki z Warszawy zdarza się rzadko.

A teraz idziemy na jednego…
W międzyczasie mieliśmy mały fakap z hotelem na miejscu zawodów, bo zarezerwowaliśmy nocleg w… Lublinie, czyli 60 km od Kraśnika. Na domiar złego okazało się, że z soboty na niedzielę odbywa się tam wesele. Najgorzej. O 21 w przeddzień wyjazdu zaczęliśmy w panice obdzwaniać wszystkie hotele w okolicy i… ku naszemu zdziwieniu, znalazł się pokój pod samym Kraśnikiem! Co więcej, w bardzo ładnym i zupełnie niedrogim hotelu z wyborną restauracją. Haczyk polegał na tym, że nasz pokój był jednoosobowy, więc przezornie wyposażyliśmy się w karimatę i koc na przekimanie się jednego z nas na podłodze. Kto to miał być, sprawa była otwarta, bo zarówno ja, jak i Wojtek twierdziliśmy, że to my będziemy tam spać i to właśnie temu z nas będzie tam super wygodnie. Kwestia pozostała jednak nierozstrzygnięta, bo nasze teoretycznie jednoosobowe łóżko okazało się prawie tak szerokie jak nasze w domu! I ja to szanuję!

Przed zawodami czułam się trochę niedoinformowana organizacyjnie i trochę się bałam, że Kraśnik będzie powtórką z Chodzieży. Rok temu byłam zmęczona i zniechęcona już przed wystrzałem startera. Moja obawa była jednak niesłuszna, bo w Kraśniku wszystko było na tip-top. No, może oprócz pogody, ale za to akurat nie można się gniewać na organizatorów.

Pogoda, ach ta pogoda
W Suszu byłam posrana za każdym razem, gdy spoglądałam na prognozę pogody na wyścig i widziałam tam „100% szansy na opady”. Trasa sprintu jest wystarczająco fakapogenna, aby się obawiać, i myśl o dodatkowym utrudniaczu życia w postaci deszczu była dla mnie dość przerażająca. W Kraśniku miałam jednak same proste i parę zawrotek. No i jakby nie patrzeć, w Przechlewie też lało i wiało, a wtedy było o tyle trudniej, że był to mój debiut na MP i kompletnie nie wiedziałam jak to wszystko ugryźć. No i cóż, podczas gdy w sobotę i w poniedziałek było cieplutko, milutko i fajnie, tak akurat na niedzielę nadciągnęło oberwanie chmury i poważna obniżka temperatury. Jakkolwiek z tym drugim poradziłam sobie jak na siebie zaskakująco nieźle (wierzę że to nie tylko z powodu tłustości, lecz także odpowiedniego przygotowania), tak z tym pierwszym… hmmm.

No, zdecydowanie nie jeżdżę w tym roku na zawodach tak jak jeździłam rok temu i jak chciałabym jeździć. Powód jest niestety prozaiczny i trochę absurdalny: boję się o sprzęt. Jedna głupia wywrotka w zeszłym roku w Suszu to straty liczone w tysiącach złotych. Mam jeden rower i zero marginesu błędu. Cóż, fajnie jest być niezależnym, niezrzeszonym zawodnikiem, tylko że jednak niefajnie ;-)))

Mimo wszystko, gdy tylko dojechałam do Kraśnika, czułam się spokojna i gotowa. Bardzo chciałam dać z siebie dużo i żeby ten wyścig dobrze mi się poukładał. Najmilsze było to, że ten start miał być już moim czwartym tej rangi na tym dystansie, więc po prostu… wiedziałam co robić. Jak kolejny dzień w biurze.

Czy tak było? Mam bardzo ambiwalentne uczucia co do tego startu. Trudno mi go obiektywnie ocenić. On w ogóle minął jakoś przedziwnie szybko. Najpierw było czekanie, bardzo dużo czekania, potem jeszcze więcej czekania… Tutaj moment na dygresję. Kiedyś potwornie mnie to spalało, a teraz… chyba wręcz przeciwnie. Pozytywnie się nakręcam, koncentruję się i przyjmuję stres z otwartymi ramionami. A więc czekanie, czekanie, a potem raz-dwa i już byłam na mecie. Ani zadowolona, ani niezadowolona – jak nigdy. Cóż. Walnęło mnie po prostu z opóźnieniem 😉

Co dobrego
Zdecydowanie największym plusem przebiegu tych zawodów było dla mnie to, że naprawdę czułam się wydolnościowo dobrze. Ani w Przechlewie, ani w Gdańsku, ani (ohohoho) w Chodzieży nie czułam się w porządku, a tu wreszcie owszem. Tam zawsze było coś, co bardzo mi przeszkadzało – w Przechlewie ogólny nieogar i strata liczona kalendarzem do wszystkich, w Gdańsku upiorna kolka, a w Chodzieży to w ogóle wszystko. Ponadto po fatalnym starcie w Gdyni i przemęczeniu się przez ponad dwie i pół godziny roweru i 7 km biegu już wiem, że olimpijka to dość krótki dystans i co by się nie działo, to zanim zacznę rozkminiać i poważnie cierpieć, to już będę na mecie albo blisko niej. Nie miałam jednak w ogóle takich dylematów, bo było po prostu… mimo wszystko… dość sympatycznie. Głowa pracowała dobrze, bardzo dobrze, a nawet superowo, a nawet… może za superowo, haha.

Co niedobrego
No właśnie. I tutaj chyba wolałabym się za dużo nie rozpisywać, bo i tak przez ostatnie dwa dni mam uderzenia rozkmin, których chciałabym nigdy nie mieć.

No ale dobra.
Dużo przemyśleń, dużo rzeczy do poprawki.
Nie podoba mi się to, że dalej muszę szukać swojego wyniku na szarym końcu listy. OK, nie przegrywam z byle kim. Nie boję się stawać na starcie z najlepszymi. Nie jara mnie wygrywanie ogórów i struganie lepszej niż jestem. I tak dalej, i tak dalej, więc nie zrozumcie mnie źle. Po prostu boję się, że nie mam tyle siły i czasu, żeby to wszystko poprawić. No i jeszcze jedno. Co jest ze mną nie tak, że przez tyle lat nie daję sobie przetłumaczyć, że triathlon to naprawdę nie jest tylko wydolność i siła, lecz także umiejętności takie jak szybki start albo sprawne ogarnianie się w strefie zmian?

Kim jesteśmy i dokąd zmierzamy
Trudno mi powiedzieć, jak powinnam na siebie patrzeć w tej rywalizacji. Stając na linii startu w ogóle nie myślę o tym, że ta po lewej trenuje od siódmego roku życia, a ta po prawej pobiegłaby szybciej tyłem niż ja kiedykolwiek pobiegłam normalnie. Serio. Przez te parę chwil przed startem jestem w swojej głowie najbezczelniejsza z bezczelnych. Ale tak normalnie to nie, a naprawdę tak jest jak napisałam wyżej. No więc skoro się już wpakowałam w rywalizację z najlepszymi, startując z poziomu „x lat treningu mniej niż reszta”, gdzie x równa się co najmniej połowie lat przetrenowanych przeze mnie (uffffff, aż się spociłam kminiąc to arcytrudne matematyczne równanie), to trudno mi patrzeć wyłącznie na swój postęp bez szerszego kontekstu. Resztę dopowiedzcie sobie sami – przecież nie mogę być aż taką życiową ekshibicjonistką!

Wyjątkowo krytycznie oceniam sobie ten sezon, swoje możliwości i umiejętności, a najgorsze jest to, że zapewne jedyne czego mi brakuje do zmiany tego spojrzenia, to zwyczajna zmiana perspektywy. Tracę szansy i nie wykorzystuję możliwości, które być może są na wyciągnięcie ręki, bo nie wierzę, że mogę je mieć.

Po raz pierwszy, w tym roku nie będę się wzbraniać od zrobienia sobie roztrenowania – nawet dość intensywnie o nim ostatnio myślę. Jestem jakaś niewspółmiernie zmęczona i potrzebuję się zresetować, nabrać sił których ostatnio co chwilę mi brakuje. Może to być jednak najbardziej epicki reset jaki widział świat, bo ja najlepiej odpoczywam kręcąc po Kaszubach na Emondzi… 😉

1 Comment »

  1. Asiu , może nie powinienem ale… wiesz znasz mnie trochę, jakbym rzucił piwo (2-4 browary dziennie) i wino, to zamiast głupich 4 miejsc dostawałbym pucharki (i może nawet na dużych zawodach, patrz Bydgoszcz) no ale jest ale… Ja nie aspiruję na MŚ i nawet na MP, bo jestem stary, stąd czemu nie mam zrobić to co lubię? Wiesz, tak rozkminiam, ja pływam w roku tyle co Ty w tydzień i starcza mi to, ale do klasy mistrzowskiej brakuje.Tak sobie myślę, że gdybym ważył ze 85 kg i rzucił %, to moi rywale musieli by brać epo by mi dorównać,,, ano tylko czemu muszę się pozbawić przyjemności? Znajdź swój słaby punkt, bardzo słaby i go wyeliminuj, tak na następny rok. Jaki, nie wiem… sprawdź gdzie jesteś wolniejsza od rywalek i zrób to samo co one by być szybsza. Ja już policzyłem, jak będę zasuwał po 42-45 rower to mogę olać pływanie. Do tego dążę. Ty pływanie masz super więc albo rower albo bieg.Tak może na okrętkę …ale pewnie nie powinienem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.