Mówi się, że zawodnik jest tak dobry jak jego ostatni start. Niestety, nie sposób mi się z tym nie zgodzić. Podczas gdy zwykle po zawodach chociaż przez dwa kolejne dni mam poczucie, że wiem na co mnie stać, w którym miejscu jestem i co mam robić dalej, tak po Gdyni nie wiedziałam nic oprócz tego, co mówiło mi złośliwie moje własne, nieobiektywne sumienie.

Jak już pisałam poprzednio, w ubiegłym tygodniu niespodziewanie mnie rozłożyło. Z perspektywy czasu absolutnie nie żałuję, że zeszłam z trasy w Gdyni i dziwię się tylko, że zrobiłam to tak późno. Po raz kolejny dobitnie sobie uświadomiłam podstawową sprawę: jeśli mój organizm bardzo, bardzo mnie prosi, żebym czegoś nie robiła, i nie jest to nic w rodzaju „nie rób tego, bo będzie ci ciężko i będzie bolało” (bo to jego stary numer i bullshit), ale „nie rób tego, po prostu tego nie rób”, to powinnam go posłuchać. Bezsensownie dowalałam sobie przez trzy i pół godziny, żeby potem prawie przez tydzień wygrzebywać się ze zdrowotnego dołka. Nie wiem co jest z tymi moimi zatokami, że tak znienacka potrafią mi przywalić, ale – pomimo powrotu do zdrowia na kilka ostatnich dni – wczoraj znowu straciłam pół dnia z powodu bólu głowy, który, ponownie, jak cholera wynikał z zatok. Uprzedzając pytania: tak, byłam u dobrego laryngologa i robiłam nawet tomografię zatok, z której nic nie wyniknęło. Więc męczę się dalej – niby rzadziej niż kiedyś, ale jednak.

Miniony tydzień to jedna wielka ambiwalencja. Środa była tak zła, że nie pamiętam już takiej złej środy – większość dnia spędzona w pozycji horyzontalnej z fatalnym samopoczuciem. W czwartek wreszcie wylazłam, trochę zresztą z konieczności, bo tego dnia skończyłam 28 lat i musiałam sprawdzić, czy w tak podeszłym wieku w ogóle da się jeszcze przekręcić korbą roweru. W piątek już było OK i już sobie swobodnie pojeździłam na szosie i pobiegałam. Nie miałam jednak weny do wybierania trasy na rower, więc – niestety – pojechałam na pętlę obejmującą trasę gdyńskiego Ironmana, co było zabiegiem iście masochistycznym. Im dłużej jechałam, tym bardziej wkręcałam się w trasoajronmeńskie ruminacje, to jest rozkminianie, jak bardzo tutaj cierpiałam kilka dni temu, jak mi tam nie szło, a tutaj to mnie już tak wszystko bolało, że ohohoho. I choć fizycznie wszystko było w porządku – waty, prędkość, tętno, samopoczucie – to jednak bardzo żałowałam, że jednak nie pojechałam sobie gdzie indziej… na przykład do ogródka na trenażer.

W sobotę zaś, ni stąd ni zowąd, zaliczyłam bardzo dobry trening biegowy. Noga zmęczona i noga wypoczęta to są jednak dwie różne nogi. Poprzednie treningi quasi-szybkościowe też wychodziły mi zupełnie OK, ale podczas naprawdę wielu odcinków na ostatnich 100 metrach miałam wrażenie, że padnę trupolem, a tym razem było wręcz przeciwnie: miałam siłę jeszcze dołożyć do pieca. Rzecz niespotykana, wypoczynek power. Miałam takie świeże nogi… i tak szybko się ich pozbyłam. Cóż, w to mi graj. Przez resztę dnia pławiłam się w cudownym uczuciu mięśniowego podmęczenia – wreszcie poszła jakaś robota, której tak mi brakowało. Myślałam sobie, i to całkiem głośno: nie mogłabym tego rzucić.

Przeszło mi w niedzielę, ale też na niedługo. Za to jak epicko!

Ekipa na niedzielną ustawkę rowerową (z pobudką o 3:55, yassss!) niespodziewanie „trochę” się zmniejszyła… to znaczy ostatecznie jechałam sama z kolegą Wojtkiem, którego styl kręcenia jest absolutnie, podkreślam: absolutnie odmienny od mojego. Dwa różne bieguny. A więc w ciągu pierwszej godziny (z niespełna czterech) ze trzy razy próbowałam zdezerterować, żeby pojechać swoje po swojemu, ale kolega był nieugięty, hehehe, i ostatecznie dokręciliśmy w duecie do 110 kilometrów. Bardzo dobry trening, lecz po powrocie do domu czułam się niewspółmiernie umęczona. Powiedzmy to sobie szczerze, zajebiście umordowana. To był jednak ten dzień, gdy wyjątkowo miałam nie biegać po południu, lecz – ha! – od razu po rowerze, na zakładkę. Niby tylko 12 kilometrów rozbiegania, które mogłam klepać choćby i po siedem minut na kilometr. Ale, o Jezu, jaka to była przygoda.

Przysięgam Wam, że nigdy, ale to NIGDY nie czułam się podobnie jak po powrocie do domu z tego biegania. Wiedziałam, że to będzie trudna przygoda, ale nie sądziłam że aż tak. Już pierwsze kroki powiedziały mi jasno, że zakwasy po sobotnim bieganiu ubite dodatkowo tą jazdą, zafundują mi niezapomniane wrażenia. A więc na 12 kilometrach „biegu” (nie wiem czy można tym mianem określić godzinę poruszania się z tętnem, uwaga, 134) 30 razy rzuciłam triathlon, poryczałam się 15 razy, a najlepszy ryk zaliczyłam wtedy, gdy uświadomiłam sobie coś naprawdę przerażającego. Że…

że…

że po powrocie do domu BĘDĘ MUSIAŁA ZDJĄĆ BUTY.
😀

Płaczę ze śmiechu, gdy to sobie przypominam, ale w tamtym momencie myśl, że będę musiała wykrzesać z siebie dodatkową energię, aby schylić się do stóp i zdjąć z nich buty, była TAK STRASZNA, że całe szczęście, że nie zaczęłam sobie wizualizować na przykład wejścia do wanny lub czesania włosów.

Swojego stanu po wejściu/wpadnięciu/wtoczeniu się do chaty nie będę lepiej opisywać, ale dla oglądu sytuacji napiszę tylko, że chciałabym kiedyś czuć się tak na mecie zawodów 😀

Nie wiem czy muszę dodawać, że okropniaste zmęczenie po 5-godzinnym treningu zakończonym o 10:30 rano dało mi TYLE ENDORFIN, że przez resztę dnia wypoczywałam z satysfakcją niczym młoda bogini.
Choć z tą młodą to może przesada, biorąc pod uwagę, ile ja lat już skończyłam.

Idąc dalej, o poniedziałku już co nieco wiecie. Poszłam spać o 20:30 z pękającą czachą. To jak źle się czułam i jak świadomie spędziłam wieczór, dobrze obrazuje moja poranna rozmowa z koleżanką, którą zapytałam, czy wczoraj coś komuś komentowała na fejsie na temat upałów i ja jej na to odpisywałam, czy to mi się jednak śniło (wtf).
Czy ktoś zna jakiegoś magika od zatok, no błagam : (

Zanim jednak poszłam spać, zrobiłam zupełnie przyjemne 6-kilometrowe rozpływanko, a dziś z wielkim żalem wychodziłam z wody po 4 kilometrach. Pływanie jest naprawdę dziwne. Człowiek już kilka lat siedzi w sporcie, myśli że co nieco się orientuje w fizjologii, działaniu tego i owego, wie po czym poznać że treningi idą dobrze lub źle, a tu nagle jeb sru łubudu i robi najgorszy/najlepszy trening od wielu miesięcy. Nie kumam tego, kompletnie tego nie ogarniam, ale dzisiaj mam się z czego cieszyć, toteż się cieszę.

Sport jest naprawdę dziwny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.