Wyjazd na zawody triathlonowe to zawsze jak wycieczka do Honolulu na dwa tygodnie. Torby, bagaże, plecaki, rowery. Nie daj Boże trzeba jeszcze zabrać ze sobą coś cywilnego do ubrania i nagle samochód przysiada jak obciążony kamieniami.

Kiedy po sezonie wybieram się na zawody biegowe albo pływackie, wprost nie mogę uwierzyć, że jestem w stanie spakować się w jeden lekki plecak. W multisporcie to już nie przejdzie. Mam to szczęście, że jeździ ze mną towarzysz życia, trener, fotograf, mechanik rowerowy, kierowca i support w jednej osobie, więc nie muszę wszystkiego targać ze sobą na plecach. Tak czy inaczej, zawsze staram się pakować rzeczy w torbę i plecak, żeby docelowo móc na spokojnie zostawić torbę w depozycie lub samochodzie, a plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami nosić ze sobą, a na czas startu sprzedać Wojtkowi.
Zagraniczny wyjazd pięcioosobowej rodziny? Ależ nie!
Warto zrobić sobie osobisty spis rzeczy do zabrania na zawody – można przygotować go w pliku na komputerze, wydrukować w kilku egzemplarzach i mieć ze sobą przed każdym startem. A zatem co ja zabieram ze sobą na zawody? Podzieliłam listę na części w kolejności dyscyplin triathlonowych.


PŁYWANIE

 

– Trisuit – wiadomo, podstawa 🙂 Jeśli dysponujemy więcej niż jednym strojem, zdecydowanie warto zabrać ze sobą zapas. Gdy miałam jeden strój, zabierałam jeden i nigdy na szczęście nie zdarzyła mi się żadna awaryjna sytuacja. Teraz tak się szczęśliwie złożyło, że mogę dobierać sobie strój do koloru paznokci albo nastroju, bo dysponuję kilkoma 😉
– Czepek – choć w każdym pakiecie startowym znajduje się czepek, zawsze mam ze sobą co najmniej jeden własny, w razie gdybym zapragnęła popłynąć w dwóch, zakładając okulary pomiędzy czepki. Ten patent przydaje się zwłaszcza wtedy, gdy mamy popłynąć w tłumie ludzi i boimy się że ktoś ściągnie nam pasek.
Okulary pływackie – zawsze mam ze sobą dwie pary, na wypadek gdyby pierwsze nie wytrzymały presji zawodów 🙂
– Chusteczki do okularów pływackich – do niedawna zabierałam takie na każdy start i właściwie nie wychodziłam bez nich z domu. Odkąd używam bardzo pewnych okularków, które ani nie parują, ani się nie przemieszczają, nie są mi już potrzebne. Niemniej – staram się mieć zawsze w torbie spray, który zapobiega parowaniu okularów. Znając życie, gdybym go nie miała, to akurat tego dnia okulary postanowiłyby się popsuć.

ROWER

– Do części kolarskiej oczywiście przyda się rower 🙂 Tego punktu chyba nie muszę rozwijać, bo nie sądzę, żeby komuś udało się zapomnieć roweru na start w triathlonie. Dodam tylko, że warto nie ustawiać sobie w strefie zmian najtwardszego przełożenia, bo z tego mogą być tylko kłopoty.

Jeśli mamy rower czasowy wyposażony w różne szmery-bajery, to oczywiście warto ich nie zapominać. Bidony czasowe montowane na kierownicy, uchwyty do Garmina i wszystkie inne drobiazgi, które lubią dać się zapomnieć i rujnować nam skrupulatnie ułożony plan.

– Kask – tego punktu też chyba nie trzeba rozwijać, choć spotkałam się już z sytuacją, kiedy ktoś zapomniał kasku na zawody. Podczas gdy da się ominąć pewne rzeczy – można od biedy pojechać w butach biegowych albo bez bidonu – tak brak kasku niestety oznacza pożegnanie z możliwością startu.
– Okulary – zawsze jeżdżę w okularach, choć pewnie w razie ulewnego deszczu na trasie byłabym skłonna z nich zrezygnować. Ze względu na wadę wzroku zdarzało mi się jeździć w okularach z wkładką korekcyjną, ale nie byłam nimi zachwycona – zdecydowanie wolę soczewki w zestawie z Oakleyami 😉
– Buty kolarskie i gumki recepturki – do zamocowania butów na rowerze potrzebuję dwie gumki recepturki, ale staram się mieć ze sobą co najmniej cztery na wypadek awarii.
– Pasek na numer startowy – czyli pasek na biodra, do którego przyczepia się numer startowy. W zawodach rangi mistrzowskiej zazwyczaj niepotrzebny, bo tam identyfikuje się nas po opisanych strojach; w każdych innych zawodach lepiej go nie zapominać.
Żele energetyczne i pojemnik na nie/taśma klejąca – Na dystansie sprinterskim jadę bez doładowania; na olimpijkę biorę ze sobą żel przymocowany do ramy za pomocą taśmy klejącej, a na 1/4, jeśli mam bidon czasowy – do pojemnika na górną rurę ramy. Warto przy tej okazji wspomnieć, że opakowania po pożartym żelu nie wyrzuca się za siebie gdzie bądź, tylko w wyznaczonej strefie zrzutu przy punktach odżywiania, a do tego miejsca można dowieźć opakowanie na przykład pod trisuitem.
Bidon – poza bidonami w rowerze, na miejscu zawodów zawsze mam ze sobą butelkę z wodą. Co prawda mało piję w trakcie wyścigu, ale możliwość oblania się zawartością w gorący dzień jest bezcenna.

BIEG

Buty do biegania – wiadomo; wspomnę tylko, że warto mieć ze sobą dwie pary butów biegowych, bo jedne przydadzą się podczas rozgrzewki.
Zasypka do stóp – odkrycie z zeszłego sezonu. Dzięki „pudrowi” buty wchodzą na stopę znacznie szybciej, a i obtarcia jakieś mniejsze 😉

 

INNE WAŻNE RZECZY

Narzędzia do roweru – za każdym razem biorę ze sobą pompkę stacjonarną (małej i tak nie użyję na trasie), dętkę i drugie koła (jedne „szybsze”, drugie treningowe z oponami z większym bieżnikiem – na wypadek słabej pogody albo awarii kół na wyścig).
– Woda mineralna – zawsze zabieram ze sobą dwie butelki wody po 1.5 litra.
– Papier toaletowy – najlepszy przyjaciel sportowca. Nigdy nie ufaj zaopatrzeniu Toi-Toiów 🙂
Chusteczki nawilżające – przydadzą się zarówno przed startem, jak i po nim. Możliwość choćby prowizorycznego umycia i odświeżenia rąk i twarzy jest warta zachodu;
– Żarełko – mam na myśli głównie to, co jem przed startem oraz coś, co uratuje mi życie w razie energetycznej bomby pomiędzy zawodami a znalezieniem jakiegoś bardziej treściwego pożywienia.  Jeśli chodzi o szamkę postartową, zazwyczaj zabieram coś, co jest niewielkie, słodkie i nie stanie się obrzydliwe po spędzeniu kilku godzin na słońcu (love batony GoOn). Jednak nie jestem mistrzem korzystania z okienka węglowodanowego i zwykle docieram do jakiejś restauracji albo do sklepu już na ostrej bombie hipoglikemicznej. Nie można być takim znowu idealnym…
– Akcesoria do ogarnięcia się po zawodach – czasami na miejscu zawodów jest okazja do umycia się pod prysznicem, co jest prawdziwą wspaniałością. Na tę ewentualność zabieram ze sobą mały ręcznik i szampon. Poza tym mam ze sobą minimalny zestaw produktów, które pozwolą mi na przeobrażenie się z wodnego potwora w człowieka (zwłaszcza jak nie daj Boże trzeba wejść na podium;)), to znaczy szczotkę do włosów, krem do twarzy i takie tam.
– Skarpetki kompresyjne na regenerację – rzadko ich używam, bo zazwyczaj zapominam, ale staram się je ze sobą mieć, zwłaszcza jeśli czeka mnie podróż trwająca dłużej niż dwie godziny.
– Plastry na odciski – nie zawsze się przydają, ale jak już, to ratują sytuację.
– Zestaw ślepca – w dniu zawodów używam soczewek kontaktowych, ale odkąd przeszłam przewlekłe zapalenie spojówek, lubią robić mi psikusy i powodować uczucie żwiru w oczach, więc zabieram ze sobą jeszcze mały płyn do soczewek, krople nawilżające do oczu no i okulary, żeby w razie czego móc wyrzucić z oczu ciała obce.
Karimata – bardzo rzadko ją zabieram, ale za każdym razem, kiedy się na to zdecydowałam, bardzo to sobie chwaliłam. Zwłaszcza po zawodach możliwość położenia się w pozycji horyzontalnej jest pożądana, a nie zawsze jest gdzie to zrobić. Można oczywiście glebnąć się po prostu na trawie, ale wtedy lepiej nie zapomnieć o wytrzepaniu się z piasku i źdźbeł przed wejściem na podium lub do auta.
Zegarek z pulsometrem –  czasami ścigam się z zegarkiem i pulsometrem, czasami bez. Wtedy kiedy mam zamiar wypruć z siebie flaki na rowerze nie zabieram pulsometru, żeby mnie nie stresował. Zawsze kiedy widzę na ekranie jakieś straszne wartości, rozsądek podpowiada mi, że powinnam zwolnić, a za każdym razem okazuje się, że jestem w stanie spokojnie dojechać na wysokim tętnie i jest OK. Czasem warto zrzucić z siebie to brzemię i po prostu lecieć w pałkę 😉

Wychodzę z założenia, że lepiej wziąć za sobą za dużo majdanu niż za mało, więc zawsze wybieram się na zawody zapakowana po sam dach. Szczęśliwie jednak jak do tej pory udało mi się jak na razie niczego kluczowego nie zapomnieć. Checklistę sprawdzam trzy razy, zwłaszcza że do tej pory na śmieszno-straszno wspominam relację Maćka Dowbora z zawodów, na które zapomniał wziąć butów kolarskich i pojechał w spd self-made, czyli butach obklejonych taśmą izolacyjną 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.